książki

Przegrani i poniżani | George Saunders, Sielanki

Sięgając do bogatych zasobów groteski George Saunders rysuje w „Sielankach” całą galerię postaci wyrzuconych na margines zdarzeń, iście Gogolowskich „małych ludzi”, tyle że osadzonych w na wskroś współczesnych realiach – pisze Przemysław Poznański. 

Niech was nie zmyli tytuł tego tomu, zawierającego sześć opowieści, w tym właśnie otwierające całość „Sielanki”. Nie ma u Saudersa nic z Teokryta, Wergiliusza czy Szymonowica, nie ma nic z opisu życia niezmąconego troską, szczęśliwego i wygodnego. Wręcz przeciwnie: jest znój i wieczna zgryzota, jest strach, nienawiść, pogarda, a z emocji pozytywnych jedynie nieustająca, i jednocześnie niczym niepoparta, nadzieja na zmianę.

Choć postaci poszczególnych opowiadań wiele różni, łączy je to, że zostały odnalezione przez autora gdzieś na uboczu, z dala od dróg, którymi pędzi główny nurt życia. Daleko od tych miejsc, które cieszą się blichtrem i celebrycką popularnością. W opowiadaniu tytułowym właściwie jest to ukazane wprost – ta nieco tylko futurystyczna wizja parku rozrywki, parku tematycznego, pokazującego życie w zamierzchłych epokach, przedstawia nam bezimiennego bohatera i jego partnerkę, którzy grają role zamieszkujących jaskinię ludzi pierwotnych. Iluzja ta posunięta jest tu do granic absurdu – mieszkańcy jaskini mają co prawda swoje schowane przed zwiedzającymi Osobności, a w nich faks do kontaktu z przełożonymi, lecz tak naprawdę nigdy nie przestają pracować, nie widują więc swoich rodzin, a i sami do siebie też nie powinni się odzywać, skoro ich „postaci” nie używały mowy w naszym rozumieniu.

Muszą tak postępować przez cały czas, choć w rzeczy samej – co ważne – jaskinia leży właśnie uboczu, odsunięta od głównego szlaku zwiedzania, z którego zwiedzający z rzadka schodzą. Ubocze, margines, ma tu też znaczenie przenośne, odnoszące się do hierarchii bohaterów w parku-firmie. Są podwładnymi, kimś w sumie nieistotnym w całej machinie, kimś, kto powinien niewolniczo wykonywać polecenia i nie tylko nie żądać z tego tytułu profitów (jak darmowe napoje), ale płacić choćby za wywóz nieczystości. „Uważacie, że uczciwość pozwala zaliczyć waszą kupę do wydatków służbowych? Czy z waszej defekacji płynie dla nas jakaś korzyść? Wręcz przeciwnie: byłoby dla nas korzyścią, gdybyście w ogóle nie defekowali, bo wtedy moglibyście więcej pracować” – czytamy w rozesłanym pracownikom okólniku, napisanym w udanym pastiszu korporacyjnego żargonu, z którego przebija, ledwo tylko skrywana, pogarda do odbiorców. Kto się sprzeciwi tak ustalanym zasadom, kto zechce być choć przez chwilę sobą, skazany jest na zredukowanie, zwolnienie. Kto zechce być ludzki, wylatuje, chyba że w porę zegnie kark i zacznie grać zgodnie z regułami, choćby wbrew sobie i wskazaniom moralnego kompasu.

Przeczytaj także:

Poniżenie i pogarda to coś, czego doświadczają tu w zasadzie wszyscy bohaterowie. Decyduje o tym głównie ich pozycja społeczna, ich zależność od innych determinująca często ich bezwolność, brak działania, poczucie braku sensu w podejmowaniu jakiejkolwiek inicjatywy. Są postrzegani jako gorsi, jako „oszołomy”, jako nieudacznicy, i to nawet przez własną rodzinę, jak w opowiadaniu „Nieszczęście fryzjera”, gdzie bohatera ściąga w dół jego własna matka. Nic więc dziwnego, że i zachowują się najczęściej zgodnie z przypisaną im społeczną rolą. A jeśli nawet udaje im się z tego układu wyrwać, to na chwilę i prawdopodobnie nieskutecznie. Postępują bowiem pod wpływem bodźców, które z założenia nie mogą zadziałać – okazują się wszak albo łżemotywacyjnym bełkotem guru dla ubogich, nakierowanym na wyciąganie od nich pieniędzy w zamian za porady w rodzaju „jesteś najlepszy”, jak w opowiadaniu „Winky”, albo zahaczają o to, co niemożliwe, nierzeczywiste, nadprzyrodzone („Morszczyn”).

W tym ostatnim opowiadaniu dostajemy całą rodzinę „przegrywów”, małych ludzi, zgubionych przez system edukacji, funkcjonujących w rzeczywistości dorywczych, słabo płatnych zajęć, świadomych, że nie osiągnęli w życiu niczego i – przynajmniej w przypadku jednej z bohaterek – pewnych, że niczego już osiągnąć nie zdołają. Żyją w miejscu, o którym narrator mówi nam wprost, że jest niebezpieczne: „W pralni ktoś naprędce urządził kokainowa melinę, a w zeszłym tygodniu Min znalazła w baseniku dla dzieci mosiężny kastet” – opowiada. On sam pracuje w barze, gdzie sprzedaje się nie tylko jedzenie i picie, ale i własne wdzięki. Tak długo jak tylko to możliwe, a więc tak długo, jak odwiedzające bar kobiety nazywać ich będą „ciachami”, kelnerzy – ci bardziej odważni – dorabiać będą sobie seksem lub choćby jego obietnicą. Bo kto ma skrupuły, nie zarobi dość, by przeżyć. 

Przeczytaj także:

W tym opowiadaniu Saunders – wszak autor opartego w całości na motywie zaświatów jako pełnoprawnej rzeczywistości „Lincolna w bardo” – decyduje się na wydobycie z arsenału groteski motywów nadprzyrodzonych, na interwencję zza grobu, mającą okazać się stymulatorem zmian. Rzecz w tym, że owa interwencja też w sumie okazuje się ironią losu, pozorem nadziei. Bo jak inaczej nazwać wskazanie, by realną edukację zastąpiło czytanie encyklopedii, a wyrwanie się z matni społecznych uwarunkowań zacząć od większej śmiałości w sprzedaży swoich wdzięków, a więc w istocie od wystawienia się na groźbę jeszcze silniejszej pogardy. Owszem – rady zza grobu mają być call to action, ale w sumie nie mają w sobie wiele więcej sensu niż rady wspomnianego już szemranego guru.   

Tym samym „Sielanki” stają się więc dziełem silnie wpisanym w tradycję literatury o społecznym rozwarstwieniu, nierówności szans, dziedzicznym imposybilizmie i zwyklej życiowej niezaradności, ale nie tej w realistycznym wydaniu Charlesa Dickensa, lecz tej, wywodzącej się od Mikołaja Gogola, autora „Nosa” czy „Szynelu”, u którego znajdziemy wszak podobną grę motywami fantastycznymi (nos jako pełnoprawny członek społeczeństwa, pnący się w karierze szybciej niż jego niedawny właściciel) i podobne przedstawianie społecznych ról, jako gry pozorów – choćby wtedy, gdy w „Szynelu” Akakiusz Akakiuszowicz Kamaszkin (Baszmaczkin), cichy, bojaźliwy urzędnik, kupuje sobie elegancki płaszcz i w jednej chwili zaczyna być postrzegany jako ktoś znaczniejszy.

George Saunders zaprasza nas więc do świata, który często wolimy omijać, świata bez wyboru, lub pozwalającego jego uczestnikom na dokonanie wyboru tylko pozornie, decydując się opisać go językiem możliwie dalekim od realistycznego patosu, a przez to mocniej jeszcze uwypuklającym to, co w owym świecie i dziwne, i straszne, i bez reszty poruszające.

George Saunders, Sielanki (Pastoralia)
Przełożył Michał Kłobukowski
Wydawnictwo Znak, Kraków 29 września 2021
ISBN: 9788324063147

1 komentarz

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: