Dał nam „Zaczarowaną dorożkę”, „Osiełka Porfiriona” i Teatrzyk Zielona Gęś. Był wielkim poetą, ale „Skumbrie w tomacie” publikował w piśmie związanym z ONR, po wojnie dał się uwieść socrealizmowi, a Czesława Miłosza nazwał zdrajcą. 120 lat temu urodził się Konstanty Ildefons Gałczyński.

– To ty żyjesz? – mówili zaskoczeni spotkaniem. I trudno się im dziwić, skoro zaledwie cztery lata wcześniej jego nazwisko znalazło swoje godne miejsce w rubryce „Straty kultury polskiej” pisma „Polska”. Ba, był i świadek jego suchotnicznej agonii, co Jerzego Turowicza skłoniło do zamieszczenia 19 stycznia 1946 na łamach „Tygodnika Powszechnego” pożegnalnego artykułu o poecie. Za Markiem Twainem mógłby więc powiedzieć: „Doniesienia o mojej śmierci były przesadzone”. Do „żywych” wrócił zaledwie dwa miesiące po „nekrologu”, wbrew oczekiwaniom wszystkich, nawet najbliższych. W marcu 1946 roku Konstanty Ildefons Gałczyński – były więzień niemieckich obozów w Mühlbergu, Altengrabow, Tangerhütte, Gerdenlegen, Hillersleben i alianckiego obozu dipisów w Höxter – cały i zdrowy przyjechał do Polski.
Teraz, gdy do ręki bierze pióro i z namaszczeniem moczy stalówkę w zielonym atramencie, by pisać kolejny „kawałek”, jak mawiał o swojej poezji, przypomina mu się stary wiersz, jeszcze sprzed wojny. I śmieje się głośno.
Tak to nadobne grono
radziło unisono
w śmiertelnej sali.
A że lico miał bladsze
orzekli: – Pewnie nadszedł
koniec kanalii.
[Śmierć poety, 1930]
Rozkurzawił się, rozszalał
Konstanty Ildefons Gałczyński urodził się 23 stycznia 1905 roku w Warszawie, w rodzinie o tradycjach kolejarskich i sam rozpoczyna naukę w Szkole Technicznej Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Jak wspominała jego córka, Kira Gałczyńska, ojciec jej przekonywał, że każdy pierworodny syn w tej rodzinie miał na imię Konstanty i każdy był kolejarzem. Gdy przytomnie spytała, co było przed wynalezieniem kolei, usłyszała: „Wtedy oczywiście pracowali w trakcji dyliżansowej”.
Gałczyński kolejarzem jednak nie zostaje. Po wybuchu I wojny światowej wyjeżdża wraz z rodzicami z Warszawy i przez cztery lata mieszka w Moskwie. To tam stworzy swoje pierwsze wiersze. Po powrocie do kraju zakłada szkolne pisemko „Dyscypuł”, w którym drukuje swoje pierwsze próby poetyckie i prozatorskie. W 1919 roku pisze pierwszy zachowany do dziś wiersz – „Do Alarune”. Właściwy debiut literacki Gałczyńskiego w prasie ma miejsce w 1923 roku na łamach czasopisma „Twórczość Młodej Polski”, gdzie ukazuje się wiersz „Wiatr w zaułku”.
Rozkurzawił się, rozszalał,
piaskiem o bruk chlusnął, trzasnął,
w szyby domów bębnął, chlasnął
i pyłem ulice zalał.
Rozkręcił się, rozpiekielnił,
jak bies czarny poszedł w tany,
jak salony, jak pijany,
walił w ściany, pluł na ściany.
gwizdnął, pisnął, stuknął, wrzasnął,
rozhulał się, rozweselił...
Potem w norę wpadł zziajany
i przycupnął gdzieś, i zasnął...
[Wiatr w zaułku, 1923]
Bo cóż, że skończyli szkoły
Gałczyński studiuje filologię angielską oraz klasyczną na Uniwersytecie Warszawskim. Nauki nie kończy, za to zasłynie mistyfikacją, której się dopuści, choć on pewnie wolałby słowo „sztuczka”. Wygłasza bowiem na spotkaniu Koła Literackiego płomienny referat poświęcony twórczości XV-wiecznego szkockiego poety Morrisa Gordona Cheatsa. Ze swadą przywołuje biografię poety, analizuje jego wiersze, cytuje obficie poezję. Wcale nie od razu wychodzi na jaw, że… Cheats nigdy nie istniał, a wiersze „poety”, stylizowane na język staroangielski, napisał sam Gałczyński.
Jeszcze w czasie studiów poeta związuje się z grupą poetycką Kwadryga oraz pismami satyrycznymi i politycznymi stolicy, należy do bohemy artystycznej. Jego utwory publikuje także „Tęcza”, pismo społeczno-literackie wydawane w Poznaniu. W 1925 roku Gałczyński związuje się z Redutą Juliusza Osterwy i zostaje członkiem Towarzystwa Przyjaciół Reduty, a rok później rozpoczyna pracę nad powieścią satyryczną „Porfirion Osiełek” – właściwym, bo książkowym, debiutem.
Braku dyplomu chyba nie żałował. W 1952 roku pisze w wierszu „2-aj maturzyści”:
Bo cóż, że skończyli szkoły,
cóż, że w kieszeniach matury?
Jeden z nich niewesoły, drugi ponury.
Cóż to za rozkosz niesłychana
„Porfiriona” wydaje dopiero trzy lata później. Dobrze zapowiadającą się karierę literacką przerywa jesienią 1926 służba wojskowa, którą zaczyna Gałczyński w podchorążówce, a z której po sześciu tygodniach zostaje karnie usunięty. Jako szeregowiec trafia do jednostki wojskowej w Berezie Kartuskiej, ale jeszcze jako żołnierz publikuje wiersze – „Capstrzyk” i „Stajnia w zimie” – w dzienniku „Polska Zbrojna”.
„Porfirion Osiełek, czyli Klub Świętokradców” ukazuje się w 1929 roku nakładem „Księgarni F. Hoesick”. To groteska, w której osią narracji są przygody będącego właścicielem fabryki sztucznych nosów bohatera o imieniu Porfirion. Charakterystyczny dla tej prozy jest surrealistyczny żart, humor sytuacyjny, dowcipne dialogi. Z kolei w drugiej połowie lat 40. XX wieku, już w innych realiach społeczno-politycznych, „Osiołek Porfirion” staje się jedną z głównych postaci słynnego Teatrzyku Zielona Gęś, publikowanego przez Gałczyńskiego w „Przekroju”.
Bączynder złoty, witam pana!
w czołobitnościach cały gnę się.
Cóż to za rozkosz niesłychana
spotkać się znów w „Zielonej Gęsi”!
[Bal u prof. Bączyńskiego, kwestia Porfiriona, „Przekrój” 1946]
Jarząbki przy sowieckim hymnie
W tym samym roku, w którym ukazał się drukiem „Porfirion”, pod felietonem „Korporanci odróżniają się” opublikowanym w „Cyruliku Warszawskim”, Gałczyński podpisuje się po raz pierwszy jako Karakuliambro. Wkrótce wyjeżdża do Berlina, gdzie obejmuje stanowisko attaché kulturalnego. To tam powstaje „Bal u Salomona”, a także trzy utwory bezpowrotnie zaginione: powieści „Trzej królowie” i „Książka o mojej żonie” oraz sztuka „Muzeum Williamsa”. Praca urzędnicza nie daje mu jednak satysfakcji. Dlatego najpierw postanawia udać się na urlop, o którym nikogo nie powiadamia, a potem składa podanie o zwolnienie z placówki i 14 kwietnia 1933 roku wraca do Warszawy, by zaledwie rok później udać się do Wilna, gdzie zresztą rodził się jego córka, Kira.
Prowadzi tam w radiu audycję satyryczną „Kukułka Wileńska” i „Kwadrans dla ponurych”. Tworzy też. To w Wilnie powstają m.in. „Inge Bartsch”, „Śpij, wujaszku”, „Młynek do kawy”, „Buty szewca Szymona”, „Szafirowa romanca” czy antysowiecki „Pardon, ZSRR”, zakazany potem w czasach komunizmu w Polsce.
Tymczasem jeszcze jakby w filmie
„Rozoksze wyższych sfer“:
jarząbki przy sowieckim hymnie
pardon, ZSRR.
[Pardon, ZSRR, 1935]
Skumbrie w tomacie, ozór na szaro
Zaraza rośnie świątek i piątek.
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Idę w Polskę robić porządek.
(skumbrie w tomacie pstrąg)
(…)
Chce pan naprawić błędy systemu?
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Był tu już taki dziesięć lat temu.
(skumbrie w tomacie pstrąg)
Także szlachetny. Strzelał. Nie wyszło.
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Krew się polała, a potem wyschło.
(skumbrie w tomacie pstrąg).
[Skumbrie w tomacie, 1936]
W 1936 rodzina Gałczyńskich wraca do Warszawy. Zamieszkają w podstołecznym wówczas Aninie, przy ul. Leśnej 18 (obecnie Trawiasta). To wtedy ukazuje się w „Prosto z Mostu” (magazynie o charakterze nacjonalistycznym i antysemickim), jeden z najsłynniejszych wierszy poety „Skumbrie w tomacie”, gorzka satyra na Polaków, którzy nie troszczą się o jedność państwa. Tytuł oznacza konserwę rybną w sosie pomidorowym, ale jest to metafora konserwatywnych, antyreformatorskich poglądów elity rządzącej. Wiersz odwołuje się też do przewrotu majowego dokonanego przez Piłsudskiego w 1926 roku.
Utwór – choć przede wszystkim fakt opublikowania go w piśmie endeckim – wywołuje gwałtowną reakcję Juliana Tuwina, prywatnie przyjaciela Gałczyńskiego. Poeta publikuje parodię „Skumbrii”, czyli wiersz „Hejże do czynu”:
Raz do gazety "Hejże do czynu!"
(ozór na szaro ozór na szaro)
Przyszedł Konstanty, wlany ze spleenu.
(ozór na szaro chrzan)...
Niech mi pan powie, gdzie jest przyczyna,
(ozór na szaro ozór na szaro)
Że nuda w Polsce? Czyja to wina?
(ozór na szaro chrzan)
Na to redaktor: - Czy pan nie widzi?
(ozór na szaro ozór na szaro)
Co dzień powtarzam: winni są Żydzi!
(ozór na szaro chrzan)
Zamiast się trapić nudą i troską,
(ozór na szaro ozór na szaro)
Niech pan rozwiąże sprawę żydowską.
(ozór na szaro chrzan)
(…)
Poszedł Konstanty; co miał, to przepił,
(ozór na szaro ozór na szaro)
Wyrżnął gudłajów. Nic mu nie lepiej.
(ozór na szaro chrzan)
(…)
[Julian Tuwim, Hejże do czyny, 1926]
Kiedy się wypełniły dni
W 1937 roku Gałczyński pisze „Bal zakochanych”, a rok później otrzymuje za tom „Utwory Poetyckie” swoją jedyną nagrodę literacką, której fundatorem jest wspomniany tygodnik „Prosto z Mostu”. Dwa lat później wybucha II wojna światowa. Gałczyński bierze udział w kampanii wrześniowej i trafia do niewoli radzieckiej. Jako szeregowiec nie kończy w Katyniu, lecz przekazany zostaje do niewoli niemieckiej. Okres okupacji spędza obozach. Jeszcze we wrześniu 1939 roku pisze słynną „Pieśń o żołnierzach z Westerpalte”.
Kiedy się wypełniły dni
i przyszło zginąć latem,
prosto do nieba czwórkami szli
żołnierze z Westerplatte.
(A lato było piękne tego roku).
I tak śpiewali: — Ach, to nic,
że tak bolały rany,
bo jakże słodko teraz iść
na te niebiańskie polany.
(A na ziemi tego roku było tyle wrzosu na bukiety.)
(…)
[Pieśń o żołnierzach z Westerplatte, 1939]
Pisze cały czas. W 1942 roku wysyła swojej żonie m.in. „List jeńca”, „Srebrną akację” i „Dziką różę”. Jego wiersze ukazują się w drukowanych konspiracyjnie antologiach poezji „Werble wolności” i „Słowo prawdziwe”. Po wojnie przebywa w Brukseli i Paryżu, by – niespodziewanie dla wszystkich, którzy już ogłosili, że zginął – w 1946 roku zjawić się w Krakowie. Jak pisze Marcel Woźniak w książce „Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”, miał go krótko po przyjeździe do kraju spotkać na ulicy Leopold Tyrmand, który „nie mógł powstrzymać się od poproszenia o wspólne zdjęcie z pisarzem, którego utwory czytywał w szkole”. To w Krakowie poeta pisze m.in. „Powrót do Eurydyki”, „Liryka, liryka, tkliwa dynamika”, „Kolczyki Izoldy” i słynną „Zaczarowaną dorożkę” (1948).
To nie jest nic takiego / dorożkę zaczarować
Zapytajcie Artura,
daję słowo: nie kłamię,
ale było jak ulał
sześć słów w tym telegramie:
ZACZAROWANA DOROŻKA
ZACZAROWANY DOROŻKARZ
ZACZAROWANY KOŃ.
Cóż, według Ben Alego,
czarnomistrza Krakowa,
„to nie jest nic takiego
dorożkę zaczarować,
dosyć fiakrowi w oczy
błysnąć specjalną broszką
i jużeś zauroczył
dorożkarza z dorożką (…)
[Zaczarowana dorożka, 1948]
„Zaczarowana dorożka” to tom poetycki, zawierający wiersze i poematy publikowane wcześniej w tygodnikach „Odrodzenie”, „Przekrój”, „Szpilki” i „Tygodnik Powszechny”. Tytułowy poemat, dedykowany żonie, Natalii Gałczyńskiej, utrzymany jest w tonie nastrojowego liryzmu i żartobliwej groteski. Odtwarza podróż zaczarowaną dorożką przez nocny Kraków, z ulicy Wenecja pod Sukiennice. Poeta uwiecznił przy okazji… autentyczną dorożkę i jej fiakra, Jana Kaczarę, którego syn do 1985 roku powoził zresztą opisany pojazd, opatrzony teraz złotym napisem „Zaczarowana Dorożka”.
Ukochane i miasta i wioski
Wiele powojennych utworów Gałczyńskiego wpisuje się w poetykę socrealizmu. Jedną z przyczyn jest chęć dostosowania się do obowiązującej poetyki jako odpowiedź na krytykę, z którą się spotkał. W 1950 stał się bowiem obiektem walki ideologicznej – jego twórczość została potępiona na Zjeździe Literatów Polskich przez Adama Ważyka jako drobnomieszczańska.
W 1953 roku pisze wiersz „Wszystko tobie, ukochana ziemio” znany bardziej jako „Ukochany kraj”, do którego muzykę komponuje Tadeusz Sygietyński. Pieśń ponoć miała nawet szansę zastąpić „Mazurka Dąbrowskiego” w roli polskiego hymnu narodowego.
Wszystko tobie, ukochana ziemio
Nasze myśli wciąż przy Tobie są
Tobie lotnik triumf nad przestrzenią
A robotnik daje dwoje rąk
Ty przez serce nam jak Wisła płyniesz
Brzmi jak rozkaz Twój potężny głos
Murarz, żołnierz, cieśla, zdun, inżynier
Wykuwamy Twój szczęśliwy los
Ukochany kraj
Umiłowany kraj
Ukochane i miasta i wioski
Ukochany kraj
Umiłowany kraj
Ukochany, jedyny, nasz, polski
(…)
To dla Ciebie najgorętsze słowa
Wszystkie serca, siła wszystkich rąk
To dla Ciebie, piękna i Ludowa
Każdy dzień i każdy nowy dom
[Wszystko tobie, ukochana ziemio, 1953]
W tym samym roku poeta opublikował panegiryk „Umarł Stalin”, a wcześniej „Poemat dla zdrajcy”, czyli atak na Czesława Miłosza.
Okiem zdrajcy patrzysz na Rawennę,
na mozaik kamyczki promienne,
potem piórem, ręką dezertera
chciałbyś myślom swym kształt nadać trwały -
ale oto litery powstały
i splunęły ci w pysk. Wierszyk umiera.
A tyś myślał, że ci będzie lepiej,
a tyś myślał, że lutnia to sklepik,
z którym można koczować przez bruki -
byle tylko chleb i piżama -
tak, mój panie, nowojorski kramarz
rozumuje na temat sztuki.
[Poemat dla zdrajcy, 1951]
Kiedy umrę i łopaty stukną
W ostatnich latach życia tworzy Gałczyński kilka większych form poetyckich: „Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha” (1950), „Niobe” (1951), „Wit Stwosz” (1952), tłumaczy też „Odę do radości” Friedricha Schillera. W latach 1950-1953 związany jest z leśniczówką Pranie nad Jeziorem Nidzkim, gdzie napisze wiele utworów, m.in. „Kronikę olsztyńską” (1952). Jego twórczość wielu uważało jednak za błahą. Zbigniew Herbert miał na myśli m.in. Gałczyńskiego pisząc w 1957 roku wiersz „Ornamentatorzy” z tomu „Hermes, pies i gwiazda”: „Pochwaleni niech będą ornamentatorzy / Ozdabiacze i sztukatorzy / Twórcy aniołków fruwających / (…) / No i ma się rozumieć poeci / Bowiem stają w obronie dzieci / Mówią uśmiech dłonie i oczy / Oni mają rację nie jest sprawą sztuki / Prawdy szukać to są rzeczy nauki / Sztukatorzy czuwają nad ciepłem serca (…).
Gałczyński zmagał się z alkoholizmem, przeszedł też dwa zawały, a wskutek trzeciego zmarł 6 grudnia 1953 w Warszawie – w wieku zaledwie 48 lat. Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Nad jego grobem Jarosław Iwaszkiewicz mówił: „Wczoraj był jeszcze naszym kompanem, wesołym współbiesiadnikiem – a dzisiaj przetwarza się w anegdotę, w podanie, legendę. Wczoraj jeszcze kaprysiliśmy, czytając jego wiersze, a dzisiaj już wiemy: na takiego poetę nieprędko zdobędzie się nasza w poezję obfita ziemia. Był żarliwy, był lekki, był mądry, był kochający – był pełnym człowiekiem i poetą doskonałym”.
Kiedy umrę i łopaty stukną,
potem trawa porośnie na grobie,
jako księżyc wrócę pod twe okno,
będę bajki opowiadał tobie.
Lecz wprzód dom twój rozsrebrzę na biało
farbą taką srebrna, doskonałą.
Noc wrześniowa także się rozsrebrzy,
noc, ulica i ten cień na ścianie,
i przechodzień powie: - Ależ księżyc
świeci dzisiaj jakoś niesłychanie,
i położy swą rękę na serce
nic nie wiedząc, że to ja tak świecę
[***, 1952]

