OD ZAWSZE LUBIĘ MROCZNE HISTORIE – rozmowa z Gają Grzegorzewską, autorką „Betonowego pałacu”

ROZMAWIAŁ PRZEMYSŁAW POZNAŃSKI

ZDJĘCIA EWELINA KONIOR SŁOWIŃSKA

W „Żniwiarzu” mamy dziewczynę bez głowy, znalezioną w polu kukurydzy, w „Nocy z czwartku na niedzielę” dochodzi do morderstwa w krakowskim nocnym klubie, tytuł „Topielica” mówi sam za siebie, a „Grób” to mroczna opowieść o nekrofilii, odsłaniająca przeszłość głównej bohaterki serii – Julii Dobrowolskiej, pięknej kobiety ze szpetną blizną na policzku. To w tej książce po raz pierwszy autorka cyklu opisuje Kraków tak, że nie mamy najmniejszej ochoty go odwiedzać, w czym „Betonowy pałac” tylko nas utwierdza.

– Dostała już pani pozew od wydziału promocji stołecznego królewskiego miasta Krakowa? – pytam.

– Właśnie nie – szczerze dziwi się Gaja Grzegorzewska, jedna z najbardziej znanych autorek kryminałów w naszym kraju. – Może nie czytają moich książek, albo po prostu wiedzą, że napisałam jak jest!?

PRZEMYSŁAW POZNAŃSKI: A jest tak? Rozumiem, że „Betonowy pałac” nie miał być przewodnikiem po Krakowie znanym ze szkolnych wycieczek, ale tu w zasadzie w ogóle nie ma Krakowa. Marcin Świetlicki w swojej kryminalnej trylogii o mistrzu umieszcza bohatera w Krakowie rozpoznawalnym nie tylko dla miejscowych, ale i turystów: są tu znane knajpy, jest niezbyt chyba lubiana rzeźba Mitoraja na Rynku Głównym. U pani jest przede wszystkim Osiedle.

Gaja Grzegorzewska, fot. Ewelina Konior Słowińska

Gaja Grzegorzewska, fot. Ewelina Konior Słowińska (wszelkie prawa zastrzeżone)

GAJA GRZEGORZEWSKA*: I to osiedle takie, jakich możemy mnóstwo znaleźć w wielu miastach Polski. Chciałam, aby to było właśnie takie uniwersalne miejsce, reprezentujące pewien wycinek polskiej rzeczywistości. Szaroburej, mrocznej, kryminalnej. To świat ludzi, o których losie przesądziło to, że urodzili się w takim miejscu. Mają ograniczoną możliwość wyboru.

Jest tu też trochę tradycyjnego Krakowa. Bohater raz nawet przechodzi przez rynek! Pojawiają się Planty, Bulwary Wiślane, Kleparz, Kazimierz, Dębniki, Bronowice. Po prostu wybrałam miejsca nieco inne, mniej znane.

To prawda, przesadziłem: trochę Krakowa jest. Tylko że niknie on w cieniu osiedlowych bloków. Na ile taki Kraków, Kraków Osiedla jest prawdziwy, a na ile zrodził się z wyobraźni?

– Więcej tu prawdy niż by się mogło wydawać. Ale jest to rzeczywistość w znacznym stopniu przerysowana, a prawdziwe historie podkręcone. Gdybym tego nie zrobiła, powstałaby zupełnie inna książka, o wiele smutniejsza.

To jest wersja lajtowa? Przecież „Betonowy pałac” w zasadzie spływa krwią. Poza tym nie unika pani też trudnych tematów: gwałty, kazirodztwo, nekrofilia (we wcześniejszym „Grobie”). Skąd u pani taka pasja uśmiercania i krzywdzenia bohaterów?

– Pewnie to kompensacja jakichś niezdrowych ciągotek… Żartuję. Chociaż nie do końca, bo już jako dziecko lubiłam mroczne i krwawe historie, których równocześnie bardzo się bałam. Przemoc w „Betonowym pałacu” jest bardzo przerysowana, przejaskrawiona, zwielokrotniona. I to wszystko czyni te akty komiksowymi. Czerpałam tu z tradycji kina gangsterskiego, które od swych początków pokazywało przemoc jako coś atrakcyjnego. Za wzór służą mi również od lat Tarantino i Rodriguez – mistrzowie w dziedzinie estetyzacji przemocy.

Mieszka pani w Krakowie i tu każe żyć swoim bohaterom, ale taki choćby Zygmunt Miłoszewski skacze w swoich książkach od miasta do miasta. Nie kusiło pani, żeby przenieść akcję gdzie indziej? W końcu nie brakuje w Polsce naprawdę brzydkich miast.

– Ha, ha. Wbrew temu, co się może wydawać, to nie brzydota była kryterium wyboru, jeśli chodzi o lokacje. Poza tym moja pierwsza powieść, „Żniwiarz” rozgrywa się na prowincji, w fikcyjnym miasteczku mającym jednak swoje topograficzne odwzorowanie w rzeczywistości. Akcję „Topielicy” umiejscowiłam na Mazurach, odtwarzając trasę, którą przebyłam swego czasu żeglując. Powieść, którą piszę teraz, osadzam w kilku innych miejscach poza Krakowem.

„Betonowy pałac” to książka inna, niż poprzednie: dotychczasową bohaterkę pierwszoplanową, Julię Dobrowolską, odsunęła pani na drugi plan, całość fabuły zrzucając tym razem na barki jej przyrodniego brata Profesora. Julia się pani znudziła?

– Może nie znudziła, ale tak jak to się często zdarza wielu autorom tworzącym serie, ja również w pewnym momencie zapragnęłam spróbować czegoś nowego i wypróbować innego bohatera. Trzymam się co prawda od lat gatunku kryminalnego, ale lubię eksperymentować w jego obrębie.

Gaja Grzegorzewska, fot. Ewelina Konior Słowińska

Gaja Grzegorzewska, fot. Ewelina Konior Słowińska (wszelkie prawa zastrzeżone)

Na swoim blogu wymieniała pani jakiś czas temu archetypy bohaterów kryminału. W kategorii prywatnych detektywów miała więc pani do wyboru między dandysem a abnegatem w prochowcu. Dlaczego zdecydowała się pani akurat na Profesora, reprezentującego raczej ten drugi typ? Dandys bardziej pasowałby do Krakowa.

– Tylu już było dandysów! Ja szukałam zupełnie nowego typu bohatera. W kryminale właściwie wszystko już było. Zagadki kryminalne rozwiązywały już nawet zwierzęta. Dlatego pomyślałam, że może stworzę takiego antydetektywa, typa który do tej pory działał po drugiej stronie barykady i był tym którego ścigają. Profesor zupełnie się nie zna na tej robocie, nie chce jej i nie szanuje, ale nie ma wyboru. Akcję do przodu bardziej popychają jego błędy niż sukcesy. I zdawać się może iż, odwrotnie niż być powinno w kryminale, do końca pozostaje on najbardziej niedoinformowaną osobą.

Nie boi się pani porównań np. z Harrym Hole’em, bohaterem Jo Nesbø?

– W ogóle bym nie pomyślała o takim porównaniu. Harry przy Profesorze to przecież prawdziwy dżentelmen. No i Harry jest policjantem, czyli wykonuje zawód najmniej szanowany przez mojego bohatera.

Czy Profesor powróci? A może Julia Dobrowolska w charakterystyczny dla siebie sposób rozepcha się łokciami i znowu zajmie pierwszoplanową pozycję?

– Obydwoje powrócą.

______________________________

Z O B A C Z   R Ó W N I E Ż :

Gaja Grzegorzewska, Betonowy pałac. KRAKÓW, KOKS I KREW

SZPIEG ZNACZY PISARZ – rozmowa z Vincentem V. Severskim, autorem „Nielegalnych”, „Niewiernych” i „Nieśmiertelnych”

OFIARY W MOICH KSIAŻKACH SĄ ZWYKLE CZYMŚ WTÓRNYM – rozmowa z Piotrem Bojarskim, autorem cyklu „Kryptonim Posen”

______________________________

Wybrała pani prozę gatunkową. Powszechnie wiadomo, co do kryminałów przyciąga czytelnika: wciągająca intryga, od której nie można się oderwać, zagadka, która wymaga rozwiązania. A co przyciąga autorów do pisania takiej prozy?

– Mniej więcej to samo, tylko od tej drugiej strony. Pisząc, lubię się momentami poczuć jak Puppet Master, który stoi za całym przedstawieniem i manipuluje odbiorcami.

Jak rodzi się kryminał Gai Grzegorzewskiej? Od czego się zaczyna? I na ile autorkę też wciąga tworzona fabuła?

– Nie wyobrażam sobie pisać czegoś, co mnie nie porwie. Muszę mieć wrażenie, że sama uczestniczę w przygodzie. A pomysły rodzą się różnie. Czasami impulsem jest jakieś zdarzenie, anegdota albo osoba. Szczegóły intrygi to już jednak żmudny matematyczny proces.

Odwołanie do matematyki wydaje się idealne: kryminał to gatunek wymagający, nie wybacza autorom nieuważnym, gubiącym wątki czy niepanującym nad tropami. Czy, niczym detektyw w amerykańskim serialu, rozrysowuje pani fabułę na wielkiej tablicy i łączy poszczególne szpilki wielokolorowymi nićmi?

– Często rozrysowuję sobie schemat w notesie. Mam też plan rozpisany w punktach. Ostatnio używałam również kolorowych karteczek samoprzylepnych, aby móc wzrokiem objąć cały schemat i zobaczyć to z jeszcze kolejnej strony. Ponadto mam mnóstwo zapisków i notatek, których sens rozumiem tylko ja. W trakcie pisania również w samym tekście podkreślam zdania, dodaję pytania, czy wskazówki dla siebie. W tym momencie na przykład moja książka jest bardzo „brudna” pełna zdań, notatek, zapytań i wskazówek, które są tam tylko dla mnie i tylko na czas powstawania książki. Znikają stopniowo w trakcie pisania, aż w końcu wszystkie kwestie są wyjaśnione, nie ma dziur, a cała intryga zostaje dopięta.

Gaja Grzegorzewska, fot. Ewelina Konior Słowińska

Gaja Grzegorzewska, fot. Ewelina Konior Słowińska (wszelkie prawa zastrzeżone)

Trudno traktować „Betonowy pałac” jak powieść z kluczem, ale pojawiają się w nim postaci łudząco podobne do istniejących osób. Co najmniej jedną znam nawet osobiście. To tylko puszczanie oka do krakowskiego światka kulturalnego czy sposób na budowanie trójwymiarowych postaci? Jak buduje pani postaci?

– Chodzi oczywiście o Edwarda?

Dokładnie.

– Poprosił mnie kiedyś abym uczyniła go bohaterem. I tak znalazł się w „Grobie”.

Jakby to nie brzmiało…

– Polubiłam tę postać i w „Betonowym Pałacu” dałam mu większą rolę. Różnie tworzę postaci. Niektóre mają odpowiedniki w rzeczywistości. Inne są wariacjami na temat bohaterów ikonicznych dla gatunku kryminalnego. Większość jednak rodzi się w wyobraźni. Ważne jest dla mnie, by były to osoby ciekawe. Chcę, aby nawet te trzecioplanowe wryły się czytelnikowi w pamięć.

Pytałem o kryminał, a przecież sam napisałem w recenzji „Betonowego pałacu”, że ta powieść nie do końca jest kryminałem. To raczej powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym, chwilami nieco podobna do „Złego” Tyrmanda. Czy kryminał w czystej postaci już się skończył?

– Ale kryminał od swego zarania nie był gatunkiem czystym. Od początku był bardzo zróżnicowany i rozgałęział się na różne odmiany i podgatunki. Christie i Chandler tworzyli w tym samym czasie, oboje pisali kryminały i oboje zaliczani są dziś do klasyków, a przecież ich książki różnią się właściwie wszystkim poza tym że jest zbrodnia i jest detektyw. Teraz po prostu tych podgatunków jest znacznie więcej. Więcej miejsca zabiera też warstwa obyczajowa, psychologiczna, stawianie społecznych diagnoz. To prawda, że nikt nie podejmuje się tworzenia zagadek zamkniętego pokoju, co swoją drogą jest bardzo trudne i nieczęsto zdarza się, by na koniec detektyw zbierał podejrzanych w salonie. Nie zawsze też najistotniejszym pytaniem jest, kto zabił, ale jednak nadal pozostaje to najpopularniejszym zagadnieniem podejmowanym przez autorów.

Rozmawiał Przemysław Poznański

betonowy_palacok³adka_ok01gg_noc-z-czwartku-na-niedzielegg_topielicagg_zniwiarz

*Gaja Grzegorzewska – Rocznik ’80. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru. Grasuje głównie w Krakowie. Na zabijaniu zna się jak mało kto, co regularnie potwierdza jako felietonistka i recenzentka Portalu Kryminalnego. „Betonowym pałacem” — swoją najodważniejszą powieścią — udowadnia, że języka potrafi używać w bardzo niegrzeczny sposób. Oto Gaja Grzegorzewska —  najgorętsze nazwisko polskiego kryminału

Źródło: http://www.gajagrzegorzewska.pl