Reklamy
wywiad

Krzysztof Domaradzki: Powiązania i obsesje | Rozmawia Przemysław Poznański

– To prawda, że w kryminałach jest cała masa policjantów-alkoholików, którym nie do końca się układa życie osobiste, podobnie jak współpraca z partnerami, a którzy zajmują się w swojej pracy bardzo brutalnymi zabójstwami. Spójrz choćby na serial „Detektyw”! Przecież tam jest opowiedziana bardzo sztampowa kryminalna historia. Ale za to w jak znakomity sposób! Chciałem postąpić podobnie: wziąć sztampę i ją przerobić, unowocześnić, pobawić się schematem. Bo on wydaje się niewyczerpalny – mówi Krzysztof Domaradzki, autor trylogii „Detoks”, „Trans” i „Reset”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Krzysztof Domaradzki, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Przemysław Poznański: Jesteś dziennikarzem, a trylogia „Detoks”, „Trans” i „Reset” to twój debiut. Jak wpada się na pomysł, żeby napisać nie po prostu kryminał, ale wielką tysiącsiedemsetstronicową trylogię, która w istocie jest zamkniętą całością, bo ani pierwszy, ani drugi tom nie przynosi rozwiązania?

Krzysztof Domaradzki: Jeden z wydawców, do którego się zgłosiłem, proponował, żebym zamknął intrygę i dał rozwiązanie w pierwszym tomie, a w drugim z tymi sami bohaterami rozwiązywał inną zagadkę. I pewnie wielu czytelników wolałoby dostać coś takiego, ale ja wymyśliłem to inaczej. Zdecydowały o tym pewnie obserwacje literackie. Bardzo mi się spodobała trylogia „Oblicza Victorii Bergman” Erika Axla Sunda, a tak naprawdę ukrywającego się pod tym pseudonimem szwedzkiego duetu muzyków, którzy postanowili połączyć siły i stworzyć kryminał – rozłożyli na trzy części jedną opowieść, którą trzeba było w sposób mniej lub bardziej sztuczny podzielić. Pokazali mi, że można napisać monumentalny kryminał, który będzie pasjonującą lekturą. A do tego, żeby w ogóle wziąć się za opowiadanie historii kryminalnych, zmotywował mnie na pewno znakomity serial „Detektyw”. Chciałem stworzyć opowieść od początku do końca oryginalną, ale nie można zapominać, że każdy nasiąka tym, co czyta czy ogląda.

Ale czy jako debiutanta ten rozmiar zaplanowanej historii nie przerażał cię?

– Mogła być jeszcze większa – pierwsza książka, zanim została ścięta w redakcji, liczyła 700 stron (śmiech). Jej ostateczny kształt to w dużym stopniu zasługa redaktora Mirosława Grabowskiego – współpraca z nim była czystą przyjemnością. Sam rozmiar mnie nie przerażał. Od czasu gdy przeczytałem pierwszy kryminał, będąc w pełni świadomym, po jaki gatunek sięgam – a była to powieść „Pogrzebany” Petera Jamesa – zrozumiałem, że napisanie czegoś takiego jest w sumie proste. Wydawało mi się, że ze wszystkich gatunków literackich, za jakie można się zabrać, kryminał będzie najłatwiejszy. O ile się go dobrze zaplanuje, o ile wszystkie elementy układanki wrzuci się we właściwe miejsca, zachowa logikę i w sensowny sposób przedstawi motywacje poszczególnych bohaterów. Objętość nie ma tu znaczenia. 

Stworzyłeś bardzo szczegółowy plan całości?

– Plan był istotny. Może pisanie kryminałów jest proste, ale nie, gdy chce się to robić w sposób spontaniczny, gdy siada się do pisania pięć minut po wymyśleniu koncepcji. Na początku miałem bardzo szczegółowy plan pierwszej części i ogólny zarys drugiej oraz trzeciej. A także rozwiązanie, bo gdy brałem się za pisanie, wiedziałem, jak się to zakończy. Długo się zastanawiałem, czy rzeczywiście trzeba aż tak szczegółowo planować, czy nie zabije to przyjemności pisania, ale okazało się, że nie. Co prawda wiadomo, do jakiego zakończenia się zmierza, ale ścieżki po drodze pozostają wyboiste. Można siebie – jako autora – po drodze zaskakiwać. To ważne, bo gdybym tego nie robił, nie byłoby szans, żeby czytelnik wyciągnął z tej opowieści coś niebanalnego. Natomiast zbudowanie szczegółowego planu nie zmienia faktu, że da się napisać kryminał, zwłaszcza współczesny, bez robienia wielkiego researchu, choćby dotyczącego tajników pracy policyjnej.

Można siebie – jako autora – po drodze zaskakiwać. To ważne, bo gdybym tego nie robił, nie byłoby szans, żeby czytelnik wyciągnął z tej opowieści coś niebanalnego.

Wielu autorów kryminałów szczyci się tym, że znają pracę policji od podszewki.

– Znajomość niuansów pracy policyjnej może się przydać, ale nie jest niezbędna. Znany pisarz Jørn Lier Horst ma bagaż około dwudziestu lat pracy w policji, a gdy czytam jego książki, nie widzę tego gigantycznego doświadczenia. To dlatego, że literacka rzeczywistość policyjna musi się różnić od codziennej policyjnej pracy. Musi być bardziej atrakcyjna. Oczywiście robiłem resaerch, ale nie był on bardzo pogłębiony. Rozmawiałem z kilkoma policjantami, najwięcej z moim przyjacielem, który pracuje pod Łodzią, żeby zrozumieć, jak funkcjonuje struktura policyjna. Poznałem przykłady patologii, ale przede wszystkim zrozumiałem, że gdybym chciał przenieść życie policyjne jeden do jednego na karty książki, byłaby to cholernie nudna powieść. W kryminale trzeba wyciągnąć z życia policyjnego to, co najbardziej efektowne. 

Krzysztof Domaradzki, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Umieściłeś akcję w Łodzi. Nie znam tego miasta, więc nie wiem, na ile jest to Łódź umowna, na ile prawdziwa, ale na pewno jest to miasto mroczne, oparte na sieci powiązań na styku polityki, szemranego biznesu, policji. Czy dziennikarskie doświadczenie było tu pomocne?

– Dla bohaterów ważne jest, w jakim otoczeniu funkcjonują. A jest to rzeczywiście mroczna, kryminalna Łódź. Samo miasto, które topograficznie jest takim, jakie znam, miało być w książce może nie komiksowym, ale jednak miejscem w pewnym stopniu zmodyfikowanym w kierunku noir, jak Sin City czy Gotham. Natomiast codzienna dziennikarska robota, polegająca w dużej mierze na analizowaniu faktów, pewnie pomogła w skonstruowaniu takiego tła, bo wiem, że istnieją – nie zawsze przyjemne – powiązania na styku biznesu, polityki, kultury czy organów ściągania.

Ale nie jest to powieść z kluczem?

– Absolutnie nie. Wszystkie opisane historie są zmyślone, choć niewątpliwie czerpałem z rzeczywistości Nie mam aż tak bujnej wyobraźni, żeby to wszystko od podstaw wymyślić. Tym bardziej że kilka lat temu wpadła mi w ręce publikacja „Polityki”, zbierająca najlepsze reportaże śledcze tego tygodnika. Odniosłem wrażenie, że niemal połowa tych historii rozegrała się w Łodzi (śmiech).

Mówisz w trylogii o mieście jako strukturze wyzbytej z idei, wartości. Ale twoi bohaterowie – zarówno protagonista, jak i antagonista – to niejako na zasadzie kontrastu idealiści, owładnięci idée fixe, prowadzącą nawet do autodestrukcji. To osoby gotowe wiele poświęcić dla osiągnięcia celu.

– Zależało mi, żeby to byli przede wszystkim bohaterowie wyraziści. Dlatego są ogarnięci obsesją. Główny bohater, Tomek Kawęcki, jest opętany chęcią schwytania zabójcy, mimo że jego życie się wali, a wszystko, czego dotknie, zamienia się w popiół. W przypadku antagonisty jest to dość dziwna, okołoreligijna idea, żeby naprawić świat. Obaj zresztą naprawiają świat – na swój sposób chcą ukarać zło, choć skrajnie przeciwnie to pojęcie rozumieją.

Krzysztof Domaradzki, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Zależało mi, żeby to byli przede wszystkim bohaterowie wyraziści. Dlatego są ogarnięci obsesją. Obaj zresztą naprawiają świat – na swój sposób chcą ukarać zło, choć skrajnie przeciwnie to pojęcie rozumieją.

Twój antagonista nie jest jednak postacią od początku do końca złą, cyniczną. Z punktu widzenia współczesnej moralności zło, które zwalcza, rzeczywiście można za takie zło uznać.

– To prawda, że antagonista nie jest wyjściowo zły. Budując tę postać, sporo czytałem o prawdziwych przestępcach, głównie amerykańskich seryjnych zabójcach, bo Amerykanie wyjątkowo szczegółowo analizują ich życiorysy. I zauważyłem, że ludzie, którzy dopuszczają się morderstw, zwykle są w jakiś sposób straumatyzowani. Choć zdarzają się uwarunkowania genetyczne, o czym wspominam w „Transie”, to jednak większość przypadków stanowią osoby, które w dzieciństwie doznały krzywdy, czegoś, co je zdeformowało, co spowodowało, że zmienił się ich kodeks etyczny. Mój antybohater jest swego rodzaju fanatykiem religijnym, przedstawia siebie jako czyściciela, lubi myśleć, że naprawia błędy Boga. Dokonał głębokiej analizy Starego i Nowego Testamentu. I ten Stary o wiele bardziej przypadł mu do gustu – z uwagi na dosadność, brutalność i jednoznaczność w ocenie zła. W połączeniu z mizoginią, będącą pochodną jego doświadczeń z matką, powstał ktoś upiorny.

Z kolei protagonista, wspomniany Tomek Kawęcki, jest policjantem. W pewnym sensie powiela on archetyp bohatera znanego z innych książek. To samotny mężczyzna, pijak, ale o genialnym zmyśle śledczym. Wytłumacz mi, dlaczego zdecydowałeś się na postać, jaką w tym gatunku nietrudno spotkać?

– Zaryzykowałem.

Ale dlaczego?

– Przez upór i chęć odnalezienia w kalce, w tym wielokrotnie przerabianym motywie czegoś nowego. To prawda, że w kryminałach jest cała masa policjantów-alkoholików, którym nie do końca się układa życie osobiste, podobnie jak współpraca z partnerami, a którzy zajmują się w swojej pracy bardzo brutalnymi zabójstwami. Ale spójrz na wspomnianego „Detektywa” – przecież tam jest opowiedziana bardzo sztampowa kryminalna historia. Ale za to w jak znakomity sposób! Chciałem postąpić podobnie: wziąć sztampę i ją przerobić, unowocześnić, pobawić się schematem. Bo on wydaje się niewyczerpalny. Taki bohater w literaturze kryminalnej pewnie będzie nam towarzyszył jeszcze przez wiele lat. To jest typ postaci, która się nie znudzi, o ile się w sensowny sposób do niej podejdzie. Byłem świadomy ryzyka, ale liczyłem, że jak ktoś już sięgnie po tę powieść, to się przekona, że można ze znanego motywu zrobić coś nowego.

Krzysztof Domaradzki, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Chciałem wziąć sztampę i ją przerobić, unowocześnić, pobawić się schematem. Bo on wydaje się niewyczerpalny. Taki bohater w literaturze kryminalnej pewnie będzie nam towarzyszył jeszcze przez wiele lat.

Ten motyw alkoholizmu wykorzystujesz maksymalnie. Zdarza się, że pijaństwo bohatera jest tylko jedną z wielu jego cech i w istocie nie ma wpływu na jego życie i pracę. U ciebie ma i to bardzo konkretny.

– Czerpałem m.in. z doświadczeń znajomych, którzy mieli problemy z alkoholem, a mimo to musieli wieść normalne życie zawodowe i chodzić na ósmą do pracy. To wielkie wyzwanie, którego nie można bagatelizować.

Często zadaje się pisarzom pytanie o następną książkę, ale w twoim przypadku to kwestia kluczowa – bo co można pisać po tak złożonym fabularnie i obszernym objętościowo dziele?

– Coś skromniejszego (śmiech). Trylogia pokazała mi, że warto iść literacką drogą. Odkryłem, że opowiadania fikcyjnych historii sprawia mi gigantyczną frajdę. Zastanawiałem się, czy znajdując się u kresu procesu, będę tym znużony, ale okazało się, że nie. Doszedłem do wniosku, że warto wymyślać kolejne historie. I w zasadzie już kończę kolejną książkę. To już nie trylogia, tylko osobna powieść. Kryminał, ale nietypowy, bo z elementami thrillera psychologicznego, korporacyjnego i ekonomicznego. Postanowiłem zaczerpnąć z doświadczeń dziennikarza gospodarczego i pokazać duży polski biznes z jego mrocznej strony. Trochę wzorem trylogii buduję rzeczywistość, która jest lekko podkręcona, ale tym razem osadzam akcję w Warszawie.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Krzysztof Domaradzki – dziennikarz magazynu „Forbes”, pisarz, autor powieści „Detoks”, „Trans” i „Reset”. Z pochodzenia łodzianin, mieszka w Warszawie.

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: