Wakacje. Można ruszyć w podróż, zwiedzać kraje, miasta, zaułki i zakątki – jako turysta. Można też ruszyć w podróż i… nic nie robić – pisze w czerwcowym felietonie Dawid Kornaga.

Wakacje, mimo swojego leniwego przebiegu, to często dynamiczny okres zmian, decydujących wydarzeń, przeróżnych przesileń. Zwłaszcza kiedy jesteśmy młodzi, nawet nie Zetki, już Alfy albo coś jeszcze młodszego, co dopiero kształtuje się w wodach płodowych. W filmie Cześć Tereska (2001) oglądamy historię dwóch nastolatek, spędzających wakacje w blokowisku. Wkrótce ich życie zmienia się wskutek różnych wstrząsających wydarzeń. Albo Szczęki (1975), których akcja toczy się podczas letniego sezonu turystycznego na wyspie Amity, gdzie olbrzymi rekin zaczyna terroryzować plażowiczów. Całość wakacyjnych rewolucji dopełnia polski serial Wakacje z duchami (1970); trzech chłopców spędza wakacje w małym miasteczku niedaleko starego zamku, a w nim rzekomo straszy. Może PRL-em, może przyszłym PiS-em, nie będę spojlerował, jeśli ktoś nie oglądał.
Wakacje mogą więc być dramatyczne, tragiczne lub zaskakująco zabawne, wręcz lajtowe. Przeważnie, już we wrześniu, wracamy z nich z nowymi siłami. Nawet krótki wyjazd za miasto, na działkę, swoją czy znajomych lub lifestylowy city break do wybranej europejskiej destynacji daje nam energię, odświeża naszą witalność i zapewnia obfity content do epickich relacji, tiktoków oraz pozyskiwania zasłużonych lajków we wszelkich możliwych social mediach.
Niektórzy też nie wracają. Tak zwyczajnie, funeralnie. Pochłonięci definitywnie przez jeziora, rwące rzeki, wiry, zdradzieckie morskie fale czy dla śmiercionośnej odmiany pokrętne jaskinie. Strąceni w przepaść górską przez kozice, chroniące swoje małe. Albo przez partnerów i partnerki, różnie bywa w miejscu zbrodni. Ktoś przegnie z procentami i wybierze się podczas burzy z piorunami na szczyt Giewontu. Inny wykona swój pierwszy i ostatni zarazem lot motolotnią. Nic odkrywczego, że towarzystwa ubezpieczeniowe nie lubią wakacji. Po intensywnym sezonie nadchodzi wzmożony okres wypłat ubezpieczeń za życie lub wszelkich innych szkód. Odwodnienia, gipsy, hospitalizacje, również z przejedzenia i przepicia.
Stąd pytanie, czy podczas wakacji lepiej podróżować, czy dla własnego dobra tylko odpoczywać. Jeśli podróżować, to sprawa rozwiązana. Pakujemy się, wsiadamy do samochodu, samolotu, innego środka komunikacji i robimy swoje. Przemieszamy się z miejsca na miejsce, jesteśmy to tu, to tam. Unikamy statyczności i jednostajności. Każdy dzień to nowa opcja poruszania się i realizacji swoich planów, by dostarczyć Instagramowi nowej karmy. Z kolei osoby oddające się odpoczynkowi na zasadzie ja+moi bliscy+hotel+fun mają problem. Czeka na nich niespodzianka jednostajności. Oczywiście mogą wybrać „fakultety”, które wzbogacą pobyt, lecz to substytut podróżowania. Na pewno nie powinni nazywać się wtedy podróżnikami. Bywają turystami, natomiast w rzeczywistości są „pobytowcami”, a mówiąc ładniej, rezydentami danego ośrodka wakacyjnego.
Czytam sobie na popularnym portalu artykuł w dziale turystyka o zwiedzaniu Turcji. Tekst ilustruje fotografia z banku zdjęć. Na niej para w średnim wieku, w strojach kąpielowych, dosyć otyła, co widać nie tylko po odkrytych brzuchach. Kobieta opala się na leżaku, mężczyzna na sąsiednim wpatrzony jest w smartfon. I podpis pod zdjęciem: „Polscy turyści spędzają wakacje w pobliżu Bodrum”. Turyści? Raczej polscy pobytowcy w tureckim hotelu all inclusive. Nic nie robią cały dzień, przepraszam, a jedyne, co zwiedzają z dużym zaangażowaniem, to stołówki i bary. Swój fakultet kończą na plaży lub przy basenie.
O ile rozumiem rodziców z małymi dziećmi, których interesuje bardziej zjeżdżalnia od świątyni w Efezie, a pizza, makarony i lody spokojnie zaspokajają ich aktualne pragnienia eksploracji lokalnej kuchni, to kompletnie nie rozumiem, jak parę leniuszków można nazwać turystami. Naturalnie, mają pełne prawo do odpoczynku, nawet „überodpoczynku”, ich finanse, czas i sprawa, tylko ktoś w redakcji dwa razy powinien się zastanowić nad znaczeniem pewnych słów, które wklepał pod fotografią.
Niektórzy skazani są wyłącznie na pobyty: nie mogą odkleić się od nalewaka z piwem, boją się nachalnych sprzedawców, mają fobię przed mewami, bo naoglądali się za dużo Hitchcocka, denerwuje ich słońce w zenicie, ledwo oddychają przez nieludzki upał, za to ulgę przynosi im pluskanie w basenie, a najlepiej ogólne nicnierobienie. Pobytowcy szanują swoje pieniądze, które wydali na pobyt, dlatego starają się wycisnąć z niego każdą możliwą przyjemność przez tydzień czy dwa „podróży”. Czasem warto brać z nich przykład, jeśli i my tego potrzebujemy w ramach odpoczynku od życia. Tylko bez hashtagów #travel i #explore.
Przeczytaj także:

