Zupełnie Inna Opowieść ma już ponad 10 lat. Czy dekada to dużo, czy mało? Pytamy o to ludzi literatury. Pytamy również jak im upłynęło ostatnie dziesięć lat, co stworzyli, czym się zachwycili, co planują. Dziś Marta Zaborowska.

– Każdy, kto zaczął pisać i wydawać książki, wie, o czym mówię: tego pociągu nie da się już zatrzymać. Pisanie jest czynnością narkotyczną, a tym samym uzależniającą – mówi Marta Zaborowska, pisarka, z wykształcenia politolog. Zadebiutowała w 2013 roku powieścią „Uśpienie”, która odniosła czytelniczy sukces i doczekała się kontynuacji w postaci pięciu kolejnych tomów: „Rajskie ptaki”, „Gwiazdozbiór” (nominacja do Nagrody Wielkiego Kalibru 2016), „Czarne ziarno”, „Bez powrotu” oraz „Debiutantka”. Główną bohaterką serii jest detektyw Julia Krawiec – samotna matka, mająca za sobą skomplikowaną przeszłość i prowadząca nieuregulowane życie uczuciowe. Zaborowska jest też autorką powieści „Jej wszystkie śmierci” i „Lęki podskórne”. . Jej najnowsza książka „Sześć powodów, by umrzeć”, ukazała się w lutym tego roku. Pierwszą recenzję książki pisarki opublikowaliśmy 21 października 2020 roku („Czarne ziarno”), pierwszy wywiad (wideo) przeprowadziliśmy 21 lipca 2021 roku.
Zupełnie Inna Opowieść: 10 lat – dużo? Mało?
Marta Zaborowska: Myślę, że całkiem sporo, zwłaszcza że nasze życie składa się z zaledwie kilku dekad. Ważne, żeby każdy dzień wykorzystywać na tyle, na ile się da, bo czas utracony nie ma w zwyczaju do nas wracać. Brak opcji „powtórz” – to takie niedopatrzenie architekta, który się zabrał za cały ten galimatias.
Debiutowałaś w 2013 roku, więc jesteśmy niemal równolatkami. Dziś jesteś autorką dziewięciu powieści. Z czym kojarzy ci się ten czas od debiutu? Dostrzegasz jakieś istotne kamienie milowe w swojej twórczości?
– Debiut był małym trzęsieniem ziemi. Właśnie wtedy moje życie wykonało woltę i spojrzałam na swoją przyszłość z zupełnie innej perspektywy. Otworzyły się dla mnie nowe drzwi i bardzo chciałam przez nie przejść. Wydawanie pierwszych powieści było dla mnie emocjonujące, ale też obciążone niemałym stresem – dla każdego autora to prawdziwa próba ognia. Można się przy nim ogrzać, ale można się też nieźle poparzyć. Teraz, po napisaniu kilku tysięcy stron i milionów słów, podchodzę do mojej pracy o wiele spokojniej.
Ważne, żeby każdy dzień wykorzystywać na tyle, na ile się da, bo czas utracony nie ma w zwyczaju do nas wracać. Brak opcji „powtórz” – to takie niedopatrzenie architekta, który się zabrał za cały ten galimatias.
Czy gdybyś jednak mogła cofnąć czas, zmieniłabyś coś w swoim pisarskich decyzjach (inne gatunki, tematy)?
– Nie, niczego bym nie zmieniła. Ale, muszę przyznać, że raz na jakiś czas odzywa się w mojej głowie głos „a może jakiś skok w bok od tych zbrodni byś zrobiła, tak dla sportu, hm?”. Nowe kusi, więc niczego nie wykluczam.
Jak zaczęłaś pisać? I dlaczego?
– Dlatego, że musiałam. To się po prostu organicznie czuje i wie, co tak naprawdę w duszy gra i do jakiej melodii chce się w życiu tańczyć. A, wiadomo, że do własnej tańczyć jest najlepiej. Moją „melodią” było pisanie. Napisałam pierwszą powieść i okazało się, że szybko zdobyła serca czytelników, więc zaczęły powstawać kolejne tomy.
Dokończ: Gdybym jednak nie została pisarką, to byłabym…
– Piosenkarką, która kocha śpiewać, choć nie umie i umiera przez to w zapomnieniu, tonąc we frustracji. No, chyba że poszłabym tropem Florence Foster Jenkins, najgorszej śpiewaczki świata. Bycie najgorszą uczyniło ją najlepszą w swojej kategorii, i przez to piekielnie sławną. To jest dopiero osiągnięcie! Może w ten sam sposób mogłabym też zostać malarką, bo to również jest cudowne zajęcie, choć z tym malowaniem jest u mnie podobnie jak ze śpiewaniem. Tak sobie myślę, że aby popróbować wszystkich zawodów, do których mnie ciągnie, a jest ich jeszcze kilka, powinnam żyć co najmniej dwieście lat.
Uważasz swoje pisarskie marzenie za spełnione? Jeśli tak, to dlaczego. Jeśli nie, to co jest tym marzeniem?
– Tak – spełniłam moje marzenie o pisaniu i wiem, że jestem na właściwym miejscu w życiu, a to daje mi ogromny komfort psychiczny. Ten sam komfort domaga się jednak swojego continuum. Każdy, kto zaczął pisać i wydawać książki, wie, o czym mówię: tego pociągu nie da się już zatrzymać. Pisanie jest czynnością narkotyczną, a tym samym uzależniającą. Więc muszę to moje marzenie utrzymać i pisać do końca świata. Albo do ostatniego czytelnika.
Czego oczekujesz od literatury? Swojej literatury i literatury w ogóle.
– Od każdego gatunku literackiego oczekuję czegoś innego, bo każdy z nich ma inny cel. Jednak mianownik wszędzie jest wspólny: literatura ma dać mi emocjonalny bonus, przykleić do siebie liryzmem, napięciem, humorem, tych uczuć jest całe mrowie. Ważne jest też dla mnie, by autor miał sposób przekazu bliski mojej czytelniczej wrażliwości i, jako gawędziarz, tak posługiwał się słowem, że gdybym usiadła z nim przy ognisku, a on zacząłby snuć swoją opowieść, nie chciałabym odejść od tego ogniska aż do białego rana, i tylko dokładałabym polan, by móc słuchać dalej. Od siebie, jako od autorki, wymagam tego samego, choć wiem, że nie trafię do każdego, bo ilu czytelników, tyle czytelniczych gustów.
Jakie książki (albo inne dzieła kultury) cię ukształtowały – jako człowieka, jako pisarkę? (ulubione książki, ulubieni pisarze). Masz ulubionego bohatera literackiego? Swojego? Cudzego?
– Są książki, które nas uwrażliwiają i „odkładają się” w pamięci, jako te wyjątkowo ważne, których się nie czyta dla samego czytania, a które się głęboko przeżywa. Ja miałam tak z „Beksińscy. Portret podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej. Prawdę mówiąc, odchorowałam tę książkę i trudno było mi się po niej pozbierać, bo jej ciężar mnie najzwyczajniej przygniótł, ale uważam ją za jedną z ważniejszych książek w moim życiu. A z lżejszych pozycji, to taką ważną powieścią była dla mnie „Miłość w czasach zarazy”. Czytałam ją, wyznaczając sobie dzienny limit stron, by zbyt szybko jej nie skończyć. Co do ulubionego bohatera literackiego, to całkiem przyjemnie był skrojony Myron Bolitar Cobena.
Od każdego gatunku literackiego oczekuję czegoś innego, bo każdy z nich ma inny cel. Jednak mianownik wszędzie jest wspólny: literatura ma dać mi emocjonalny bonus, przykleić do siebie liryzmem, napięciem, humorem, tych uczuć jest całe mrowie. Ważne jest też dla mnie, by autor miał sposób przekazu bliski mojej czytelniczej wrażliwości i, jako gawędziarz, tak posługiwał się słowem, że gdybym usiadła z nim przy ognisku, a on zacząłby snuć swoją opowieść, nie chciałabym odejść od tego ogniska aż do białego rana, i tylko dokładałabym polan, by móc słuchać dalej.
Kiedy nie piszę, to…
– Koszę trawę, sadzę rośliny, czytam, rozwiązuję krzyżówki, jeżdżę po świecie, spotykam się z przyjaciółmi.
Nad czym teraz pracujesz?
– Kończę pisać kryminał z mojej serii o Julii Krawiec, i już chodzi mi po głowie fabuła na kolejny domestic noir.

