wywiad

Marta Zaborowska: Uwielbiam wyzwania | Rozmawiał Przemysław Poznański

– Wszyscy jesteśmy tak zaprogramowani, że mamy w sobie tyle samo szlachetnych uczuć, co paskudnych. Kwestią jest to, na co w danej chwili postawimy i co, mając wolną wolę, wybierzemy – mówi Marta Zaborowska, autorka powieści „Sześć powodów, by umrzeć”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Marta Zaborowska, fot. materiały prasowe

Przemysław Poznański: Lubisz wyzwania?

Marta Zaborowska: Intelektualne czy fizyczne? Zresztą bez różnicy. Uwielbiam wyzwania. Wspięłam się na ścianę wspinaczkową, chociaż mam lęk wysokości. Weszłam na szklaną kładkę nad przepaścią, i udało mi się nie umrzeć. Pływać także się nauczyłam, choć wcześniej bałam się wody, bo w dzieciństwie o mały włos nie utonęłam w rzece. Pozostaje mi jeszcze przemóc się i wyjść na otwartą przestrzeń w czasie burzy – z tym będzie chyba u mnie najgorzej (też wisi nade mną historia z przeszłości). A jeśli chodzi o wyzwania intelektualne, te nie-pisarskie, uwielbiam wystawiać na próbę mój mózg i rozwiązywać zadania z zakresu „Sprawdź poziom swojego IQ, zmierz się sam ze sobą”.

A w literaturze?

– Też. „Sześć powodów, by umrzeć” jest tego najlepszym przykładem. To moja pierwsza książka w podgatunku domestic noir. Bardzo lubię ten nurt, zaczytuję się w tego typu amerykańskich powieściach, ale dotychczas nie próbowałam pisać takich książek. Zdecydowałam się w końcu na ten krok, bo wyszłam z założenia, że skoro naprawdę dobrze, gładko mi się je czyta, to może z pisaniem będzie podobnie. I nie myliłam się. „Sześć powodów…” pisało mi się świetnie. Może właśnie trafiłam na swój ulubiony gatunek? Co prawda, ta powieść powstawała nieco dłużej niż moje wcześniejsze książki, ale tylko dlatego, że chciałam, aby była perfekcyjnie dopracowana. Działał efekt świeżości i miałam frajdę pracując nad tekstem, ale to nie mogło mi przesłonić najważniejszego: mój pisarski trans i zachłyśnięcie się nową „zabawką” musiały mieć przełożenie na zadowolenie czytelnika. Nie chciałam też, żeby była to książka „lekka”. Moje kryminały z Julią Krawiec, choć dotykają mrocznych, trudnych spraw, operują nieco mniej intensywnym ładunkiem emocjonalnym niż „Sześć powodów…”. To wszystko należało rozegrać z rozsądkiem, bez pośpiechu.

Wprowadzasz nas w powieść mottem z „Koszmaru z Ulicy Wiązów”.

– Motto oczywiście nawiązuje do beztroskiego dzieciństwa bohaterek, Miriam i Adeli, gdy jedyną grozą, z jaką miały wówczas do czynienia, były tego rodzaju rymowanki i wyimaginowane potwory wychodzące spod łóżka. My poznajemy je w chwili, gdy są już dorosłymi kobietami, i gdy koszmar z wierszyka nie jest wyłącznie rymowanką, a poważnie wkracza do ich realnego życia. Ale skoro wspominasz o grozie, to przecież trzeba powiedzieć o okładce, z której jestem bardzo zadowolona. Zawsze marzyłam, żeby mieć na okładce tajemniczy dom (śmiech).Ten rysuje się całkiem intrygująco.

To moja pierwsza książka w podgatunku domestic noir. Bardzo lubię ten nurt, zaczytuję się w tego typu amerykańskich powieściach, ale dotychczas nie próbowałam pisać takich książek. Zdecydowałam się w końcu na ten krok, bo wyszłam z założenia, że skoro naprawdę dobrze, gładko mi się je czyta, to może z pisaniem będzie podobnie. I nie myliłam się. „Sześć powodów…” pisało mi się świetnie. Może właśnie trafiłam na swój ulubiony gatunek?

O wyzwania pytam, jak się domyślasz, także dlatego, że „Sześć powodów, by umrzeć” jest powieścią o ludziach, postawionych właśnie przed różnymi wyzwaniami – takimi, do których ktoś ich zmusza, ale i takimi, które sami stawiają przed sobą. Skąd pomysł na poddanie bohaterów właśnie takiej próbie, która przecież w niektórych przypadkach może oznaczać ryzykowanie życiem – swoim lub innych?

– Żyjemy w szalonych czasach, w których z jednej strony doświadczamy przebodźcowania, a z drugiej łakniemy wciąż kolejnych, silniejszych doznań, bo ciągle nam ich za mało. Szukamy czegoś, co nas nakręci, szukamy sławy, chwilowej popularności, łatwych pieniędzy, albo po prostu poczucia, że mocniej krąży nam w żyłach krew. Stąd nietrudno już do doświadczeń ekstremalnych, do ryzykowania – nawet życiem. Dotyczy to nie tylko młodzieży, o której często myślimy w kategoriach internetowych wyzwań, jakim się poddają ci młodzi ludzie, ale także dorosłych, podejmujących ryzykowne zachowania. Człowiek ma w sobie pierwiastek mierzenia się z niebezpieczeństwami, i jeśli raz mu się uda, jeśli zasmakuje tego ryzyka i wyjdzie z niego cały, to istnieje prawdopodobieństwo, że będzie chciał doświadczać go jeszcze i jeszcze. Może nawet mocniej, bo jego mózg będzie się domagał większej dawki adrenaliny.

Niestety, ale bywa i tak, że na niebezpieczeństwo wystawiamy nie tylko siebie, ale też bliskie nam osoby. Nieświadomie lub, co gorsza, jak najbardziej celowo. Ludzie, nawet ci z najbliższego kręgu, nie zawsze mają przecież czyste intencje. Co za tym stoi? Zwykle niskie pobudki: chęć ukrycia czegoś niewygodnego czy chronienie własnej skóry. Często są to pieniądze i wymierne korzyści finansowe. Dla pieniędzy i przez pieniądze dzieją się przecież najokrutniejsze rzeczy.

To widać także w twojej powieści. Nawet jeśli wszystkie ze stworzonych przez ciebie postaci bardzo długo wydają się być bohaterami pozytywnymi, żadna z nich nie jest do końca jednoznaczna.

– Każdemu z nich czegoś brakuje. Jeśli nie miłości, to bliskości, zainteresowania ze strony innych, poczucia, że jest się dla kogoś kimś ważnym, lub choćby zwykłej akceptacji. Właśnie stąd bierze się w nich potrzeba udowadniania sobie i innym swojej wyższości, chęć kontrolowania sytuacji. Nie ma wątpliwości, że każdy z moich bohaterów jest w mniejszym lub większym stopniu poraniony, głównie z powodu niedoborów emocjonalnych. Weźmy Konrada, którego żona znika bez śladu, a który już w dzieciństwie doświadczył wykorzystania emocjonalnego, bo tak można interpretować traumatyczną sytuację, jakiej doświadczył. Został wtedy zmuszony, by stanąć przed niewyobrażalnie trudnym wyborem i zadaniem. Po tym, co przeżył, świat wywrócił mu się do góry nogami. Wystarczyła jedna chwila, by nic już nie było takie jak dawniej. To odcisnęło na nim piętno. Podobnie jest z innymi postaciami. Adela, siostra zaginionej Miriam, walczy z chorobą, która uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie. Czuje się przez to gorsza. To też wpływa na jej stosunek do innych. Przykłady można mnożyć.

Żyjemy w szalonych czasach, w których z jednej strony doświadczamy przebodźcowania, a z drugiej łakniemy wciąż kolejnych, silniejszych doznań, bo ciągle nam ich za mało. Szukamy czegoś, co nas nakręci, szukamy sławy, chwilowej popularności, łatwych pieniędzy, albo po prostu poczucia, że mocniej krąży nam w żyłach krew. Stąd nietrudno już do doświadczeń ekstremalnych, do ryzykowania – nawet życiem.

Żadnego z twoich bohaterów nie znamy tak naprawdę do końca. Zaskakują nas co chwilę. Ty ich znasz?

– Ja ich znam. Muszę! (śmiech). Sam proces ich poznawania zaczyna się w momencie, gdy mam już zalążek fabuły. Wtedy przeszukuję „bazy” twarzy, które najbardziej pasują do moich wyobrażeń o bohaterach, drukuję je sobie, rozpisuję cechy charakteru tych postaci i zdarzenia z życia, które na nich wpłynęły. Rzecz jasna ich charakterystyka nadal się rozwija w trakcie pisania powieści, więc często wracam do tych zapisków i je uzupełniam. Z moimi literackimi bohaterami jest tak samo, jak z ludźmi poznawanymi w prawdziwym życiu. Na początku wiem o nich niewiele, potem, z tygodnia na tydzień dowiaduję się coraz więcej.

A sama konstrukcja powieści? Rozpisujesz sobie ją szczegółowo?

– Nie, nie robię tego. Gdy zaczynam pisać, znam tylko ogólny zarys fabuły, natomiast szczegóły rodzą się „po drodze”. Nie planuję, bo z mojego planowania nigdy nic nie wychodzi. Nawet zakończenie jestem w stanie zmienić w ostatniej chwili, gdy to, które pierwotnie zakładałam, przestaje mnie satysfakcjonować. Kiedyś próbowałam przygotować taki schemat, ale na drugi dzień wszystko poszło do kosza. Nie zakładam więc niczego na 100 proc., nie rozpisuję książki na rozdziały, bo u mnie się to po prostu nie sprawdza. Poddaję się treści, płynę z nią, w tym czuję się najlepiej. Znam początek, znam mniej więcej koniec, środek dzieje się po drodze. Dzięki temu podczas pisania mam przyjemność zaskakiwania samej siebie, a nie wywoływania frustracji, że co chwila odbiegam od planu.  

Marta Zaborowska, Szceść powdów, by umrzeć, Czarna Owca 14 lutego 2024, ISBN:
9788382527803

Skoro mowa o początku… Rozpoczynasz „Sześć powodów, by umrzeć” znalezieniem nadpalonych zwłok Miriam, żony Konrada, która od kilku miesięcy była osobą zaginioną. Problem w tym, że o ile Konrad podczas okazania zwłok natychmiast rozpoznaje żonę, o tyle jej siostra, Adela, kategorycznie twierdzi, że to pomyłka. Zmierzyć się z tym musi para policjantów, jakiej chyba jeszcze w polskiej powieści nie było. Rudolf Nauman i… Shi Lu. Ta druga jest z pochodzenia Wietnamką. Skąd taki pomysł?

– Przyszedł sam. Żyjemy już w kraju coraz bardziej kosmopolitycznym. Wystarczy się rozejrzeć wokół siebie, szczególnie w większych miastach, ale przecież nie tylko, by zauważyć, że cudzoziemców jest tu coraz więcej. Cudzoziemców, albo może bardziej Polaków o cudzoziemskich korzeniach. I stąd Shi Lu. Bo czemu nie? Moja córka i jej mąż mają przyjaciela Wietnamczyka. Może dlatego w pewnym momencie pomyślałam, że już czas przestać kierować się stereotypami i myśleć o tych naszych sąsiadach z bloku, czy z jednej ulicy jak o osobach, które wykonują tylko pracę fizyczną, są sprzedawcami, doręczycielami jedzenia, bo tak przecież kojarzą nam się osoby o dalekowschodnim pochodzeniu. Shi Lu reprezentuje to pokolenie, które urodziło się w Polsce, ma obywatelstwo, język polski zna jak każdy inny Polak, uczyła się w polskiej szkole, jest policjantką, bo czemu miałaby nią nie być, skoro tego chce i się do tego świetnie nadaje. Jest inteligentna, zaradna, sprytna. Jej postać to mój serdeczny uśmiech i wyraz szacunku dla obcokrajowców, których mijamy codziennie na ulicy, których też niejednokrotnie znamy i z którymi się przyjaźnimy.

Jej mentorem jest wspomniany Nauman, postać niejednoznaczna i też niestandardowa.

– Nauman postał w „Sześciu powodach…” jako pierwszy. Chciałam stworzyć postać, która stoi trochę w cieniu, nie jest pierwszoplanowa, niemniej jest niezwykle istotnym elementem dla fabuły. Zależało mi, by ukształtować go inaczej, niż dotychczas konstruowano postaci moich detektywów, policjantów. Nie chodzi tylko o płeć, jako że do tej pory miałam policjantkę-kobietę, ale o nadanie Naumanowi cech człowieka nieco zatwardziałego, czasem złośliwego, jednocześnie – podobnie jak inni bohaterowie – mocno zranionego, z mroczną tajemnicą. Dość szybko poznajemy jego historię, dowiadujemy się, ile przeszedł w życiu zawodowym i widzimy, jak go to doświadczenie ukształtowało. Nauman nie ma litości dla przestępców, bo działa właśnie z pozycji swoich traum. Nie może sobie pozwolić na kolejny zawodowy błąd, bo poprzedni zbyt wiele go kosztował. Nie przeżyłby tego. I ktoś taki staje się właśnie mentorem dla Shi Lu; to też nie jest przypadek. Rodzi się między nimi relacja mistrz-uczennica. Ona jest żywym srebrem, a on widzi w niej siebie sprzed lat. Zauważa jej potencjał i chce ją ukształtować na swoją modłę, by była tak samo dobra, jak on. Shi Lu wchodzi w ten układ z autentyczną pasją, bo widzi w Naumanie guru, niedościgniony wzór gliniarza, i wie, że przy nim rozwinie skrzydła. Oboje czerpią z tego układu. Ten duet naprawdę się sprawdza.

Aby opowiedzieć tę historię, decydujesz się na narrację pierwszoosobową. Dlaczego?

– Zależało mi, aby bohaterowie mówili tylko to, co dla nich wygodne, bezpieczne, i co chcą powiedzieć. To wcale nie znaczy, że kłamią! Pierwszoosobowa narracja doskonale się do tego nadaje. Pisząc w pierwszej osobie mogłam wejść w skórę każdej z tych osób, a jak już weszłam, zaczynałam myśleć, jak oni i mówić ich językiem. Zapominałam o wszystkich innych i oglądałam powieściowy świat oczami konkretnej postaci, myślałam jej mózgiem. To pozwalało mi snuć intrygę doskonałą. Serwując prawdę, choć nie całą, do tego oglądaną z różnych punktów widzenia, rysują w książce kawałek po kawałeczku sylwetki moich bohaterów i ich losy tak, żeby czytelnik coraz bardziej się w nie zagłębiał, ale nie ujrzał – aż do finału – całego obrazu.

Żyjemy już w kraju coraz bardziej kosmopolitycznym. Wystarczy się rozejrzeć wokół siebie, szczególnie w większych miastach, ale przecież nie tylko, by zauważyć, że cudzoziemców jest tu coraz więcej. Cudzoziemców, albo może bardziej Polaków o cudzoziemskich korzeniach. I stąd Shi Lu. Bo czemu nie?

Skoro jednak twoje postaci są tak niejednoznaczne, a ty pisząc żyjesz ich życiem, to czy nie jest to psychicznie zbyt wymagające?

– Jest wymagające, ale za to arcyciekawe. Trzeba tylko w odpowiednim momencie „przesiąść się” z wagonu „dobro” do wagonu ”zło”, albo mówiąc mniej obrazowo, przestawić w głowie wajchę z sympatycznych uczuć na te mniej miłe. Czy to trudne? Nie. Wszyscy jesteśmy tak zaprogramowani, że mamy w sobie tyle samo szlachetnych uczuć, co paskudnych. Kwestią jest to, na co w danej chwili postawimy i co, mając wolną wolę, wybierzemy. Nie mam więc problemu z wyobrażeniem sobie, dlaczego ludzie czynią zło. A od tego tylko krok, by wykreować na potrzeby powieści łotra, który zabija, kradnie, wpycha inną osobę pod autobus. Nie uwierzę, jeśli ktoś powie, że nigdy nie pomyślał niczego złego o drugim człowieku. Chcemy tego czy nie, jesteśmy złożeni z różnych uczuć.

Dotyczy to też Shi Lu i Naumana, choć może oni są tu akurat jedynymi postaciami w powieści, które nie knują, za to patrzą na całą tę intrygę całkowicie chłodnym okiem i surowo ją oceniają. Jako jedyni nie muszą niczego ukrywać, udawać, chować się za maskami i niedopowiedzeniami. Pozostali bohaterowie to robią i mają do tego prawo. Wprowadzenie przeze mnie do fabuły Shi Lu i Naumana pozwala czytelnikom skonfrontować ich myśli i słowa z tym, w jakim świetle stawiają się pozostali bohaterowie. Dzięki nim mogą wyciągnąć wnioski z prowadzonego śledztwa i zacząć dopasowywać do siebie poszczególne elementy układanki.

Shi Lu i Rufdolf Nauman wprowadzają nas w intrygę i to dosłownie, bo zaczynasz powieść właśnie od sceny z nimi. Niby tkwią na drugim planie, ale de facto narzucają narrację, bo – jak powiedziałaś – tylko im możemy wierzyć. Poza tym wypełniają znamiona archetypu zwycięskiego bohatera bez skazy. Lubimy takie postaci. Dla mnie to potencjał na bohaterów cyklu. Wyobrażam ich sobie wrzuconych do zupełnie innej intrygi. A ty jakie z nimi wiążesz plany?

– Kiedy ich tworzyłam i potem, gdy już pisałam książkę, w ogóle nie myślałam o serii. Ale jesteś już kolejną osobą, która postrzega ich jako postaci o takim potencjale. Muszę to zatem poważnie przemyśleć. Na razie jednak nie mam dla nich nowej sprawy.

Zależało mi, aby bohaterowie mówili tylko to, co dla nich wygodne, bezpieczne, i co chcą powiedzieć. To wcale nie znaczy, że kłamią! Pierwszoosobowa narracja doskonale się do tego nadaje. Pisząc w pierwszej osobie mogłam wejść w skórę każdej z tych osób, a jak już weszłam, zaczynałam myśleć, jak oni i mówić ich językiem. Zapominałam o wszystkich innych i oglądałam powieściowy świat oczami konkretnej postaci, myślałam jej mózgiem. To pozwalało mi snuć intrygę doskonałą. Serwując prawdę, choć nie całą, do tego oglądaną z różnych punktów widzenia, rysują w książce kawałek po kawałeczku sylwetki moich bohaterów i ich losy tak, żeby czytelnik coraz bardziej się w nie zagłębiał, ale nie ujrzał – aż do finału – całego obrazu.

Może to akurat takie wyzwanie, które powinnaś przed sobą postawić? Co w ogóle jest dla ciebie wyzwaniem w kryminale?

– Na pewno nie sam akt zbrodni. Dla mnie, ani jako autorki, ani jako czytelniczki, nie jest na on tyle fascynujący, żebym na tym miała oprzeć swój zachwyt nad powieścią kryminalną. Owszem, niektórzy pisarze lubią opisać zabójstwo w sposób niezwykle drastyczny. Są też czytelnicy, którzy to doceniają. Ja do nich nie należę. Ani nadmiarowe przelewanie litrów krwi, ani jazgot piły mechanicznej mnie nie fascynują. Upatruję doskonałości kryminału w czymś zupełnie innym, a mianowicie w intrydze, intelektualnej zagadce, w szukaniu odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” Zwróć uwagę, że w kryminałach retro, dajmy na to, w książkach Agathy Christie, nie widzimy aktu zabójstwa aż do momentu, w którym zagadka śmierci zostaje rozwiązana, czyli oglądamy go dopiero na samym końcu. Czy przez to wszystkie poprzedzające go strony uznajemy za mało ciekawe? Przeciwnie! Docieranie do prawdy, zawiłości psychologiczne – to jest, według mnie, clou dobrego kryminału.

Wspomniałaś o cyklu z Julią Krawiec. Masz też na koncie thrillery psychologiczne. Dotychczas w pisaniu i publikowaniu kolejnych powieści utrzymywałaś swego rodzaju rytm: Julia, Julia, Julia, thriller, thriller, Julia, Julia, Julia, thriller (choć domestic noir)…

– …no i Julia (śmiech). Tak widocznie musi być. Mam już napisaną połowę kolejnego tomu z tą bohaterką, Wiem, że moi czytelnicy ją uwielbiają, więc nie radź mi, żebym się jej pozbyła. Po co ci kłopoty? (śmiech). Pierwszy tom z Julią zaczęłam tworzyć jeszcze na kursie kreatywnego pisania, więc już ponad dekadę temu, ludzie się do niej przywiązali, zresztą ja również. Kiedy powstały trzy pierwsze książki, potrzebowałam zmiany. Wietrzenie głowy zawsze dobrze robi autorowi. Od czasu do czasy należy wejść w inny świat, złapać inną perspektywę, stworzyć całkiem nowych bohaterów. To pobudza szare komórki. No a potem następuje powrót do serii. Teraz, dzięki „Sześciu powodom, by umrzeć”, znowu złapałam oddech i mogę wrócić do Julii. Ale zaraz po niej będzie znowu coś innego – mam już zresztą tę książkę zaczętą. Potem na pewno domestic noir. A później? Niewykluczone, że zastanowię się nad tym, czy może faktycznie nie kontynuować opowieści z Naumanem i Shi Lu. Przede mną dużo pracy.

Rozmawiał Przemysław Poznański

*Marta Zaborowska pisarka, z wykształcenia politolog, Zadebiutowała w 2013 roku powieścią „Uśpienie”, która odniosła spory sukces i doczekała się kontynuacji w dwóch kolejnych tomach – „Rajskie ptaki” oraz „Gwiazdozbiór”. Główną bohaterką serii jest policjantka Julia Krawiec – samotna matka, borykająca się z alkoholizmem. Za „Gwiazdozbiór” Zaborowska otrzymała nominację do Nagrody Wielkiego Kalibru 2016. Jest też autorką powieści „Jej wszystkie śmierci”, „Lęki podskórne”, „Czarne ziarno”, „Bez powrotu”, „Debiutantka”. „Sześć powodów, by umrzeć” to jej najnowsza powieść.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej