Niejeden czytelnik, widz czy nawet sam twórca ma w głowie mit gabinetu. Tego wyjątkowego miejsca, w którym pisarz, poeta czy scenarzysta zamyka się przed światem, żeby w legendarnej samotności wydobywać z siebie kolejne dzieła – pisze w grudniowym felietonie Dawid Kornaga.
Brzmi romantycznie, prawda? Jakby istniała brama między dwoma światami: tym zwykłym, pełnym prania rozwieszonego w korytarzu mieszkania, odgłosów płaczącego dziecka czy dzwoniącego uporczywie smartfona, a tym drugim – pozbawionym jakiejkolwiek autoironii sacrum, gdzie rodzą się kąśliwe słowa, mocne obrazy oraz wyraziste historie, jak to karzełek dobił olbrzyma. Lub na odwrót. Ta wizja, choć piękna, bywa także naiwna. Sztuka nie zawsze potrzebuje czterech ścian, zamkniętych drzwi czy absolutnej ciszy. Czasem dla przeciwieństwa szuka chaosu, hałasu, rozgardiaszu, a nawet czyjejś wrogiej obojętności na to wszystko, by w ramach buntu kreatywnie zakiełkować.
Zacznijmy od tego, że gabinet to nie tylko fizyczna przestrzeń. To przede wszystkim stan umysłu. Dla wielu twórców staje się jednak czymś więcej: fetyszem. „Muszę mieć swój kąt, inaczej nic mi nie wyjdzie”. Zdania tego typu słyszy się często, zwłaszcza od tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z twórczością. Gabinet jawi się im jako warunek sine qua non powstawania dzieła. Tymczasem prawda jest taka, że najlepsze pomysły rodzą się tam, gdzie akurat jesteśmy. W kawiarni, w pociągu, na ławce w parku, a nawet na imprezie, kiedy reszta gości bawi się, a my zapamiętujemy dialogi, które później przerodzą się w sceny.
Sztuka nie zawsze potrzebuje czterech ścian, zamkniętych drzwi czy absolutnej ciszy. Czasem dla przeciwieństwa szuka chaosu, hałasu, rozgardiaszu, a nawet czyjejś wrogiej obojętności na to wszystko, by w ramach buntu kreatywnie zakiełkować.
Oczywiście, nie neguję roli odosobnienia. Bez separacji nie ma tworzenia. Trudno wyobrazić sobie, by ktoś pisał powieść w środku tłumu na stadionie czy podczas rodzinnej kłótni o to, kto nie wyjął naczyń ze zmywarki. Gabinet nie jest warunkiem koniecznym. Problem zaczyna się wtedy, kiedy twórca uzależnia się od tego jednego miejsca. Bo co się stanie, kiedy będzie musiał pracować w hotelowym pokoju, na lotnisku czy gdziekolwiek indziej? Z doświadczenia wiem, że najgorsze to uzależnienie od warunków. Kiedyś myślałem, że bez bycia tam, gdzie akurat chcę być, nie jestem w stanie napisać nawet zdania. Aż przyszły przeprowadzki, podróże, życiowe zawirowania. Na szczęście szybko poczułem, że „mój gabinet” mogę zabrać ze sobą. Że on jest mną, a ja… nim. Wystarczą słuchawki, laptop czy tablet. Plus chęć.
Choć nie zawsze bywa różowo. Niebezpieczeństwo: prokrastynacja. O ile gabinet bywa pomocny, o tyle jego brak często staje się wymówką. „Nie mogę skończyć scenariusza, wszyscy mnie rozpraszają”. „Nie mogę pisać, aaa, nie czuję weny!”. To słowo-widmo, które nawiedza każdego artystę. Tyle że wena to nie jakiś magiczny płyn, który spływa na nas z nieba, kiedy siedzimy w odpowiedniej pozycji przy odpowiednio ustawionym biurku. Wena jest bliźniaczą siostrą pracy. To wymyślanie takich sobie zdań, by dojść do tych zdecydowanie lepszych. Dyscyplina i konsekwencja, na pewno nie „łaska boża”.
Kiedyś myślałem, że bez bycia tam, gdzie akurat chcę być, nie jestem w stanie napisać nawet zdania. Aż przyszły przeprowadzki, podróże, życiowe zawirowania. Na szczęście szybko poczułem, że „mój gabinet” mogę zabrać ze sobą. Że on jest mną, a ja… nim.
Bywają dni, kiedy wszystko idzie jak z płatka. Są również dni, kiedy każde słowo choruje na przysłowiowe zatwardzenie. I wtedy właśnie gabinet – ten prawdziwy lub wyimaginowany – staje się wymówką. Tymczasem prawda jest taka, że jeśli masz finansowo motywujące deadline’y, to wena się znajdzie. To znaczy, my ją znajdziemy. Dlatego prokrastynacja to nie brak weny. To naturalny lęk przed oceną, że to, co stworzymy, okaże się słabe. Łatwiej jest powiedzieć „nie mam warunków”, niż przyznać „boję się, że to będzie złe”. Gabinet staje się wtedy bezpieczną przestrzenią, gdzie można się schować przed odpowiedzialnością. „Przecież nie mogę teraz pisać, nie jestem w swoim gabinecie”.
Świadomy tego przez lata sukcesów i porażek, zrezygnowałem z posiadania stałego gabinetu. Nie dlatego, że go nie lubię. Tylko po prostu chcę móc pisać wszędzie: w kawiarni, w parku, w pociągu, a nawet (co niejednokrotnie miało miejsce) w barze. Rok temu na wyspie Djerba, w hotelowym barze skończyłem ostatni odcinek audioserialu „Jestem Czarna”. Nie było tam mojego biurka. Za to był hałas, muzyka, ludzie przechodzący obok, kelnerzy pytający, czy czegoś nie zamówię. Podobnie z powieścią „Berlinawa”, którą pisałem przez dwa lata w kilkudziesięciu różnych miejscach: w berlińskich i warszawskich klubach.
Virginia Woolf miała rację. „Własny pokój” (lub gabinet) jest ważny. To miejsce, gdzie możesz się wycofać, skupić, gdzie nikt ci nie przeszkadza. Ale nie może być mentalną pułapką.
Czy to oznacza, że neguję wartość własnego kąta? Nie. Virginia Woolf miała rację. „Własny pokój” (lub gabinet) jest ważny. To miejsce, gdzie możesz się wycofać, skupić, gdzie nikt ci nie przeszkadza. Ale nie może być mentalną pułapką. Gdyż prędzej czy później traci się kontrolę nad swoim procesem twórczym. Prawdziwy gabinet to moja głowa. Umiejętność skupienia się mimo hałasu czy rozproszenia. Elastyczność, która pozwala mi pracować niezależnie od okoliczności. Dlatego moim gabinetem może być każde miejsce, w którym akurat jestem. Mój gabinet podąża za mną. Nie jest związany z czterema ścianami, tylko ze mną samym. Gdzie ja, tam i on.
Przeczytaj także:

