PISANIE MUSI BYĆ PRZYJEMNOŚCIĄ | Rozmowa z Hanną Cygler, autorką powieści „Za cudze grzechy”

Ogród Saski na przełomie zimy i wiosny dopiero budzi się do życia, mimo weekendu przechodniów raczej mało, w końcu jest zaledwie kilka stopni na plusie. To dobrze, bo nic nie zakłóca spaceru z pisarką Hanną Cygler śladami bohaterów jej najnowszej książki „Za cudze grzechy” i rozmowy – o podwójnym debiucie, o grzebaniu i w historii, i w teraźniejszości, o byciu pisarką, a także o gatunku, zwanym literaturą kobiecą. Tylko czy coś takiego w ogóle istnieje?

H_Cygler_30

 

– Gdy zaczynałam pisać, nie myślałam, że to „literatura kobieca” – przyznaje Hanna Cygler. – Dopiero po latach pisania, od mojego wydawcy, dowiedziałam się, że taki gatunek uprawiam. Dla mnie to, co piszę, to rodzaj literatury popularnej, uprawiany głównie, choć nie tylko, przez kobiety i – przeważnie – dla kobiet. Ale to gatunek pojemny, można tu wrzucić inne podgatunki z literatury popularnej: kryminał, sensację, horror, komedię.

Przemysław Poznański: Z łatwością przemieszczasz się miedzy epokami – raz współczesność, jak choćby w „Złodziejkach czasu”, raz II Wojna Światowa jak w „Czasie zamkniętym” i „Pokonanych”, w końcu XIX wiek i początek XX wieku w „Za cudze grzechy”. W jakiej epoce żyjesz ty sama? W jakiej czujesz się najlepiej?

H_Cygler_3

Hanna Cygler, fot. Andrzej Kaczmarek (wszelkie prawa zastrzeżone)

Hanna Cygler*: Żyję we współczesności, zdecydowanie. Za to moi bohaterowie rzeczywiście żyją w różnych epokach. Tyle że w większości książek to ta sama rodzina Hallmanów – chcę pokazać różne jej pokolenia. Ta rodzina to dla mnie rodzaj puzzli, które mogę układać w dowolne kombinacje. Tych prawdziwych puzzli nigdy nie lubiłam, ale tutaj – w literaturze – strasznie mnie to bawi. Tak powstały książki „W cudzym domu” i „Za cudze grzechy”. W książce „Deklinacja męska/żeńska” opisałam losy jednego z przodków głównego bohatera i tak się zaczęła zabawa z historią. To jest jednak ten sam świat, mój świat, niezależnie od opisywanej epoki. Wybieram postać, wokół której oplotę fabułę. Co człowiek to historia. Oczywiście są bohaterowie tylko do jednokrotnego wykorzystania, ale są i tacy, z których jeszcze muszę wycisnąć trochę potu i krwi (śmiech).

Nad swoją pierwszą powieścią, choć nie debiutem, „Trybem warunkowym”, pracę zaczęłaś w 1985 r., ale wydałaś ją dopiero w 2004 r. W tym samym roku wydałaś też zresztą… sześć innych powieści. Albo bardzo szybko piszesz, albo miałaś pełną szufladę świetnych powieści.

– To w zasadzie smutna historia. Podczas wydarzeń z lat 80., szczególnie w Gdańsku, czuliśmy się bardzo związani z tym, co dzieje się wokół, ja osobiście byłam dumna, cieszyłam się, że akurat w tym momencie się urodziłam, żyję i mogę to obserwować. Ale jednocześnie pomyślałam, że za chwilę to już będzie historia i może warto by to opisać. Nie w formie wielkiej, poważnej książki, ale jako powieść obyczajową, popularną, z wielką miłością na tle historycznych zdarzeń.

Wtedy postanowiłaś zostać pisarką?

– Nigdy nie postanowiłam. Pisanie od początku miało być tylko dodatkową działalnością w moim życiu, takim hobby.

Ale jesteś pisarką.

– No jak już, to autorką. „Pisarze” to w moim rozumieniu wyższa półka. Pisarzowi, jak coś się dzieje, stawiają pod nos mikrofon, a on daje receptę na uzdrowienie świata. Ja bym nie była w stanie tak szybko nic ciekawego powiedzieć, jestem zbyt chaotyczna jak na „pisarkę”. A gdy teraz widzę, że ludzie, którzy napiszą pierwszą książkę, którzy są debiutantami, od razu nazywają się pisarzami, to tym bardziej mnie to nie skłania, żeby nie poczuwać się do członkostwa w tej grupie.

To jak tej „autorce” szło pisanie pierwszej książki?

H_Cygler_8

Hanna Cygler, fot. Andrzej Kaczmarek (wszelkie prawa zastrzeżone)

– Poległam mniej więcej około pięćdziesiątej strony. Co jakiś czas podchodziłam do tego materiału z powrotem i coś dopisywałam, ale nie szło mi. Wtedy nie rozumiałam, że książkę trzeba sobie wcześniej ułożyć w głowie, odpowiedzieć na pytania: jaka to ma być powieść, co się chce powiedzieć. Nie można tak po prostu siadać i pisać. Ale w końcu mnie tknęło – w latach 90. był zalew bardzo, ale to bardzo „popularnych” powieści dla kobiet, tłumaczonych najczęściej z angielskiego. Mam tu na myśli choćby serię „Harlequin”. Jednocześnie wokół nas było tyle lepszych tematów: społecznych, kryminalnych, gospodarczych. A polscy pisarze omijali te tematy szerokim łukiem. Wtedy pomyślałam, że może powinnam pisać książki dla kobiet, ale takie z „wkładką” – obyczajową, społeczną. Pomyślałam, że to będzie strzał w dziesiątkę.

Był?

– No nie był. Pamiętaj, że to działo się w czasach przed Grocholą. Okazało się, że to nie tyle pisarze, co wydawcy w ogóle nie są taką literaturą zainteresowani. Wysłałam maszynopisy, ale odzew był kiepski – do tej pory czekam na odpowiedź od niektórych wydawców w sprawie tamtych książek (śmiech). Ba, nawet mój obecny główny wydawca, Rebis, ręką prezesa podpisał wtedy list do mnie, że literatury kobiecej to oni nie wydają. Tymczasem mnie się to pisanie tak spodobało, że napisałam w krótkim czasie aż osiem książek. Wydawca, który w końcu się nimi zainteresował, z niewielkiego wydawnictwa z Łodzi [Cztery Strony Świata – red.], spytał mnie: W której książce jest najwięcej „momentów”? I tak „3 razy R” stało się moim debiutem – książkę wydano w różowej okładce. Potem trafiłam do wydawnictwa Kurpisz, które wydało wszystkie moje ówczesne książki. To było duże wydawnictwo, ale w pewnym momencie padło i to akurat, gdy ukazywały się moje powieści. I tak, zamiast do księgarń moje książki trafiły przede wszystkim do bibliotek. Dla mnie to oznaczało w zasadzie stratę ośmiu powieści, bo one nie zdołały wtedy zaistnieć szeroko w świadomości czytelników. Podobny los spotkał zresztą dwie kolejne moje książki, wydawane już u innego wydawcy. Dlatego w zasadzie prawdziwą debiutantką, debiutantką zauważoną przez rynek, zostałam dopiero przy jedenastej książce. Tak zresztą traktował mnie Rebis, wydając „Odmianę przez przypadki” (2010).

Przeczytaj też: PODRÓŻ PRZEZ PRZEŁOM WIEKÓW | Hanna Cygler, Za cudze grzechy

I w końcu przyszedł sukces. Spotykasz się z czytelnikami nie tylko w kraju, także w USA…

– Oj, jak w Stanach mi było dobrze! (śmiech). Wydałam wtedy akurat „Bratnie dusze” (2012), ale do Chicago leciałam prywatnie. Mam jednak siostrę w Minneapolis i spytałam ją, czy któraś z polskich księgarni nie chciałaby zorganizować spotkania z polską autorką, pewnie nie często jest taka okazja. I dopiero się zaczęło! Przez cały mój pobyt odbierałam telefony i udzielałam wywiadów. W życiu tylu wywiadów nie udzieliłam, co wtedy. Czułam, że mi się włosy od tego lokują jak Violetcie Villas. Prawdziwa amerykańska kariera (śmiech).

Nie pomyślałaś wtedy, żeby rzucić pracę zawodową tłumaczki języka szwedzkiego i poświęcić się tylko pisarstwu?

– Czasy są niepewne i dobrze jest mieć pewną dywersyfikację działalności. Z pisaniem to jest tak, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Lubię pisać, ale to dodatkowe zajęcie.

Dodatkowe, ale pracochłonne – napisanie jednej książki rocznie to chyba jednak spory wysiłek.

– Ale nad książką nie trzeba pracować non stop przez cały rok. Wręcz dobrze jest po napisaniu mieć jeszcze czas, by książka trochę się odleżała. To pozwala zyskać świeże spojrzenie na to, co powstało. A to oznacza, że jest dość czasu na pracę zawodową.

Wydaje mi się jednak, że powieści historyczne wymagają – poza pisaniem – także tytanicznej pracy podczas zbierania materiałów. Na to też trzeba znaleźć czas.

H_Cygler_5

Hanna Cygler, fot. Andrzej Kaczmarek (wszelkie prawa zastrzeżone)

– To jest wymagająca praca, ale ją lubię. Oczywiście przygotowuję się dokładnie. Już tak mam, że na ogół wybieram tematy, o których mało wiem i nigdy mnie za bardzo nie interesowały. Bardzo lubię choćby czasy Wielkiej Rewolucji Francuskiej, a akurat jej nigdy nie poświęciłam książki. Ale ma to dobre strony, bo przy zbieraniu informacji co rusz zauważam: „Ojej, tyle tu ciekawych informacji!”. Gdybym znała ten temat wcześniej, pewnie wiele ciekawostek by mi umknęło, bo byłyby dla mnie zbyt oczywiste. Co jednak ważne, już pisząc, staram się, żeby tego całego dokumentowania nie dało się wyczuć, żeby zdobyta wiedza nie wciskała się nachalnie na kartki książki. Wszystko musi się zgadzać, ale bez epatowania faktami. Czytelnicy trochę boją się książek popularnych, w których bohaterem jest historia, raczej szukają opowieści podobnych do tych, które mogłyby rozegrać się tu i teraz. Ludzkich. I ja staram się właśnie tak pisać, żeby czytelnik zrozumiał, że mimo historycznego tła, mamy wciąż do czynienia z podobnymi emocjami, jakie towarzyszą nam dzisiaj, z podobnymi dramatami i dylematami.

„Za cudze grzechy” łączy w sobie wątki obyczajowe z kryminalnymi, pokazujesz narastającą w ludziach chęć zmiany, która za chwilę doprowadzi do rewolucji, a potem wojny. Są tu spiski, tajne organizacje, ale są też obrazy nędzy, rodem z Charlesa Dickensa czy choćby Bolesława Prusa. Czy pisząc powieść rozgrywającą się w XIX wieku, inspirujesz się – poza innymi źródłami – np. „Lalką”? Czy wręcz przeciwnie – starasz się zapomnieć o autorach z epoki i stworzyć własną, autonomiczną wizję czasu? 

– Jak najbardziej inspiruje mnie literatura XIX-wieczna. Przed rozpoczęciem pracy nad „W cudzym domu” i potem „Za cudze grzechy” nie czytałam co prawda tych książek na nowo, ale doskonale je pamiętałam. W wątku awanturniczym inspirował mnie Alexander Dumas, w wątku rosyjskim czerpałam oczywiście z rosyjskiej literatury tamtej epoki. I Prus – Prus absolutnie stoi na czele moich inspiracji. Bo obraz Warszawy tego czasu, ale i mentalność bohaterów, znam dzięki „Kronikom tygodniowym”. To dla osoby poszukującej informacji o XIX wieku niesamowita skarbnica wiedzy.

Przeczytaj też: MIŁOŚĆ W CZASACH ZABORÓW | Hanna Cygler. W cudzym domu

„Za cudze grzechy” i poprzednia część – „W cudzym domu” – to kolejny cykl w twoim dorobku – czy są bohaterowie, lub fabuły, które zwyczajnie nie pozwalają ci o sobie zapomnieć? A może od razu planujesz, że dana książka będzie miała kontynuację?

– Już kończąc „W cudzym domu” wiedziałam, że będzie ciąg dalszy, nawet to tam napisałam. Gdybym nie zaplanowała ciągu dalszego, pewnie nie mogłabym spać po nocach (śmiech). To podobnie jak w przypadku książki „Czas zamknięty”, której kontynuacją są „Pokonani”. I teraz też, kończąc pisanie „Za cudze grzechy” miałam już wizję kolejnych dwóch części. Zamierzam doprowadzić akcję prawdopodobnie do początku, lub nawet końca I Wojny Światowej. Przy czym trzecia część będzie trochę inna, dość samodzielna, dopiero czwarta będzie „grande finale” dla tej serii.

Zdarza się, że kontynuacji żądają czytelnicy? 

– Ktoś mi kiedyś powiedział, że w literaturze popularnej musi być zawsze happy end. Wcale nie jestem do tego przekonana, ale czytelnicy czasem nie przyjmują do wiadomości mojej wersji zakończenia książki. Myślę, że przyzwyczaiły ich do tego seriale. Uważają, że opowieść nigdy nie powinna się kończyć. Coraz mniej przyzwyczajeni jesteśmy do książek stanowiących zamkniętą całość. Dlatego zdarzyło mi się w „Kolorze bursztynu” „wskrzesić” bohaterkę, bo nikt nie akceptował faktu, że zakończyłam jej historię.

To chyba nic złego. Fleming też wskrzesił Jamesa Bonda.

– Najbardziej wzruszająca historia, którą pamiętam, to list od piętnastolatki, która po „Greckiej mozaice”, poprosiła: „A czy mogłaby pani powiedzieć, jak dalej potoczą się losy tych bohaterów”.

Przeczytaj także: SAGA GRECKA, SAGA POLSKA. Hanna Cygler, Grecka mozaika

W tejże „Greckiej mozaice”, spisałaś sagę „polskich” Greków, szukających u nas nowej ojczyzny po wojnie domowej 1949 roku. Doszło wtedy do wielkiej emigracji ponad 65 tys. partyzantów DSE (Demokratycznego Wojska Grecji) i ich bliskich, którzy przez granicę z Albanią dostali się do państw bloku komunistycznego, w tym do Polski. Skąd zainteresowanie akurat tym tematem?

H_Cygler_7

Hanna Cygler, fot. Andrzej Kaczmarek (wszelkie prawa zastrzeżone)

– Moja kuzynka z Anglii wyszła w latach 80. za mąż za „polskiego” Greka. To on jest prototypem głównego bohatera. Oczywiście nigdy nie jest tak, że opisuję czyjąś historię jeden do jeden. Musiałam trochę zapomnieć o nim i stworzyć własną postać, opierając się na prawdziwych historiach, zasłyszanych od niego, ale i na innych licznych źródłach. Co ciekawe, on opowiadał tę swoją historię od trzydziestu lat, ale puszczałam ją mimo uszu. I nagle przyszło olśnienie: To ciekawe! Oczywiście oznaczało to masę pracy – ustalenie greckich nazwisk, realiów historycznych, sprawdzenia kto po której stronie stał w czasie wojny domowej. Pisanie o historii innego narodu, o jego politycznych wyborach jest trudne. Tym bardziej że w Grecji ten temat jest do dziś niewygodny. Obawiałam, że niechcący kogoś urażę.

Jak książkę przyjął pierwowzór bohatera?

– Podziękował za historię, napisał mi: „Tak, tak było…”.

Przeczytaj także: PISARKI GOTOWE NA WSZYSTKO | Hanna Cygler, Złodziejki czasu

Zgaduję, czym inspirowałaś się pisząc swoją poprzednią książkę, „Złodziejki czasu” – zabawną opowieść o perypetiach czterech przyjaciółek-pisarek. Jak rozumiem to pokłosie Festiwalu Literatury Kobiet?

– Tak. W 2011 poznałyśmy się w Siedlcach na panelu o literaturze współczesnej, pisanej przez kobiety. Przyjechało 13 pań, które wcześniej w większości osobiście się nie znały. I nagle okazało się, że jest z kim rozmawiać o ty, co nas pasjonuje, o naszym pisaniu. Na co dzień trudno dręczyć znajomych tym swoim pisarstwem, bo to im się po jakimś czasie nudzi i można nawet wylecieć z życia towarzyskiego (śmiech). A tu wspólne tematy, cudowne rozmowy. Wtedy Manula Kalicka wymyśliła, że zrobimy festiwal literatury kobiet. Odbywa się co roku w Siedlcach, a na co dzień rozmawiamy ze sobą na Facebooku, wymieniamy się opiniami. W pewnym momencie stwierdziłam, że te nasze perypetie to świetny materiał  na książkę. Joanna Jodełka, której zwierzyłam się z planów, stwierdziła, że to także świetny materiał na serial i wspólnie napisałyśmy scenariusz. Teraz szukamy zainteresowanej tym tematem telewizji. „Złodziejki czasu” to dla mnie przerywnik. Gdybym musiała pisać cały czas takie same książki, kolejne odcinki losów bohaterów, to bym to chyba rzuciła. Pisanie ma być przyjemnością.

Nad czym teraz pracujesz?

– To znowu prawdziwa historia pewnej pani. Wykorzystam jej opowieść, choć obawiam się, że ona sama może się w książce nie rozpoznać, bo służy mi tylko za inspirację. To obyczajowa, współczesna książka, zawierająca retrospekcje z lat 80 i 90. Znowu piszę o życiu.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Zdjęcia Andrzej Kaczmarek

*Hanna Cygler – autorka kilkunastu powieści, m.in. „Tryb warunkowy”, „Czas zamknięty”, „Pokonani”, „Grecka mozaika”, „Złodziejki czasu”, „W cudzym domu” i „Za cudze grzechy”. Absolwentka wydziału skandynawistyki Uniwersytetu Gdańskiego, pracowała w gdańskim oddziale Polskiej Agencji Informacyjnej i na Uniwersytecie Gdańskim. Od 1993 zajmuje się zawodowo tłumaczeniami z języka szwedzkiego i angielskiego. Prowadzi własne biuro tłumaczeń.

Dziękujemy restauracji St. Antonio za pomoc w realizacji sesji zdjęciowej

H_Cygler_9_IKONA30

 

2 uwagi do wpisu “PISANIE MUSI BYĆ PRZYJEMNOŚCIĄ | Rozmowa z Hanną Cygler, autorką powieści „Za cudze grzechy”

Możliwość komentowania jest wyłączona.