Sen grupowy (bez manifestu) | Spotkanie z twórcami antologii „Nikomu się nie śniło”

„Nikomu się nie śniło” (wydawnictwo Czwarta Strona) – to tytuł antologii dziewiętnastu opowiadań, które łączy wspólny temat – zależności między snem a jawą. To już drugi tom wydany w ramach akcji „Wykup słowo”, wymyślonej przez Katję Tomczyk. Uczestnicy projektu mogą wykupione przez siebie podczas zbiórki na portalu crowdfundingowym słowa, frazy lub imiona umieścić w opowiadaniach pisanych przez pisarzy zaproszonych do projektu. Podczas spotkania w warszawskim MiTo niektórzy z nich opowiadali o swojej przygodzie z projektem, o pisarskich wyzwaniach i planach, a także o tym czy tworzą grupę literacką. Spotkanie prowadził Przemysław Poznański a Zupełnie Inna Opowieść była jednym z patronów medialnych tego przedsięwzięcia. Recenzję antologii znajdziecie tutaj: Marzenia i koszmary.

Przemysław Poznański: Katju, do ciebie pierwsze pytanie. Ale nie spytam na razie o „Nikomu się nie śniło”, ale o „Autostop(y)” – antologię, która była pierwszym przedsięwzięciem w ramach projektu „Wykup słowo”. Skąd ten pomysł?

Katja Tomczyk i Anna Rozenberg

Katja Tomczyk: Historia projektu „Wykup słowo” jest długa i ostatnio dostałam nawet reprymendę, by jej nie opowiadać zbyt szczegółowo, więc najbardziej intymne fragmenty tej opowieści pominę.

Dorota Szelezińska: To się zdarzyło w wannie…

Katja Tomczyk: …Tak, ale resztę pominę (śmiech). Wymyśliłam, że powinna pojawić się antologia opowiadań, w której słowa, imiona czy frazy zostaną wymyślone przez czytelników i będą dla nich coś znaczyć. A ponieważ nie miałam pieniędzy na wydanie tej książki, a przy tym byłam zupełnie nikomu nieznanym człowiekiem, pomyślałam, żeby skorzystać z jednej z platform wspierania społecznościowego, wybrałam PolakPotrafi.pl, gdzie czytelnicy płacili za swoje słowa, użyte potem w opowiadaniach.

Ale stąd mimo wszystko daleko jeszcze do antologii.

Katja Tomczyk: Znałam dziewięć dziewczyn, o których wiedziałam, że piszą. Zaproponowałam im udział. Zgodziły się i tak powstały „Autostop(y)”. Ale z drugą antologią było już inaczej…

Łatwiej?

Katja Tomczyk:  Tak. W wydawnictwie Czwarta Strona zaanonsowała nas Magda Kostrzewska z Maszyny Do Pisania, pojechaliśmy z Marasem Pijanowskim [jednym z autorów opowiadań – red.] i naprawdę nie trzeba było długo przekonywać osób z wydawnictwa do pomysłu, tym bardziej, że znali już „Autostop(y)”. Bardzo dziękuję, że uwierzyli w „Nikomu się nie śniło”, tym bardziej że kupowali kota w worku, bo opowiadań jeszcze nie było. Podpisanie umowy z wydawnictwem oznaczało, że już nie potrzebowaliśmy pieniędzy, by sfinansować wydanie.

Ale nie zrezygnowaliście z wykupywania słów przez czytelników.

Katja Tomczyk: Nie. Postanowiliśmy jednak całą kwotę przeznaczyć na cel charytatywny, na konto strażaka, który zapadł w śpiączkę, wybudził się, był rehabilitowany i jest dziś podopiecznym Fundacji Światło.

Czy to sprawa strażaka zainspirowała temat antologii, a więc „sen”?

Katja Tomczyk:  Zastanawialiśmy się nad myślą przewodnią książki. Dziewiętnaście osób, o różnych gustach pisarskich, mających różne propozycje. I wtedy Maras Pijanowski powiedział, że jest wolontariuszem Fundacji Światło i może byśmy napisali opowiadania z wątkiem snu jako swoistą przeciwwagę dla tego snu, w który zapadają osoby po wypadkach.

Egzaltowana, jeż, prawnosprawny, ruminacja… (nie wiem, co to jest), szeptem, wolne konopie (to akurat wiem). To słowa opowiadania z „Karkonosze cztery” Moniki Wasilewskiej, ale pytanie skierowane jest do wszystkich: otrzymaliście słowa, frazy, imiona, opisy konkretnych bohaterów – czy to nie ograniczało? Dostałaś tę „ruminację” i pomyślałaś „O, Boże! Jak ja mam zbudować opowiadanie z ruminacją w tle?!”.

Monika Wasilewska i Elżbieta Łapczyńska

Monika Wasilewska:  To był koszmar (śmiech). A tak na serio: gdy trafiłam do projektu, Katja spytała mnie czy narzucenie słów mnie nie przeraża. Odpowiedziałam, że to właśnie super, bo nigdy wcześniej w niczym takim nie brałam udziału. Uznałam to za ciekawe wyzwanie literackie. Cały projekt może brzmieć jak coś bardzo ograniczającego autorów, ale tak naprawdę panowała demokracja. Część z tych słów mogliśmy wybrać, a że niektórzy z nas mieli już pewnie szkice swoich opowiadań, to łatwiej było im wybrać słowa, które mniej więcej wpasują się w historię. Myślę, że w procesie pisania lepiej się ograniczać, niż „biegać po pustyni”, czyli mieć całą wielką przestrzeń dla siebie, pełną możliwości, bo wtedy niektórym osobom – ja do takich należę – ciężko jest się skoncentrować na tworzeniu, bo cały czas szuka się innej, może lepszej opcji. Dlatego ja lubię ograniczenia, lubię mieć nad sobą bat czegokolwiek: miejsca, w którym fabuła ma się wydarzyć, albo właśnie słów, które muszą się w tekście znaleźć. W procesie kreatywnym ograniczenia są pomocne, bo wtedy opowieść nie wylewa się na boki, ale płynie wyznaczony korytem. Ograniczenia pozwalają okiełznać rozbuchaną wyobraźnię, zamknąć ją w jakichś ramach. Jeden z wątków opowiadania musiałam dobudować ze względu na słowo, które mi przypadło, co chyba dobrze wpłynęło na całą historię, było więc impulsem, którego normalnie trzeba szukać, a tym razem został podany od razu.

Elżbieta Łapczyńska: Muszę przyznać, że zadanie, by wykorzystać konkretne słowa, nie ogranicza, a wręcz przeciwnie: pozwala poszerzyć horyzonty, bo używasz słów, których w życiu może nigdy byś nie użył. Pojawiają się skojarzenia, które by się nie pojawiły. W efekcie: piszesz tekst, którego inaczej byś nie napisał. A zatem to pobudza kreatywność. Warto doceniać takie stymulatory, które pozwalają wyłamać się z ram własnej wyobraźni.

Słowa, które cię inspirowały do napisania opowiadania „Wszystko, czego nie powiedziałam dziewczynie spod okna” to” anachoreta, asceza, boleści, finomondo, niskotemperaturowy…

Elżbieta Łapczyńska: „Niskotemperaturowy” to akurat było słowo wmyślone specjalnie dla mnie, musiałam go użyć. Próbowałam sobie dzisiaj przypomnieć, według jakiego klucza wybierałam pozostałe słowa i nie umiałam sobie przypomnieć. Pewnie część z nich wdawała mi się sexy, część otwierała przede mną drzwi, za którymi mogło znajdować się coś fajnego.

Dorota Szelezińska, Michał Dębski i Katja Tomczyk

Dorota Szelezińska: Już drugi raz biorę udział w tym projekcie. Przy tomie „Autostop(y)” towarzyszyły mi bardziej intensywne wrażenia dotyczące używania narzuconych słów, bo dostałam wtedy słowo „koprolit”, które oznacza skamieniałe odchody dinozaura. I od razu miałam pomysł, że to będzie wisior  jakiegoś świra, który nosi ze sobą skamieniałe gówno. To pokazuje, że te słowa są bardzo inspirujące. Ale nasi czytelnicy wykupywali też postaci i to już jest trudniejsze zadanie, tego jeszcze się nie podjęłam i nie wiem czy się podejmę. Wstawić postać, która jest  wymyślona przez kogoś innego i to na wzór kogoś konkretnego: bliskiej cioci, babci, syna. Czułabym lekki niepokój. Może przy kolejnej edycji „Wykup słowo” spróbuję podjąć się takiego wyzwania.

Michał Dębski: Polecam opowiadanie Doroty z poprzedniej antologii, bo to ja wymyśliłem ten koprolit. To jest coś, co bardzo lubię (śmiech). Mnie fakt, że muszę użyć konkretnego słowa, pogrąża.

Ale użyłeś: artroskopia, bojkowa, purchawka, słonko, Ildefons…

Michał Dębski: Użyłem. Takie były zasady.

Katja Tomczyk: Słowa zawsze mnie inspirują. Zgadzam się z dziewczynami: to są drzwi, których pewnie nigdy bym nie otworzyła. W moim opowiadaniu „I nikt cię nie usłyszy” pojawia się bohaterka – babcia Basia. To była osoba stworzona przez czytelniczkę od A do Z, która w ogóle nie wpisywała się w pomysł jaki miałam wcześniej. To było dla mnie bardzo wartościowe przeżycie, bo okazało się, że babcia Basia powstała na podstawie cech autentycznej osoby, która zmarła po ciężkiej chorobie. Rodzina chciała ją uwiecznić w ten sposób na kartach książki. Chyba się udało, bo osoba, która podesłała opis, po przeczytaniu opowiadania była wzruszona.

To może przeczytam, z czym musiałaś się zmierzyć: babcia Basia – miła, dobra, uczciwa… koleżeńska, hojna, dowcipna, prawie zawsze wesoła, rozsądna… mężatka, mama czwórki dzieci… sześćdziesiąt siedem lat, krawcowa, pulchna, w okularach. Sporo tych cech.

Katja Tomczyk:  Sporo. Starałam się wszystkie wykorzystać. Ja lubię postacie skażone, złe, wredne. Ale przecież z tej pani nie mogłam zrobić potwora, starałam się też nie zrobić lukrowanej laurki w rodzaju „świetna babcia, chodźmy do niej na placek z jagodami!”. Z tej postaci skorzystała też Ania w opowiadaniu „Scenariusz”.

Anna Rozenberg: Gdy padło pytanie: kto weźmie babcię Basię, natychmiast się zgłosiłam: może ja, może ja?! A potem okazało się, że moje opowiadanie nijak nie ma się do tej postaci i musiałam się z tego wycofać. Trochę było mi jednak szkoda i ostatecznie ta bohaterka pojawia się, choć nie jako postać główna. Pisanie tego opowiadania w ogóle było ciekawe, trochę jak z robieniem warkocza dobieranego: kosmyk, kosmyk, pleciemy, pleciemy, a na koniec bierzemy spineczki, przypinamy i jest opowiadanie.

A co z samym tematem antologii? Sen a jawa – inspirował was?

Moomu Mu i Monika Wasilewska

Moomu Mu: Bardzo mnie inspirował. Nawet chyba trochę za bardzo, bo nie mogłam się zdecydować na jeden z wielu pomysłów. Co ciekawe, zanim się dowiedziałam, że to będzie antologia o śnie, przygotowywałam sobie materiały na temat praktykowania „świadomego śnienia” i gdy poznałam temat książki, nie mogłam z tego nie skorzystać.

Takie pisanie pod temat wydaje mi się jednak lekko stresujące. Trochę jak pisanie rozprawki w szkole.

Dorota Szelezińska: Właśnie nie. Jak nawet się ma temat, to i tak można pisać o wszystkim. Każdą opowieść da się podciągnąć pod sen czy pod wolność, która była tematem tomu „Autostop(y)”. Polecam obie antologie, by się o tym przekonać. Widać wyraźnie, że każdy z nas podszedł do tematu inaczej. Bo tak naprawdę są bardzo otwarte tematy. Prawda?

Michał Dębski: Tak! Zgadzam się.

Michał, opowiedz, jak wy się poznaliście. Bo przecież na spotkaniach autorskich wielu z was  spotyka innych po raz pierwszy.

Michał Dębski.: Mogę opowiedzieć  o mojej drodze. Poszedłem kiedyś na kursy pisarskie, gdzie poznałem grono osób, które założyły grupę na Facebooku. Jedną z tych osób była Katja. Powiedziała: robimy antologię opowiadań, chodź! A ja powiedziałem: fajnie. I poszedłem (śmiech).

A jak to było przy pierwszej antologii. Jak szukałaś wtedy autorek?

Katja Tomczyk:  Ta grupa na Facebooku, o której mówi Michał nazywa się: „Jak minął twój pisarski tydzień”. Organizowane były tam konkursy na opowiadania. Każdy mógł zgłosić swojej opowiadanie, które potem było oceniane. Ja wszystkie je czytałam i wiele mi się spodobało. Część autorek znałam, części nie – w każdym razie po krótszym lub dłuższym tłumaczeniu wszystkie się zgodziły wziąć udział w antologii „Autostop(y)”. W przypadku drugiej antologii było trochę inaczej. Dwie osoby zostały polecone, a Ela wzięła udział w konkursie, który zorganizowaliśmy. Spłynęło kilkadziesiąt opowiadań, Eli było najlepsze.

Z tego co wiem, jury było zgodne.

Katja Tomczyk: Też w nim byłeś.

To prawda. Ela, co cię skłoniło do wzięcia udziału w tym projekcie, a wcześniej w konkursie?

Elżbieta Łapczyńska

Elżbieta Łapczyńska: Nagroda, czyli publikacja w antologii. Wydała mi się bardzo atrakcyjna. Wysłałam opowiadanie tuż przed końcem konkursu, bo późno zauważyłam informację o nim. Zdążyłam, bo miałam opowiadanie, w którym pojawiał się temat snu. A potem dostałam wiadomość, że wezmę udział w projekcie. I bardzo się cieszę, że jestem w gronie autorów.

Monika, a ty?

Monika Wasilewska:  Ja dostałam się z łapanki. Ściągnął mnie Maras Pijanowski, z którym znam się ze studiów pisarskich. Kiedy projekt startował, Maras zadzwonił do mnie z pytaniem czy nie chciałabym wziąć udziału, choć pominął wszelkie szczegóły, które mogłyby mnie przestraszyć (śmiech). Ale resztę znam w zasadzie wyłącznie z Facebooka. Dziś spotykam po raz pierwszy osoby, które dotychczas znałam ze zdjęć profilowych, choć współtworzyłam z nimi antologię. Teraz wiem, że są prawdziwi (śmiech).

Anna Rozenberg: Moja historia nie jest tak urzekająca. Robert Małecki napisał do mnie, że jest taki projekt, za którym stoi Katja, ta od tomu „Autostop(y)”. I ona przeczytała moje opowiadanie i chciałaby zaprosić mnie do nowego projektu. A potem Katja napisała mejla, że nazywa się Katja i że faktycznie by chciała (śmiech).

A czy jako współautorka tomu „Nikomu się nie śniło, czujesz się teraz częścią ugrupowania literackiego, grupy, z którą się identyfikujesz nie tylko doraźnie, ale na dłuższy czas?

Anna Rozenberg: Na pewno jestem członkiem – i założycielką – grupy „Recydywa MFK”, a więc osób, które brały wielokrotnie udział w Międzynarodowym Festiwalu Kryminału. Stąd zresztą znajomość z Robertem Małeckim. Ale i w przypadku „Nikomu się nie śniło” czuję się częścią tej grupy.

Katja, przyświecał ci pomysł stworzenia ugrupowania literackiego? Macie już statut?

Podczas spotkania Zupełnie Inna Opowieść rozdawała jabłka. Dlaczego? Odpowiedź znajdziecie w „Nikomu się nie śniło”

Katja Tomczyk: Nigdy nie przyszło mi do głowy, że tworzymy grupę literacką. Dziękuję, że tak o nas pomyślałeś. Jesteśmy grupą, którą połączyło pisanie opowiadań na wspólny temat.  Ja podchodzę do pisania hobbystycznie, ale będę miała o czym myśleć (śmiech).

Michał Dębski: Na razie nie prowadziliśmy rozmów dotyczących przyszłości projektu. Ani na boku, ani oficjalnie. Gdy się dziś spotkaliśmy odbyliśmy może pierwszą rozmowę od co najmniej roku.

Dorota Szelezińska: Ja nie chciałabym się żegnać z projektem „Wykup słowo”, ale tu bardzo wiele zależy od tego, czy Katja zdecyduje się na kolejną edycję. Bo to Katja wykonuje większość roboty – od wymyślenia projektu jakiego w polskiej literaturze wcześniej nie było, po szukanie wydawnictwa, prowadzenia akcji kupowania słów, prowadzenie fanpejdża na Facebooku. Ale ja bardzo bym chciała, żeby ten projekt trwał, żeby czytelnicy chętnie kupowali słowa, a potem następne antologie.

Elżbieta Łapczyńska: Jeśli będzie trzecia edycja, to ja się piszę (śmiech). Nie wiem natomiast czy w tej grupie powstaną kiedykolwiek jakieś założenia programowe, bo jesteśmy różni: są „kryminaliści” i są „normalsi”, więc trudno będzie nadać jeden kierunek temu, co piszemy, stworzyć grupę literacką, mającą wspólny mianownik. Ale z tymi osobami, które tworzyły naszą antologię na pewno można dalej robić coś ciekawego.

Monika Wasilewska: Gdybyśmy założyli partię, to prezes mógłby być tylko jeden. Katja jest prezesem (śmiech). Bez niej to by się nie udało, przynajmniej w moim przypadku, bo jestem mało zdyscyplinowana, a ona pilnowała wszystkiego. Opieprzała nas, mówiąc wprost, gdy spóźnialiśmy się z czymś. Katja jest zdecydowanie stanowcza i taka osoba jest niezbędna, żeby uciągnąć tak wielki projekt. A czy jesteśmy grupą literacką? Ja rozumiem przez grupę ludzi, którzy w danym momencie pracują nad czymś razem i mogą sobie udzielać wsparcia i nie pieszczą się przy ocenie tego, co piszą inni. Gdyby nawet okazało się, że nie wezmę udziału w kolejnej edycji, to i tak się cieszę, że jest taka grupa osób, grupa literacka bez manifestu, do której zawsze mogę zwrócić się z prośbą o ocenę tego, co piszę. To jest bezcenne.

Moomu Mu: Ja czuję się częścią tej grupy, ale dopiero gdy wspomniałeś o grupie literackiej, dopiero dotarło do mnie, że możemy być tak postrzegani. Na pewno czuję się częścią grupy złożonej z fajnych ludzi, którzy poza tym, że piszą, to chcą też czynić trochę dobra dla innych. Więc gdyby była możliwość dalszej współpracy, to ja zdecyduję się na to z przyjemnością.

(pytanie z sali): Jakie są minusy tego przedsięwzięcia?

Monika Wasilewska: Dedlajn! (śmiech). Musiałam się spiąć, żeby zdążyć.

(pytanie z sali): Czy pisanie jest dla was terapeutyczne?

Moomu Mu: Dla mnie pisanie jest terapeutyczne, bo te historie są we mnie i gdybym ich nie napisała, one by mnie zniszczyły. Bo one już istnieją, towarzyszą mi w paralelnych światach i gdybym ich nie wyrzuciła z siebie, to bym zgłupiała. Jestem o tym przekonana. Może stąd biorą się niektórzy wariaci – że nie piszą.

Anna Rozenberg: Moja przygoda z pisaniem zaczęła od pewnych osobistych doświadczeń i faktycznie pisanie było dla mnie terapią. Zaczęłam pisać bajki terapeutyczne dla siebie i dla swojego dziecka. Jedna z bajek ukazała się drukiem w Częstochowie i przez aktorów tamtejszego teatru została zaadaptowana na potrzeby przedstawień pokazywanych w hospicjach.

Elżbieta Łapczyńska: Absolutnie nie. Nigdy nie udało mi się zahaczyć o osobiste doświadczenia, przeżycia. Nie zamierzałam opisywać swoich doświadczeń. Podobno mój bohater ma coś ze mnie, ale to chyba pierwszy raz, kiedy tak się stało. Zazwyczaj szukam bohaterów i opisywanych miejsc jak najdalej od siebie.

Monika Wasilewska: Myślę tak samo jak ty. Spędzam ze sobą tak wiele czasu, że gdybym jeszcze miała pisać o sobie, czuć, że się wybebeszam, to by nie było dobre dla nikogo – ani dla mnie, ani dla czytelnika. Ale oczywiście każdy jest inny, gdzie indziej znajduje bodźce. I można też pisać dla terapii, czemu nie?

Michał Dębski i Katja Tomczyk

Dorota Szelezińska: Mój bodziec pochodzi z wewnątrz, ale akurat w moim przypadku wcale nie działa to terapeutycznie. Są dwa typy pisania: z głowy jak Gabriel García Márquez – i z takim pisaniem kojarzą mi się opowiadania pisane przez Katję – oraz z siebie. Ja reprezentuję ten drugi typ. Choć nie do końca: fabuła i bohaterowie wychodzą z moich emocji, ale z czasem zaczynają żyć własnym życiem, które nie ma już nic wspólnego z moimi osobistymi przeżyciami.

Michał Dębski: Nie postrzegam pisania jako psychoterapii, raczej szukam czegoś fajnego, co warto opisać.

A mógłbyś pisać zupełnie nie z siebie, całkowicie komercyjnie?

Michał Dębski: Ja nie.

Dorota Szelezińska: Nie, choć miałam pomysł, żeby napisać „wyciskacz łez”, który każda gospodyni domowa mogłaby czytać podczas gotowania pomidorowej, ale jednak moje wewnętrzne ja zjadło ten pomysł.

Anna Rozenberg: Ja napisałam kryminał, ale to wypływało ze mnie, jakkolwiek źle to brzmi (śmiech).Mój kryminał jest bardzo społeczny, pojawiają się tam tematy mi bliskie, związane z emigracją, bo na co dzień mieszkam w Londynie. Pisanie czysto komercyjne to raczej nie dla mnie, zbyt jestem emocjonalna, żeby oddzielić pisanie od mojego świata wewnętrznego.

Elżbieta Łapczyńska: Na co dzień jest copywriterem, więc piszę komercyjnie, piszę choćby bardzo wiarygodnie o kiełbasie, choć jestem weganką. Nie miałabym problemu z pisaniem np. jako ghostwriter, ale pod własnym nazwiskiem chyba bym po prostu nie chciała pisać rzeczy czysto komercyjnych.

Monika Wasilewska: Pisałam już dla pieniędzy, bo traktuję słowa jako narzędzia. Nie chciałabym jednak pisać czegoś, co by mnie męczyło. Ale gdybym nie miała co jeść, napisałabym pewnie jakiś romans. Na razie nie muszę.

Moomu Mu: Myślę, że bym mogła, a nawet bym chciała pisać komercyjnie. Wierzę, że żyjemy w świecie, w którym można połączyć pisanie prozy gatunkowej z tą terapeutycznością, o której mówiłam wcześniej.

(pytanie z sali): Na ile pisząc myślicie o czytelniku?  

Michał Dębski: Szczerze? Tak. Zastanawiam się nad tym, żeby to, co piszę, było zrozumiałe dla czytelnika.

Katja Tomczyk: Chciałabym, żeby wszystko o co piszę, podobało się, ale każdego nie można zadowolić. Nie piszę więc w konwencji, która akurat jest popularna, interesuje mnie pisanie w moim stylu. Szanuję czytelników, co wyraża się tym, że chcę, by tekst był zrozumiały i słucham uwag moich pierwszych czytelniczek, którym daję tekst przed publikacją.

Monika Wasilewska: W moim przypadku pisanie jest jak wychodzenie na scenę. Światała rampy co prawda uniemożliwiają ujrzenie widowni, ale wiem, że czytelnik gdzieś tam jest, po drugiej stronie. Świadomość, że każde napisane zdanie ktoś będzie czytał, jest stresujące. Pisanie jest czymś intymnym, to nie jest łatwe. Trzeba jednak mieć tego czytelnika w pamięci. Na tyle daleko, żeby nie paraliżował i na tyle blisko, by wiedzieć, że nie piszę dla siebie, by wymagać od siebie jak najwięcej.

(pytanie z sali): Wyobrażacie sobie napisanie powieści wspólnie?

Dorota Szelezińska: W gronie osób, które są autorami tej antologii? Absolutnie nie! Występują tu takie sposoby pisania i sposoby widzenia świata, które się nie skleją.

Katja Tomczyk: Ja to widzę!

Co teraz piszecie? O czym myślicie jako pisarze? Jakie są wasze pisarskie plany?

Michał Dębski: Teraz piszę wniosek o grant (śmiech).

Dorota Szelezińska: Przymierzam się do powieści.

„Przymierzam” oznacza jaki etap?

Monika Wasilewska, Elżbieta Łapczyńska, Dorota Szelezińska, Michał Dębski, Katja Tomczyk, Anna Rozenberg i Przemysław Poznański

Dorota Szelezińska: Etap obmyślania, o czym będzie (śmiech). Mam kilka historii, ale nie umiem się zdecydować.

Elżbieta Łapczyńska: Też się przymierza, ten sam etap, co u Doroty. Mam nadzieję, że nie ten sam temat (śmiech). Jestem coraz bliżej wypracowania formy, która – mam nadzieję – będzie interesująca. Temat kiełkuje, ale nie czuję nad sobą bata, więc nie wiem, kiedy skończę.

Monika Wasilewska: Ja zaczęłam trzy powieści i gdy nudzę się pisaniem jednej, przeskakuję do którejś z pozostałych. Ewidentnie brakuje mi dedlajnów, które tak doskonale narzuca Katja. Mam nadzieję, że któraś z tych powieści wreszcie ruszy szybciej do przodu.

Moomu Mu: Mam podobny problem, ale chciałabym w tym roku zamknąć dwie książki. Jeden z projektów rozwinął się w dłuższą formę, choć z założenia miał być opowiadaniem.

Anna Rozenberg: Mój mistrz literacki, Mariusz Czubaj, powiedział, że powieść napisana ma dużą przewagę nad nienapisaną (śmiech). Tak więc jestem na końcowym etapie procesu . Powieść prawdopodobnie ukaże się jesienią. Napisanie jej zajęło mi siedem lat, więc nie martwcie się, wszystko przed wami.

Katja, w twoim przypadku rozszerzę pytanie o trzecią edycję „Wykup słowo”.

Katja Tomczyk: Bardzo bym chciała, żeby doszło do trzeciej edycji, ale to jest pożeracz czasu. Dlatego się waham. A co do moich planów literackich: w końcu przełamałam niemoc i mam ponad połowę powieści, która ma tytuł „Połóż się na mnie”. Lubię bohaterów-fajtłapy, pomyleńców, nieudaczników oraz realizm magiczny i tu też to znajdziecie. Powiem tylko, że jest w książce bohater będący marną podróbą Freddiego Mercury’ego i pracuje w Kazimierzu nad Wisłą. Wtórować mu będzie partnerka, która ma zapędy, by zostać literatką. To są bohaterowie, którym może się w życiu nie udało, ale mają w sobie coś, dzięki czemu ich lubię. I mam nadzieję, że czytelnicy też ich polubią.  

 

Rozmawiał Przemysław Poznański

Współpraca i zdjęcia: Przemysław Jakub Hinc (wszelkie prawa zastrzeżone)

 

Przeczytaj także: OSOBISTA CENA WOLNOŚCI | Autostop(y). Dziesięć opowiadań o wolności https://zupelnieinnaopowiesc.com/2015/10/15/przemyslaw-poznanski-osobista-cena-wolnosci-autostopy-dziesiec-opowiadan-o-wolnosci/

 

Spotkanie z twórcami antologii „Nikomu się nie śniło”, Czwarta Strona 2017

Książka pod patronatem Zupełnie Innej Opowieści

Prowadził Przemysław Poznański, współpraca Przemysław Jakub Hinc, zupelnieinnaopowiesc.com

MiTo, Warszawa

4 czerwca 2017