W światach Philipa K. Dicka wszystko może mieć naturę fikcji – kłamstwa bądź złudzenia. Obchodzimy dziś 95. rocznicę urodzin tego niezwykłego wizjonera – pisze Wojciech Gunia.
Philip. K. Dick (urodzony 16 grudnia 1928 roku w Chicago, zmarły 2 marca 1982 w Santa Ana) to spośród klasycznych pisarzy science fiction twórca szczególny: mniej zainteresowany technologią, a bardziej metafizyką i filozofią, stawiał w swoich licznych powieściach i opowiadaniach pytania kwestionujące same podstawy naszej rzeczywistości: zarówno człowieczeństwo, realność tego, co doświadczamy jak i granicę między żywym a nieożywionym.
„Dickowski” czyli jaki

Pisarzy, którzy doczekali się własnych przymiotników – pochodzących od ich nazwisk określeń pewnych specyficznych sytuacji egzystencjalnych – jest niewielu. Jeśli tą miarą by liczyć wielkość twórcy, to Dick bez wątpienia należy do Panteonu literatury światowej, wszak „dickowski” – z agnielskiego dickian – to zwrot, którego znaczenie intuicyjnie rozpoznają nawet osoby, które nie czytały żadnej z jego powieści. Zresztą, zetknięcia się z wyobraźnią tego urodzonego 16 grudnia 1928 r. pisarza trudno uniknąć, nawet jeśli nie czytało się licznych książek. Wystarczyło natknąć się choć raz w życiu na którąś z niezliczonych ekranizacji jego prozy, na czele ze słynnym „Łowcą androidów” Ridleya Scotta, „Pamięcią absolutną” Paula Verhoevena czy serialowym „Człowiekiem z wysokiego zamku” (osobnym tematem jest jakość i wierność tych licznych adaptacji).

Czymże jest owo „dickian”? Amerykańskiego pisarza fascynowało – choć lepiej byłoby chyba użyć słowa „prześladowało” – pytanie o granice rzeczywistości oraz człowieczeństwa. Bohaterowie jego fabuł zostają zmuszeni zatem – chcąc nie chcąc – do podważenia własnego statusu ontycznego. Święcie przekonani o własnym człowieczeństwie i o integralności własnego „ja” okazują się albo nie być tymi, za kogo się zawsze uważali – nosicielami implantowanych tożsamości, posiadaczami fałszywych wspomnień – albo w ogóle okazują się nie być ludźmi. A może okazują się w ogóle nie istnieć. Ta antropologia „płynnej tożsamości” – jakiegoś bardzo kontekstowego, kruchego tworu, będącego wypadkową gier politycznych, technologicznych, metafizycznych bądź narkotycznych – jest oczywiście zakorzeniona w analogicznej wizji świata, będącej jakby radykalną konkluzją wyprowadzoną z całego zakresu prądów filozoficznych i duchowych, kwestionujących obiektywną, jedną i pewną rzeczywistość możliwą do poznania, od solipsyzmu przez kantowski idealizm transcendentalny po gnozę.

Ale Dick, choć intelektualnie zakotwiczony w tym właśnie nurcie intelektualnym, nie był filozofem abstrakcji: o tyle te idee były dlań ważne, o ile przekładały się na człowieka i jego jednostkowe, dość rozpaczliwe doznanie życiowe. Czyni to Dicka bardziej niż pisarzem science fiction twórcą literatury egzystencjalnej, o czym w Fantastyce i futurologii Stanisław Lem pisał tak: Nie można sobie wystawić I. Asimova lub A. Clarke’a wyzbytych rynsztunku SF; ich twórczość po odjęciu „oprzyrządowania” fikcjonalnego zapadnie się do zera. Lecz można sobie wyobrazić Dicka poza wiekiem technicznej mitologii; np. jako pisarza wgnieżdżonego w spirytyzm albo w baśń pseudohistoryczną; to bowiem, co Dick ma do powiedzenia, nie jest ani na technologii oparte, ani z nauki wywodliwe; dziedziny te są jego kostiumologią, a wiadomo wszak, że elżbietańskie dramaty można odgrywać też we frakach lub dżinsach.
Niedające się zbyć wątpliwości
Z pewnością pytania Dicka mogłyby znaleźć wyraz w innych konwencjach literackich, od których zresztą pisarz nie uciekał, bo nie tylko w nurcie sf tworzył, jednak science fiction – gwoli ścisłości – pozwalało Dickowi lepiej wyartykułować dręczące go tematy, zwłaszcza że wizje rozwoju technologicznego zupełnie trafnie zbiegają się u niego z wizjami inwazji technologii na ludzką podmiotowość, amplifikując niejako problem już istniejący, odwieczny, wpisany w ludzkie DNA. Dick zauważa wszak coś, co często umyka tak twórcom historii osadzonych tak w przeszłości bądź przyszłości: że zmiana okoliczności cywilizacyjnych bezpośrednio warunkuje ludzkie doświadczenie egzystencjalne. Innymi słowy, to, jaki jest człowiek, jak bardzo pewnie jest osadzony w swojej ludzkiej roli, jest uzależnione od tego, jaką sam posiada wizję świata i pewność odnośnie do jej prawdziwości. Im więcej technologii zaś – będącej przecież zawsze produktem wiedzy – tym tej pewności mniej, jakby wzrost możliwości poznawania natury świata oraz adaptowania go do naszych potrzeb jednocześnie usuwał nam pewny grunt spod stóp.

Dickowskie pytanie o to, kim jesteśmy i czy jest w naszym istnieniu miejsce naprawdę o świecie i nas samych nie tylko zatem nie straciło nic na swej aktualności. Wprost przeciwnie: przybiera na sile, a my jesteśmy tego wzmożenia świadkami oraz… ofiarami. Bo przecież sytuacja, gdy o przebiegu procesów politycznych – mających wpływ na nasze życie – decydują wirtualne armie używające oręża postprawdy, fabrykacji faktu, dezinformacji i fake newsów, a nasze, coraz bardziej przenoszące się do cyberprzestrzeni życie staje się coraz bardziej plastycznym materiałem autokreacji i fikcjonalizacji, to sytuacja jakby wprost „z Dicka”, nieprawdaż? Pytanie brzmi: w którym momencie zupełnie stracimy świadomość uczestnictwa w fikcji? Bo przecież to się dzieje: zupełnie jak bohaterowie Dicka tracimy możliwość rozeznania między prawdą a fałszem: niemal nikt z nas nie jest w stanie już określić stuprocentowej prawdziwości zdarzeń, o których czytamy lub słyszymy, naszą opinię kształtują sfabrykowane za pomocą sztucznej inteligencji obrazki i komunikaty, opinie zmyślonych ekspertów przytaczających sfabrykowane badania. Wsłuchujemy się spontaniczne wypowiedzi ludzi okazujących się wynajętymi aktorami, obserwujemy i przyklaskujemy – oraz pozwalamy wpływać na swoje decyzje konsumenckie – influencerom, którzy nawet nie istnieją, bo zostali wykreowani w komputerze. Dowolny akt decyzji o prawdziwości bądź nieprawdziwości danego zdarzenia jest zatem wyłącznie aktem wiary bądź niewiary. Także nasze istnienie rozpada się różne światy: świat naszego osobistego doświadczenia – doświadczenia, mówiąc nieco sparafrazowanym Heideggerem, bycia-w-fałszu – oraz świat publicznego przedstawienia, wirtualnego teatru.
Można zatem wyprowadzić z tego wniosek, że technologia – którą Dick pokazuje bez wdawania się w naukowe detale, jako że ta strona w ogóle go nie zajmuje – która miała nam dać jakąś pewność co do świata, przywiodła nas paradoksalnie w zupełnie inne miejsce: do niedających się zbyć wątpliwości oraz odpowiedzi, albo chociaż sugestii odpowiedzi, które uprzednio uznaliśmy w naszej oświeceniowej rzeczywistości za śmieszne bądź niewarte uwagi; do poszukiwań duchowych albo chociaż przemieszczeń duchowości na miarę czasów kolejnej rewolucji przemysłowej: w rejony ezoteryki i popkultury, kanalizujących nasz religijno-metafizyczny głód pewników o świecie, który unieważnia wszystkie pewniki.
Pytanie o prawdę

Pytania, które Dick zarysował w swojej prozie, będą nas zresztą gnębić coraz bardziej, nawet nie na poziomie abstrakcyjnych rozważań o świecie, ale na poziomie osobistego doświadczenia. Czy osoba, z którą koresponduję i utrzymuję wirtualnie relację, nieraz z dużym zaangażowaniem emocjonalnym, jest prawdziwa, czy jest tylko kreacją? I czy w ogóle istnieje? Czy wyrażając gorączkowo swoje poglądy polityczne, biorąc udział w wirtualnym procesie targowania się o prawdę przez ideologiczne plemiona jestem wyrazicielem własnej woli, czy zostałem sprowadzony do roli posłusznego bota wykonującego skrypt napisany przez niedostępny dla mnie ośrodek decyzyjny? Kim są inni wobec mnie i jaki jest rzeczywisty poziom mojej podmiotowości? Nie uciekniemy od tego, będziemy musieli się z tymi pytaniami zderzyć. Philip K. Dick zadał nam je już dużo wcześniej, ale dopiero teraz rzeczywistość dogoniła jego intuicje na tyle, że nie możemy ich już więcej lekceważyć.
Pisał Dick dużo, pisał wręcz kompulsywnie: w szczytowym okresie twórczego wzmożenia, które przypadło zresztą na szczytowy okres uzależnienia pisarza od środków psychoaktywnych, stworzył jedenaście powieści i sześćdziesiąt opowiadań. I choć sięgał w nich po różne tematy, różne pomysły fabularne, to pytanie o prawdę – świata, być może Boga, z pewnością człowieczeństwa – przebija niemal ze wszystkiego, co wyszło spod jego palców.
Questioning everything | In the worlds of Philip K. Dick, everything can be fictional – a lie or an illusion. Today we celebrate the 95th anniversary of the birth of this extraordinary visionary – writes Wojciech Gunia.

