wywiad

Gomułka stracił społeczny węch | Z Piotrem Gajdzińskim rozmawia Przemysław Poznański

To, co pięćdziesiąt lat temu stało się w Sali Kongresowej, było reakcją człowieka zmęczonego rządzeniem, człowieka trochę bezradnego i rozczarowanego, a przy tym przekonanego, że ma wewnątrzpartyjnych wrogów, którzy czyhają na jego fotel – mówi o „Wiesławie” Piotr Gajdziński*, autor książki „Gomułka. Dyktatura ciemniaków”.

Przemysław Poznański: Pięćdziesiąt lat po Marcu’68 najważniejsze wydaje się pytanie: jak do tego doszło? Jak to się stało, że Władysław Gomułka podczas wiecu w Sali Kongresowej PKiN wygłosił słynne słowa o V kolumnie, przyczyniając się do przymusowej emigracji Polaków pochodzenia żydowskiego?

Piotr Gajdziński: Inaczej – wywołując emigrację Polaków żydowskiego pochodzenia. Bez jego zgody nigdy by do tego nie doszło. Gomułka, co w jego wypadku było normą, sam sobie to przemówienie napisał, ale co już było złamaniem obowiązujących zwyczajów, nie skonsultował swojego przemówienia z członkami Biura Politycznego. Warto pamiętać, że określenie „V kolumna” padło co prawda z mównicy, ale „Wiesław” wycofał je z wersji drukowanej, która ukazała się w gazetach. Bez wątpienia uznał, że przesadził. To był jedyny przypadek, gdy ocenzurował swoje przemówienie. A dlaczego w ogóle do tego doszło? Złożyło się na to wiele przyczyn. Wydaje się, że pod koniec lat 60. Gomułka stracił węch społeczny, który wcześniej, w odróżnieniu od swoich poprzedników i następców, miał. Siedział zamknięty w Komitecie Centralnym, swojej wieży z kości słoniowej, bez dostępu do prawdziwych informacji. Opierał swój osąd o Polsce i świecie na raportach przygotowywanych przez ludzi Mieczysława Moczara, szefa MSW. I w tamtych raportach znalazł informację, że w niedawnych protestach przeciw władzy uczestniczyły dzieci znanych działaczy partyjnych. Trzeba pamiętać, że on postawił się swemu ojcu tylko raz, a jego syn jemu nie przeciwstawił się nigdy. „Wiesław” uważał, że dzieci słuchają swoich ojców i wysnuł z tego wniosek, że jeśli synowie i córki partyjnych dygnitarzy protestują, to znaczy, że robią to na ich polecenie. Uznał więc, że ma do czynienia z wewnątrzpartyjnym spiskiem. DODAĆ

Wśród protestujących były osoby o korzeniach żydowskich. Adam Michnik, Seweryn Blumsztajn. Dodał jeden do jednego?

– Tak. To złożyło mu się w całość z informacjami z raportów MSW, z których wynikało, że po zwycięstwie Izraela (popieranego przez USA) nad koalicją państw arabskich (popieranych przez Związek Sowiecki) w wojnie sześciodniowej 1967 roku, w niektórych domach odbywały się „libacje” jakoby właśnie z tej okazji. Użycie tego słowa – „libacje” – jest zresztą namacalnym dowodem, że opierał się na informacjach podsuniętych przez Moczara. Dla człowieka, który nie pił alkoholu, to słowo musiało być szczególnie uderzające.

Przeczytaj także: 

„Wiesław” – Mojżesz i Faraon | Piotr Gajdziński, Gomułka. Dyktatura ciemniaków

Trudno nie zadać pytania o to, czy Gomułka był antysemitą. Trzeba przecież pamiętać, że miał żonę Żydówkę, z drugiej strony jego wypowiedzi były skrajnie negatywne wobec „pewnej kategorii Żydów”.

– Miał żonę Żydówkę, to fakt, choć to nie musi być w żaden sposób argumentem rozstrzygającym. Ludzie, którzy go dobrze znali, współpracowali z nim, byli z nim blisko związani, na przykład Józef Tejchma, z którym rozmawiałem, twierdzą, że Gomułka antysemitą nie był. Z drugiej strony znający go równie dobrze jego poprzednik na funkcji szefa PZPR, Edward Ochab, przekonywał, że „Wiesław” miał „takiego nacjonalistycznego zeza”. Skłaniam się do stwierdzenia, że to, co stało się w Sali Kongresowej, było reakcją człowieka zmęczonego rządzeniem, człowieka trochę bezradnego i rozczarowanego. Właśnie rozczarowanego, bo Gomułka pod koniec lat 60. widział, że ten jego upragniony socjalizm w Polsce się nie przyjmuje, że taka Polska, jaką sobie wymarzył nie funkcjonuje. Na dodatek protestowała inteligencja, której on zwyczajnie nie znosił, denerwowała go. Poza tym trzeba spojrzeć na sytuację szerzej: w Związku Sowieckim następowało nasilenie działań organizacji podziemnych, odbył się proces pisarza Andrieja Siniawskiego, Aleksandr Sołżenicyn wysłał do IV zjazdu pisarzy sowieckich list otwarty z żądaniem m.in. likwidacji cenzury. W Czechosłowacji odsunięto stalinowca Novotnego i zaczęto wprowadzać „socjalizm z ludzką twarzą”. A jakby tego było mało, na Zachodzie rozpoczęły się ruchy młodzieżowe, kontestacja. Na to nałożyło się zwycięstwo Izraela, co zdaniem Moskwy – a Gomułka tuż przed swoim fatalnym przemówieniem był w Moskwie na naradzie krajów bloku sowieckiego – łamało światową równowagę sił. Gomułka był przekonany, że kolejna wojna światowa wisi w powietrzu, a ci tu urządzają „libacje”! Sądził pewnie, że to wręcz ogólnoświatowy spisek. Jak każdy dyktator, on też poddawał się teoriom spiskowym. Wreszcie czuł się zagrożony osobiście, uznał, że ma wewnątrzpartyjnych wrogów, którzy czyhają na jego fotel.

A zatem nie sądzisz, że był antysemitą z przekonania?

– Raczej nie. To była bardziej gra polityczna. Co jednak w żadnej mierze nie zmniejsza jego winy. Miał w Polsce pełnię władzy i to on odpowiada za rozhuśtanie nastrojów antysemickich. To nie kto inny, ale Gomułka pozwolił aparatowi partyjnemu wyrzucać Żydów, współobywateli, niszczyć ich.

Z twojej książki jednoznacznie wynika, że Gomułka zmarnował szansę, jaką dała mu historia. To przecież człowiek, który w Październiku 1956 roku porwał czterystatysięczny tłum podczas przemówienia na Placu Defilad.

– Bez przesady z tym porwaniem tłumów w ’56. To raczej te tłumy porwały się same, co wynikało z nastroju, jaki panował wtedy w Polsce i w Związku Sowieckim. Z jednej strony Poznański Czerwiec, z drugiej referat Chruszczowa o zbrodniach stalinizmu. Na Plac Defilad spędziła ludzi nadzieja, że to koniec stalinizmu w Polsce. Gomułka uosabiał dla nich nadzieję, że poprowadzi Polskę nawet do niepodległości. A przynajmniej coś zmieni. A on ich rozczarował. Jego przemówienie, gdy się go dziś odsłuchuje, okazuje się bardzo słabe. Słychać, że Gomułka wcale nie chciał tego wiecu. Jemu ten wiec wręcz przeszkadzał. Był już wtedy I sekretarzem KC PZPR i te wiecujące tłumy nie mogły mu niczego więcej zaoferować. On chciał tylko – co wyraźnie wtedy powiedział – żeby Polacy wrócili do pracy, a studenci do nauki. Nie chciał zmieniać socjalizmu w Polsce zbyt mocno. Uważał, że skoro objął władzę, to jest gwarantem pewnych zmian, większych swobód obywatelskich. Choć rozumiał je bardzo wąsko. Uważał, że Partia jest wyrazicielem woli narodu i Partia powinna tę rolę realizować według własnej, czyli Gomułki, wizji. Chciał przeprowadzić Polskę od stalinizmu do nieco bardziej liberalnego socjalizmu. Z naciskiem na „nieco”. Miał poza tym podejście zdroworozsądkowe, czego nie miał Gierek, i wiedział, że Polacy, gdyby przyszło do wolnych wyborów, nie zagłosowaliby na partię komunistyczną. Warto też dodać, że Gomułka bał się, że podczas wiecu dojdzie do wydarzeń, które doprowadzą do sowieckiej interwencji. Ta interwencja się zresztą de facto zaczęła, bo przecież czołgi sowieckie szły na Warszawę. I wydaje się, że tylko chińska interwencja Mao Zedonga zatrzymała tę interwencję.

Przeczytaj także: 

DOBRY CZŁOWIEK, ZŁY PRZYWÓDCA – rozmowa z Piotrem Gajdzińskim, autorem książki „Gierek. Człowiek z węgla”

A jednak Gomułka wydaje się wśród komunistycznych dyktatorów ewenementem. Był moment, gdy miał nawet poparcie Kościoła. Niektórzy księża nazywali go wręcz Władysławem V. Przede wszystkim jednak nie był narzucony przez Moskwę.

– Co więcej, był wręcz wybrany wbrew Moskwie, co było w dziejach Peerelu absolutnym ewenementem. I to dwukrotnie – zarówno na szefa PPR-u, gdy po aresztowaniu Pawła Findera podziemie PPR-owskie straciło kontakt z Moskwą, a przywództwo powierzono właśnie Gomułce, jak i w 1956 roku, gdy decyzji o wyborze Gomułki nie skonsultowano z Chruszczowem. Nikita Siergiejewicz był zły, ale później przekonał się do Gomułki.

Gomułka umiał się też postawić Stalinowi i Chruszczowowi.

– Rzeczywiście w 1948 roku na Kremlu, na dodatek w obecności Berii, postawił się Stalinowi, gdy ten zażądał, żeby „Wiesław” został w Biurze Politycznym PZPR, ale nie stawał już na czele partii. Gomułka odmówił, choć budzący w działaczach komunistycznych nieziemski strach Beria przestrzegał go, że Stalinowi się nie odmawia. „Wiesław” często krytykował Chruszczowa i jego następcę, Breżniewa. I to słowami, których z ust następców Gomułki nigdy już nie słyszeliśmy. To wynikało z jego odwagi, nie ma co do tego wątpliwości. Ale też z uporu i przekonania, że jest najmądrzejszy. Gdy Chruszczow namawiał go do przeprowadzenia kolektywizacji, Gomułka potrafił odpowiedzieć: A co wam ta kolektywizacja dała? Gierek i Jaruzelski, też namawiani przez Breżniewa do kolektywizacji, nigdy nie odmawiali, a jedynie odwlekali decyzję, choć Gierek pod koniec swoich rządów przyrzekł gensekowi, że skolektywizuje polskie rolnictwo do 1985 roku. Dla Gomułki Leonid Breżniew był młodzieńcem, który miał w jego rozumieniu niewielkie zasługi dla ruchu komunistycznego. Gomułka uważał, że on ma większe.

Przeczytaj także:

Jaruzelski – ostatni leninista | Rozmowa z Piotrem Gajdzińskim, autorem książki „Czerwony Ślepowron”

I chyba miał. Jego życiorys już przed objęciem funkcji I sekretarza Partii był rzeczywiście imponujący. Gomułka był ideowcem czy karierowiczem?

– Na pewno nie był prostym karierowiczem. Nie było jego celem pięcie się po szczeblach kariery, lecz władza wynikająca z przekonania, że skoro wie najlepiej jak urządzić komunizm, to powinien rządzić. Przecież on do tego stopnia chciał wszystko kontrolować, że gdy już został szefem Partii, to osobiście rozpisywał siatkę płac pracowników budownictwa. Warto pamiętać, że początkowo, jeszcze w latach trzydziestych, Gomułka był w zasadzie działaczem związkowym, a nie partyjnym, zajmował się organizowaniem związków zawodowych. Na początku politycznej kariery kręcił się wokół PPS-u, ale szybko zrozumiał, że nie jest to partia dla niego. W PPS-ie nie mógł zrobić kariery, bo to była wielka organizacja, z działaczami ogromnie zasłużonymi, z wielkimi nazwiskami. Dlatego zaczął powoli odpływać do ruchu komunistycznego. W latach 40., o czym świadczą jego pamiętniki, na chwilę utracił jednak wiarę w komunizm. Gdy w 1939 roku wyszedł z więzienia, przedostał się przez Białystok do Lwowa. I tam zobaczył codzienność komunizmu: działaczy partyjnych, którzy okradli firmę, w której on pracował, cały Lwów mówił też o tym, że NKWD, wycofując się przez Niemcami, rozstrzelała wszystkich więźniów, a przecież on zaledwie rok wcześniej sam był więźniem. Widział też, jak aparat komunistyczny zwiewa przed Niemcami, nie próbując w ogóle ratować Lwowa, który wcześniej tak chętnie zajęli.

Jak zatem odzyskał wiarę w komunizm? Bo chyba potem znowu w niego wierzył?

– Wierzył. W pamiętnikach napisał, że poderwała go odezwa nowej partii, PPR-u, wzywająca do konsolidacji wszystkich sił antyhitlerowskich. Mnie się raczej wydaje, że w 1941 roku był w tak ciężkiej sytuacji materialnej, że uczepił się powstania PPR-u jako jedynej szansy na zmianę. Żył we Lwowie w ogromnej biedzie, nie pracował, utrzymywała go siostra, która była krawcową.

Wróćmy zatem do 1968, ale nie do Marca, tylko do sierpnia i do operacji „Dunaj”. Jak to się stało, że ten ideowiec poparł siłowe zwalczanie Praskiej Wiosny, której celem było przecież reformowanie socjalizmu? 

– Właśnie dlatego, że był komunistycznym ideowcem. Ideowcy są dogmatykami. Gomułka był strasznym dogmatykiem. On nie tylko poparł interwencję w Czechosłowacji, on był jednym z jej głównych inicjatorów. Obawiał się „socjalizmu z ludzką twarzą”. Był przekonany, że socjalizm już ma ludzką twarz. I nie należy go reformować. Bał się też, że reformatorskie prądy z Czechosłowacji będą coraz bardziej przenikały do Polski. Poza tym wykorzystał interwencję w Czechosłowacji do umocnienia swojej pozycji w Moskwie. Niespełna cztery lata wcześniej władzę na Kremlu objął Leonid Breżniew, którego Gomułka nie znał. Mógł się obawiać, że nowy gensek będzie chciał dokonać zmiany szefów partii komunistycznych w podległych Związkowi Sowieckiemu krajach. Nie była to obawa bezpodstawna. Polscy towarzysze pod koniec lat 60. chętnie kablowali w Moskwie na Gomułkę. Dlatego wysforowali się razem z Walterem Ulbrichtem, I sekretarzem enerdowskiej partii komunistycznej, na dwóch poganiaczy Breżniewa do wojskowej interwencji. Breżniewowi się to spodobało. Jestem pewien, że dzięki temu władza Gomułki zakończyła się dopiero w 1970.

Napisałeś m.in. biografię Jaruzelskiego i Gierka. Gomułka wydaje mi się jednak najbardziej skomplikowany z tej trójki. Jak ty oceniasz bilans jego władzy?

– Z jednej strony doceniam fakt, że był ideowcem i nie sprawował władzy dla samej władzy. Na plus trzeba mu oddać podpisanie umowy o nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie z Niemcami. Zrobił to wbrew  Moskwie, która uważała, że wystarczy jej traktach pokojowy. Uratował prywatne rolnictwo w Polsce. Uczynił też polski socjalizm lekko strawniejszym niż przed 1956 rokiem. Z drugiej strony rok 1968 rok był najwstrętniejszym okresem w całym Peerelu. I to przez pryzmat tego roku pamiętamy dziś „Wiesława” najbardziej.

 

*Piotr Gajdziński – publicysta, autor m.in. książek  „Balcerowicz na gorąco”, „Sztuka przywództwa. Piłsudski”, „Gierek. Człowiek z węgla”, „Czerwony Ślepowron” i „Gomułka. Dyktatura ciemniaków”.

 

Wywiad ukazał się pierwotnie na łamach „Gazety Wyborczej – Poznań” i na poznan.wyborcza.pl

 

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.