wywiad

Marc Elsberg: Każdy ma wpływ na klimat, ale zmian powinniśmy żądać głównie od firm energetycznych | Rozmawia Przemysław Poznański

– Nie sądzę, żeby po przeczytaniu mojej powieści wszyscy przestali jeść mięso i latać samolotami. Nie mam jako autor takiej misji. Chcę przede wszystkim zapewniać czytelnikom rozrywkę, wzbogaconą pewną dozą nauki. Choć jeśli przy okazji skłonię kogoś do refleksji na temat zmian klimatu, to tym lepiej – mówi Marc Elsberg*, bestsellerowy pisarz, autor wydanej właśnie w Polsce powieści „Celsjusz”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Marc Elsberg, fot. Kuba Celej

Przemysław Poznański: W powieści „Blackout” tworzy pan scenariusz powszechnego załamania dostaw energii i konsekwencji tego wydarzenia, w „Zero” ostrzega pan przed hojnym udostępnianiem w sieci naszych danych osobowych, z kolei „Celsjusz” zajmuje się globalnym ociepleniem i związaną z tym geoinżynierią, która ma być lekarstwem na gwałtowne zmiany klimatyczne, ale może się okazać równie dobrze kolejną chorobą. Można by nawet powiedzieć, że jest pan współczesną Kasandrą, która wieszczy nieszczęścia, jakie czekają ludzkość, tyle że mitologiczna wieszczka przestrzegała przed tym, czego jej współcześni nie wiedzieli, a pan mówi nam przecież o czymś, co wiedzieć powinniśmy. Tyle że nie chcemy tej wiedzy do siebie dopuścić. Dlaczego wolimy się łudzić, że będzie dobre, niż działać?

Marc Elsberg: Nie jest tak, że w przypadku globalnego ocieplenia nie robimy zupełnie nic. Tyle że nie robimy dostatecznie wiele i dostatecznie szybko. Europa już od lat 90. XX wieku stara się zredukować swoją emisję dwutlenku węgla, tyle że wciąż nie robi tego na takim poziomie, na jakim powinna. Zostaliśmy nawet pod tym względem wyprzedzeni przez Chiny. A dlaczego nie robimy dość? Bo to wygodne. Przynajmniej tak się ludziom wydaje na pierwszy rzut oka. Być może po tegorocznym lecie, gdy nawet w Europie temperatury sięgały ekstremalnych wartości, przyjdzie chwila refleksji, choć raczej gdy tylko nadejdzie jesień i zimniejsze dni, wszyscy znowu zapomnimy o ocieplaniu się klimatu. Poza tym zobowiązanie się do zrobienia czegoś oznacza jednoczesne przyznanie się do tego, że wcześniej robiło się coś źle. A tego nie lubimy. Jeszcze jest trzeci powód: trudno nam uwierzyć w coś, co dopiero ma się wydarzyć. Gdy ktoś trzydzieści lat temu mówił, że musimy coś zrobić z ocieplaniem się klimatu, bo za trzy dekady stanie się coś złego, to bardzo trudno było nam to sobie wyobrazić, zwizualizować to. Może po to potrzebni są autorzy tacy jak ja, którzy biorą na siebie rolę Kasandry i próbują pokazać, co może się stać, w tej czy innej sytuacji. Dzięki temu ludzie doświadczą, przynajmniej w książkach tego, jak może wyglądać przyszłość. Choć nie łudzę się, że to wystarczy, żeby popchnąć ludzkość do realnego działania. To kwestia otwarcia na zmiany. Trudno jest zmienić stare nawyki, za co może posłużyć mój przykład. Między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia bardzo dużo paliłem. Dosłownie paczkę dziennie. Potem, gdy nadeszły moje trzydzieste urodziny, postanowiłem rzucić papierosy i zrobiłem to, ale pamiętam, że nawet półtora roku później w chwilach stresujących odruchowo szukałem papierosów w kieszeni. Trudno zerwać z przyzwyczajeniami.

Granie online czy oglądanie filmików na Tik-Toku, a więc transmisja danych powoduje – jak pisze pan w „Celsjuszu” – ok. 4 proc. emisji CO2. Na ocieplenie wpływa też choćby hodowla zwierząt rzeźnych czy latanie samolotami. Każdy z nas ma wpływ na klimat. Być może właśnie to najbardziej – oczywiście poza tematem – różni pana najnowszą powieść od wcześniejszych. Wcześniej czarnymi charakterami były bigtechy, korporacje, rządy. Teraz to my, jednostki, staliśmy się antagonistami.

– Owszem – i piszę o tym w książce – jednostki mogłyby dokładać się do poprawy sytuacji. Pierwszym z brzegu pomysłem, który przychodzi mi do głowy, jest to, żeby przejść na weganizm, zrezygnować z mięsa i wszelkich innych produktów odzwierzęcych, co przyniosłoby na pewno duży efekt przy nie aż tak ogromnym wysiłku. Ale sądzę, że mimo wszystko byłaby to jednak bardzo mała dźwignia zmian. Stoję na stanowisku, że to duzi gracze, a więc politycy i korporacje energetyczne, które bazują cały czas na paliwach kopalnych, w największym stopniu zanieczyszczają środowisko. Gdyby to tam wprowadzono zmiany, to rzeczywiście byśmy ją zobaczyli. Była na to szansa w latach 90. XX wieku. Podjęto wtedy próby obaczenia dużych graczy odpowiedzialnością za ocieplenie klimatu. Jednak w roku 2004 za pomocą sprytnej kampanii zleconej przez BP udało się rozpromować ów słynny „indywidualny ślad węglowy”. W ten sposób cały ciężar został przeniesiony właśnie na jednostki, a zarazem zdjąć go z barków firm energetycznych. Dziś już dorosły kolejne pokolenia, które w szkołach uczyły się obliczania na lekcjach przyrody czy matematyki swojego śladu węglowego.

Może po to potrzebni są autorzy tacy jak ja, którzy biorą na siebie rolę Kasandry i próbują pokazać, co może się stać, w tej czy innej sytuacji. Dzięki temu ludzie doświadczą, przynajmniej w książkach tego, jak może wyglądać przyszłość. Choć nie łudzę się, że to wystarczy, żeby popchnąć ludzkość do realnego działania. To kwestia otwarcia na zmiany.

To chyba dobrze? Ten ślad istnieje.

Nie jest tak, że nie mamy wpływ na klimat, ale zmian powinniśmy żądać głownie od wielkich korporacji energetycznych. Kiedy byliśmy nastolatkami, w latach 80., to coś, co obecnie nazywa się zmianami klimatycznymi, wtedy nosiło miano „efektu cieplarnianego”. Jednak wielkie korporacje, sponsorujące prace naukowe, lansowały popularne dziś określenie „zmiany klimatyczne”. A za tym poszły też zmiany w postrzeganiu problemu: „zmiany klimatyczne” to coś, co zawsze istniało, może nawet niezależnie od ludzi. To moim zdaniem pokazuje, jak ważny jest język, jakiego używamy, gdy mówimy o tak ważnych rzeczach. Nie wiem jak to jest w Polsce, ale w świecie anglojęzycznym i niemieckojęzycznym mniej więcej pięć, sześć lat temu ludzie zaczęli się orientować, że coś jest nie tak z tym językiem, w którym toczy się dyskurs dotyczący wpływu człowieka na ocieplenie i dlatego zaproponowali określenie: „kryzys klimatyczny”. Osobiście nie uważam, żeby to było określenie najlepsze, ale widać, że mimo wszystko niektórzy z nas starają się zmienić trochę optykę.

Marc Elsberg, Celsjusz, tłum. Elżbieta bieta Ptaszyńska-Sadowska, Wydawnictwo W.A.B. 11 września 2024, ISBN
9788383199498

W pana powieści jednostki chcą działać. Najlepszym przykładem jest główna bohaterka, Fayola Oyetunde z Sekretariatu ONZ do spraw Zmian Klimatu w Bonn, która doradza nawet prezydentowi USA.

– Proszę zauważyć, że w zasadzie nie ma w tej powieści postaci negatywnych, nie ma stuprocentowego czarnego charakteru. To był dla mnie zresztą dylemat podczas pisania tej książki, największe wyzwanie: zwykle autorzy thrillerów stosują jasny podział na tych dobrych i tych złych. Ja nie chciałem tego robić. Oczywiście ocena postaci zależy od punktu widzenia, bo pewnie niektórzy czytelnicy uznają, że złym charakterem jest miliarder Manu. Ale tak jego działania oceniać można tylko z perspektywy europejskiej, bo już z perspektywy kogoś, kto żyje w Indiach czy Nigerii, Manu będzie postacią pozytywną.

Dzięki ciekawemu zabiegowi konstrukcyjnemu fabuły pokazuje pan kilka scenariuszy przyszłości, jaka może nas czekać za kilkadziesiąt lat, w zależności od działań podjętych teraz przez rządy i korporacje. Żaden z tych scenariuszy nie jest jednak do końca optymistyczny. Zawsze ktoś traci.

– Tak już jest, że zawsze są wygrani i przegrani. Nawet dziś, gdy spojrzymy na strefę klimatyczną, w jakiej leżą państwa rozwinięte, to okaże się, że Stany Zjednoczone, państwa Unii Europejskiej, Japonia, Chiny przynajmniej częściowo znajdują się w strefie klimatu umiarkowanego. Wniosek: taki klimat najbardziej sprzyja rozwojowi gospodarczemu. W takim klimacie wszyscy chcieliby mieszkać. Tylko że nie da się zrobić tak, by wszyscy żyli w klimacie umiarkowanym. To niemożliwe i skutki tego także pokazuję w książce.

Wspomniał pan o wielkich korporacjach  energetycznych i wydaje się, że właśnie pieniądze mogą być kluczem do mian. Jednym z wniosków jakie przynosi „Celsjusz” jest ten, że na zmiany klimatyczne będziemy  chcieli zareagować globalnie jako państwa, kiedy poczujemy, że to jest dobry interes, że skorzysta na tym gospodarka. Pana powieść zaczyna się od tego, że Chiny wkraczają do walki ze zmianami, rozumiejąc, że to się im opłaca. Gospodarczo i politycznie.

– Pieniądze nie są tu bez znaczenia. Myślę, że prędzej czy później, a w zasadzie prędzej niż później, zrozumiemy choćby jak wielki ekonomiczny sens ma wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii. Nie ma żadnej wątpliwości, że ludzkość, a właściwie wszystko na Ziemi, potrzebuje energii do tego, żeby rosnąc, rozwijać, prosperować. Przez ostatnie 200 lat zdecydowanie za bardzo polegaliśmy na energii z paliw kopalnych i dopiero stosunkowo niedawno – patrząc z perspektywy całej historii ludzkości – zdaliśmy sobie sprawę, że to ma cenę. Że to zawsze miało cenę, którą teraz płacimy. Tą ceną są zmiany klimatyczne. Jestem przekonany, że skoro wiemy już, że takie źródła energii jak słońce czy wiatr są tanie i niewyczerpalne, to w przyszłości będziemy korzystać głownie z nich. Bo to będzie miało sens ekonomiczny. Pytanie brzmi tylko, czy przestawimy się na nie wystarczająco szybko, by nie narobić jeszcze większych szkód.

W latach 90. XX wieku podjęto wtedy próby obaczenia dużych graczy odpowiedzialnością za ocieplenie klimatu. Jednak w roku 2004 za pomocą sprytnej kampanii zleconej przez BP udało się rozpromować ów słynny „indywidualny ślad węglowy”. W ten sposób cały ciężar został przeniesiony właśnie na jednostki, a zarazem zdjąć go z barków firm energetycznych.

Chyba że będzie jak w „Celsjuszu”. U pana, gdy chiński program klimatyczny, Wielki Parasol, zaczyna działać, przywódcy mocarstw uznają, że skoro problem zażegnano, to trzeba zwiększyć wydobycie i zużycie paliw kopalnych.

– To klasyczny moralny problem pokusy nadużycia. Tak, niestety może być i tak.  

Mówiliśmy o zagrożeniach, przed którymi nas pan ostrzega. Czy one przychodzą do pana same, dostrzega pan je wokół siebie i opisuje, czy szuka ich jako tematu na potrzeby kolejnej powieści?

– Nigdy nie szukam specjalnie tematu. Skupiam się na zagadnieniach, które mnie interesują, czasem od dawna. Zanim jednak siądę do pisania, sprawdzam w rozmowie z innymi ludźmi, czy ich to też zaciekawia. Jeśli zaczynają dopytywać, wiem, że temat jest nośny. Ale musi on też mieć długą żywotność. Research do książki trochę trwa, piszę potem ją od roku do dwóch lat, a później jeszcze książka funkcjonuje jakiś czas na rynku. Jej temat nie może więc tracić na aktualności. A inspirację czerpię zarówno z tego, co obserwuję na świecie, jak i wokół siebie. W przypadku  „Helisy” (Helix, 2017) zaczęło się od tego, że miałem w tamtym czasie sporo znajomych, którzy dopiero co zostali rodzicami. Patrzyłem na to jak bardzo chcą w przyszłości zapewnić swoim dzieciom to, co najlepsze: prywatne przedszkole, dobrą szkołę. Zacząłem się zastanawiać, czy gdyby ci ludzie mieli możliwość ingerencji genetycznej w przypadku swoich dzieci, tylko po to, żeby sprawić, że ich życie będzie lepsze, to co by z tego wyszło. Zdarza się, że temat kolejnej książki przychodzi do mnie, gdy jeszcze pracuję nad poprzednią. O kwestii zmian klimatycznych myślałem już jakiś czas temu, ale trafiłem wtedy na artykuł napisany przez pewnego londyńskiego naukowca, który zainspirował mnie do napisania „Chciwości” (Gier, 2019). Po niej też nie powstał „Celsjusz”, bo przyszedł mi do głowy pomysł na „Sprawę prezydenta” (Der Fall des Präsidenten, 2021). Poszedłem do wydawcy i spytałem czy woli, żebym napisał najpierw powieści wymagająca mniej researchu, czy bardziej pracochłonną czyli „Celsjusz”. Wybrał tę pierwszą.

Marc Elsberg, fot. Kuba Celej

Skoro o researchu mowa. Wspomniana Fayola Oyetunde jest ekspertką, której wiedzy ufamy. Ale żebyśmy mogli jej zaufać, najpierw to pan musi zebrać wiedzę, którą obdarzy bohaterkę czy bohatera. Jak wygląda dokumentowanie w przypadku autora takiej powieści jak „Celjsusz”, zanurzonej w technologii i nauce?

– Od zawsze byłem człowiekiem bardzo ciekawym świata. Już jako nastolatek czytałem książki, gazety. Wtedy też zetknąłem się z tematem wpływu człowieka na środowisko, bo w owym czasie świat borykał się z dziurą ozonową. To była kwestia globalna, którą nawiasem mówić, udało się rozwiązać, co pokazuje, że jeżeli jako państwa chcemy coś wspólnie zrobić, to jesteśmy w stanie to uczynić. Sam research polega głównie na czytaniu, nie ma tu wielkiej tajemnicy. Dlatego połowę czasu przeznaczonego na pracę spędzam na lekturze, pogłębianiu wiedzy. Gdy siadam do pisania, wiem, w których momentach muszę solidnie zdokumentować temat, a gdzie nie jest to aż tak bardzo konieczne. Potem przychodzi najtrudniejsza część: muszę zdecydować, co w powieści zostawić, a co wyrzucić, żeby książka nie była łopatologicznym wykładaniem faktów, ale powieścią z akcją. Pytanie o research to też zresztą pytanie o to, co robić, żeby musiało go być jak najmniej (śmiech). Jednym ze sposobów jest wybranie takich miejsc akcji, które się zna. Kto był w Chinach, ten wie, jak tam jest, jakie są zapachy, jak ludzie wyglądają, jak się zachowują, jak funkcjonują. Dzięki temu nie trzeba już tych kwestii dokumentować, a to ułatwia pracę.

To jeden tajników warsztatu. Dopytam więc: jak się pisze  bestseller? Powieść „Celsjusz” rozpoczyna iście „filmowa” scena, gdy pasażerowie samolotu ze strachem obserwują lecące w ich stronę chińskie drony, które szybko okazują się jednak nie być bronią, a pierwszym etapem przejmowania władzy nad klimatem. A od czego zaczyna się pisanie powieści? I kiedy na scenę wkraczają bohaterowie: dziennikarz Pat Welzer i wspomniana Fayola Oyetunde, Fay?   

– Pewnie tworzyłbym filmy, gdyby nie to, że książkę łatwej opublikować, niż zrobić film. Stąd ta „filmowa” scena. A wracając do sedna: poza „Helisą”, w której punktem wyjścia byli rodzice, a więc bohaterowie, zazwyczaj najpierw pojawia się historia, a dopiero potem zastanawiam się, jaka postać najlepiej poprowadzi tę opowieść. Kiedyś działałem trochę na zasadzie prób i błędów, ale teraz wiem już, jakie prawidła rządzą thrillerem. Wiem choćby, że musi się na kartach takiej powieści pojawić ekspert, choć niekoniecznie musi to być główny bohater czy bohaterka. Co nie znaczy, że nie zmieniam zdania – w „Blackout” (2012) jest mnóstwo wątków i postaci, więc gdy zaczynałem pisać tę powieść, na pierwszy plan wysuwała się 23-letnia asystentka dyrektora generalnego pewnej firmy energetycznej z siedzibą w Berlinie. Ale w którymś momencie w książce pojawia się też bohater o nazwisku Piero Manzano, specjalista od IT. Miał być postacią z wątku pobocznego, ale gdy zacząłem redagować i przepisywać pierwsze sto kilkadziesiąt stron, nagle doszedłem do wniosku, że to on powinien być głównym bohaterem. Po prostu „zaskoczył”. Wcześniejsza główna bohaterka w końcu zamieszkała nie w Berlinie, tylko w Brukseli, i nie pracuje dla firmy energetycznej, tylko dla instytucji unijnych. Tak naprawdę podobna sytuacja miała miejsce z Fay. Na samym początku była obywatelką Niemiec, urodzoną i wychowaną w tym kraju. Ale w którymś momencie pomyślałem, że skoro moja książka jest też trochę o starciu sił między Północą a Południem, to powinno to mieć przełożenie także na główną bohaterkę. Dlatego ostatecznie Fay dorasta na południowej półkuli, ale dorosłe życie prowadzi już na półkuli północnej. Istotny dla fabuły konflikt, który obserwujemy jako czytelnicy, ona nosi także w sobie.

Thriller to gatunek, w którym często autorzy wykorzystują teorie spiskowe, tymczasem u pana wszystko toczy się wokół faktów lub hipotez opartych na faktach. Na końcu książki, za sprawą jednej z bohaterek, kpi pan nawet z tzw. foliarzy i płaskoziemców. Jak pan – jako autor bestsellerowych powieści gatunkowych – rozumie rolę thillera? Ma pan poczucie misji?

– Nie sądzę, żeby po przeczytaniu „Celsjusza” wszyscy przestali jeść mięso i latać samolotami. Nie mam jako autor takiej misji. Chcę przede wszystkim zapewniać czytelnikom rozrywkę, wzbogaconą pewną dozą nauki. Choć jeśli przy okazji skłonię kogoś do refleksji na temat zmian klimatu, to tym lepiej. Natomiast sama moc sprawcza książek jest czymś niepodważalnym. Wystarczy spojrzeć na Biblię czy Koran. Albo na książkę „Silent Spring” Rachel Carlson z 1962 roku, która w istotny sposób przyczyniała się do tego, że w sposób rewolucyjny zmieniło się podejście do kwestii klimatu, że zaczęto o tym rozmawiać.

Rozmawiał Przemysław Poznański

*Marc Elsberg (ur. 1967) – austriacki pisarz i felietonista, publikował m.in. w gazecie „Der Standard”. Zadebiutował w 2004 roku powieścią „Das Prinzip Terz”. Autor bestsellerowych thrillerów „Blackout” (2012; wyd. pol. 2015), „Zero” (2014; wyd. pol. 2016), „Helisa” (2016; wyd. pol. 2017), „Chciwość”

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej