„Kurewny” są narracją tyleż niespokojną, co domagającą się spełnienia, labilną i poniekąd godzącą wodę z ogniem. Żywioły, które połączyć może tylko to, co skrywa się za travesti – o książce Camili Sosy Villady pisze Jakub Hinc.

Pewnego dnia, a właściwie słuszniej byłoby rzec, pewnej nocy, w parku Sarmienta, w samym centrum argentyńskiej Córdoby, grupka „wywłok”, w której jest też jedyna biologiczna kobieta, czeka na „lujów”. Jest wśród nich Ciotka Encarna, „która ma sto siedemdziesiąt osiem lat” i jest dla pozostałych kimś na kształt matki, opiekunki, guru, jest i Camila. Tak zaczyna się ta opowieść o życiu argentyńskich travesti w drugim co do wielkości mieście Argentyny. Opowieść barwna, choć widziana raczej w półmroku, nie mroczna, ale też nie lekka. Opowiedziana językiem barwnym, czasem sarkastycznym, zaprawionym ironią, zawsze dosadnym, ciętym i celnym, ale też przepełnionym bólem, którego inaczej wyrazić się nie da. Jest to więc opowieść humorem maskująca traumatyczne doświadczenia. A poznamy je „z pierwszej ręki”, jakkolwiek w tym kontekście by to nie zabrzmiało. Jest to więc tyleż opowieść Camili, która będzie naszą przewodniczką po nieoświetlonych alejkach parkowych, nocnych zaułkach i drugim życiu Córdoby, co opowieść o wywłoczym życiu jako takim.
Ale właśnie ta niejednoznaczność narracji, wielokontekstowość i podtekst bijące z każdej strony książki, witalność i seksualność, pragnienie i niespełnienie, pozostające w ścisłym związku z popędem i pędem – niemożnością zatrzymania się i zawrócenia z raz wybranej ścieżki – jest niezaprzeczalną siłą tej opowieści, przyjmującej tu postać biodramy, snutej bez ubarwień, przeinaczeń i przemilczeń, niepozbawionej dramatów i rozterek, pełnej bólu skrytego pod makijażem i poniżenia maskowanego uśmiechem grubo uszminkowanych ust. Dla sięgających po tę książkę staje się wglądem za zasłonę mroku spowijającego życie travesti, ale daje też asumpt do przemyśleń na temat ludzkiej seksualności i nietolerancji wobec odmienności.
Natury nie oszukasz
„Lecz natury nie oszukasz: my byłyśmy jak nocne zjawy, które unikają światła. Promienie słoneczne szkodziły nam na urodę, bezlitośnie obnażając niedoskonałości cery, nieżeński kształt szczęki i popołudniowy zarost, czyli powolne powracanie brody” – powie w którymś momencie nasza przewodniczka po nocnej Córdobie. Jedna z owych travesti – jak same chcą by o nich mówić. Nie mężczyzna, ale też niekoniecznie kobieta po tranzycji. Wywłoki, jak mówi o sobie i innych Camila, ale też ciotki, lachony i kurewny. A dla reszty społeczeństwa „hurtowo „pedały” albo „ciepli, cwele, parówy, pedryle, lachociągi, ściery, gównojady, dupolizy, dupodajcy i czajniki”.
Pod tą warstwą kryje się też jednak cała opowieść o tym, kim travesti są naprawdę. Villada z językową biegłością przenosi nas nie tylko do Córdoby niewiele lat po upadku junty, ale też w świat swojej nastoletniości, gdy czuła się jedyną w miasteczku osobą o takich jak ona preferencjach: „zanim się zadałam z wywłokami z parku, mój bagaż życiowy można było streścić jako przeżycia z dzieciństwa plus parcie na transwestytyzm w okresie „dziewczyńskim” (…) byłam jak dziecko we mgle (…). Wychodziłam z założenia, że jestem jedyna”. Ale nie była. Przełomem stało się poznanie Ciotki Encarny. Villada, która dotąd chodziła w za ciasnych majtkach, żeby „ukryć chuja, który mnie uwierał”, mogła wreszcie uznać, że jest w niebie, w raju. „Tu, w różowym domu, wywłoki łaziły gołe wśród kwiatów na patio, szczerze omawiały zalety wstrzykiwania silikonu (…), obnosiły swe siniaki po ostatniej nocce”. Nie była więc sama. Nie była też już samotna.
Przeczytaj także
Drugie życie
„Jako piętnastolatka wiązałam nad pępkiem rozciągnięty tiszert, który ubierałam po to, żeby wyglądać jak chłopiec i oszukiwać rodziców” – pisze Villada, a potem dodaje: „Jeździłam rowerem na pobocze wylotówki, która kursowały tiry” i testując swoją seksualność „waliłam pały tirowcom w szoferkach ich ciężarówek, gdy zjechali na pobocze. Zgarniałam pieniążki, już wtedy biegła w oszustwie, w sztuce uwodzenia i teatrze kobiecości (…)”. Teatrze, który rozgrywał się też na innej scenie: „żyłam również drugim życiem: przyzwoitym, dziennym, pośród heteryków o jaśniutkich cerach i nienagannych manierach. (…) Chodziłam do sklepu, chodziłam na studia, nawet na imprezy, na które wywłoka nie zostałaby wpuszczona”.
Obie strony tego medalu, życie nocne i dzienne, pokazują rozdarcie z jakim muszą mierzyć się codziennie/conocnie osoby nieheteronormatywne, a już szczególnie te, które uwiera sztywny gorset własnej płci biologicznej. I znowu proza ta trafia w czuły punkt miękkiego podbrzusza społecznych konwenansów, gdzie syn ma grać w piłkę nożną, podrywać panienki, a nawet zdradzać żonę, ale nie wolno mu być homo, a już trans pod żadnym pozorem. „Zmywałam makijaż, związywałam włosy, wkładałam bluzę z kapturem o dwa numery za dużą i spodnie od dresu (…). Syn marnotrawny wracający do rodziców, którzy pragnęli jedynie bym żyła, jak Bóg przykazał: takie dał mi ciało, a ciała się nie wybiera”.
Pod mejkapem bólu
W wywłoczym świecie travesti drzemią demony, a jak pisze Villada „główny padalec, który nas katuje, to nasze parcie na luja i otwarcie na kutasa, Marzymy, żeby nas rypał, rżnął, ruchał posuwał, pukał, dymał i wychujał: żeby luj nas zerżnął, a następnie okradł i pobił na do widzenia (…)”. Ale poza tym chcą pozostać niewidzialne, nierzucające się w oczy, żeby nie prowokować uśmieszków, kpin i wyzwisk. Są też pełne maskowanego tandetnym mejkapem bólu. „Wiecznie chodziłyśmy wściekłe, chamskie nawet w swej czułości, nieprzewidywalne, mocno pierdolnięte, pełne jadu i goryczy. Ziałyśmy pragnieniem, żeby wszystko spalić do gołej ziemi: rodziców, przyjaciół, wrogów, dumnych i bladych mieszczuchów, bogate dzieciaki (…)”.
I tak raj wzajemnej tolerancji, w jakim znajdzie się Villada w różowym domu Ciotki Encarny, zderzy się z bólem jako reakcją na nietolerancję społeczeństwa. Takie zderzenie musi mieć konsekwencje, musi doprowadzić do zmian, do metamorfozy świata, a zwłaszcza świata travesti. Nic nie trwa wiecznie – tę zmianę da się odczuć też w języku narracji. To, co z początku było krwistym kawałkiem soczystego literackiego mięcha, dosłownie i w przenośni, narracją o codzienności barwnego towarzystwa wymykającego się sztywnemu podziałowi na role płciowe wartką, okazuje się z czasem przede wszystkim próbą zmierzenia się z samym/samą sobą, własnym bólem i własną opowieścią. Biodramą wychodzącą poza skryty w ciemności córdobańskiej nocy park Sarmienta, a wkraczającą w przestrzeń osobistego mroku.
Camila Sosa Villada, Kurewny (Las malas)
Przełożyła Maria Broda
Wydawnictwo Filtry, Warszawa 27 marca 2024
ISBN: 9788396995001
Biodrama party girl from Sarmienta Park | Las malas’ is a narrative as restless as it is demanding fulfilment, labile and in a way reconciling water and fire. Elements that can only be united by what hides behind the travesti – Jakub Hinc writes about Camila Sosa Villada’s book.

