Każda powieść to konkretna dawka emocji, którą jako autorka w nią wkładam. To jest ten rodzaj empatii, która jest potrzebna, aby lepiej poznać kogoś, nawet jeśli jest tylko bohaterem literackim – mówi Ilona Gołębiewska, z którą rozmawiamy o jej najnowszych powieściach „Prawda” i „Tajemnica”.

Przemysław Poznański: „Prawda” i „Tajemnica” to dwie pierwsze odsłony sagi „Siostry ze Starego Młyna”. Każdy z nich poświęcony jest jednej z sióstr Złotowskich. Pokazuje pani ich zmagania z sekretami przeszłości, z traumami, ale i z wyzwaniami teraźniejszości, w której ucieczką, schronieniem jest dla nich rodzinny Stary Młyn nieopodal Kazimierza Dolnego. Skąd pomysł na taką sagę, w której każda powieść poświęcona będzie innej postaci?
Ilona Gołębiewska: Zamysł był taki, by każdej z sióstr Złotowskich poświęcić na tyle dużo uwagi w fabule, żeby pokazać historie ich życia, wybory, porażki, sukcesy. Łączy je miejsce pochodzenia, tragiczna przeszłości i rodzina. Różni wszystko inne – charakter, życiowe zajęcia, problemy, otaczające je ludzie. A żeby kogoś lepiej poznać, to trzeba spędzić z nim sporo czasu. Dlatego każda z czterech zaplanowanych na sagę powieści opowiada historię jednej z sióstr Złotowskich. Można je czytać zupełnie oddzielnie. I chociaż głównymi bohaterkami są kobiety, to jednak za każdą z nich stoją różni mężczyźni i odgrywają w tych powieściach wyjątkowo znaczące role. Poza tym lubię pisać o mężczyznach, bardzo mnie intrygują (śmiech).
Czy siostry Złotowskie mają swoje pierwowzory w rzeczywistości? Na ile w ogóle czerpie pani inspirację do opisywania bohaterów z życia, a na ile rodzą się oni z wyobraźni?
– Inspiracją do napisania tej sagi jest moja wieloletnia znajomość z kobietą, która jest córką młynarza. Jako dziecko bywałam u nich oraz w ich rodzinnym młynie, który bardzo mnie fascynował. Ta kobieta mogłaby być moją babcią. Z początku byłam dla niej małą dziewczynką, która zadawała dużo pytań i była ciekawa. Z czasem nasza znajomość się zmieniała, aż stanęło na przyjaźni. Jej życie było trudne, wiele w nim złych zdarzeń, wyzwań, niepowodzeń. Przejęła po ojcu młyn i długo nim zarządzała. Dziś ten budynek stoi pusty. Jednak nasza przyjaźń przetrwała, a długie rozmowy stały się inspiracją do napisania sagi. Ta kobieta jest pierwowzorem Marty Złotowskiej, właścicielki Starego Młyna. Podobnie jak ona, ma cztery córki.

Pierwszy tom, „Prawda”, jest opowieścią o szukaniu przez bohaterkę, Hanię, odpowiedzi na być może najważniejsze dla niej pytanie – o okoliczności wypadku, w który wiele lat wcześniej zginęli jej rodzice. „Tajemnica”, czyli tom drugi, to opowieść o próbie zażegnania przez Marysię zadawnionych rodzinnych konfliktów. Obie książki są więc przede wszystkim historiami o tym, co wydarza się wśród osób najbliższych. Jak się okazuje, czasem to, co najciekawsze, najbardziej poruszające, wydarzyć może się tuż obok, w rodzinie.
– Nie bez powodu mówi się, że każda rodzina ma swoje sekrety, konflikty, sprawy, które potrafią ciągnąć się przez pokolenia. Jako dzieci raczej idealizujemy rodziców, rodzinę. Z czasem widzimy pierwsze pęknięcia na ich wizerunku, a jako dorośli możemy już zupełnie inaczej spojrzeć na historię rodziny. Hania i Marysia to robią i dochodzą do zaskakujących dla nich samych wniosków. Myślę że w takim momencie przychodzi prawdziwa dorosłość. W jakimś sensie trzeba zbudować siebie na nowo. Akceptujemy przeszłość i idziemy dalej. Bywa to rudne, bolesne, ale bardzo potrzebne, by zacząć żyć po swojemu. Im wcześniej, tym lepiej.
Inspiracją do napisania tej sagi jest moja wieloletnia znajomość z kobietą, która jest córką młynarza. Jako dziecko bywałam u nich oraz w ich rodzinnym młynie, który bardzo mnie fascynował. Ta kobieta mogłaby być moją babcią. Z początku byłam dla niej małą dziewczynką, która zadawała dużo pytań i była ciekawa. Z czasem nasza znajomość się zmieniała, aż stanęło na przyjaźni.
Co było na początku każdej z tych powieści? Jak powstaje konkretny tom w ramach sagi?
– Na początku był pomysł na sagę, w której główną rolę odegrają siostry. Chciałam pokazać siostrzaną miłość, wsparcie, a zarazem powiązania rodzinne, które rzutują na życie każdej z nich. Wymyśliłam ich imiona oraz ważne wydarzenie, które na zawsze zmieniło ich los. Był nim śmiertelny wypadek ich rodziców, w wyniku którego siostry trafiły pod opiekę cioci, Marty Złotowskiej. Jest to tzw. doświadczenie graniczne, które z pewnością zmieniłoby los każdego człowieka. Inspiracją tak naprawdę może być wszystko – jakieś zdarzenie, rozmowa, przeczytany artykuł.

9788328738089
Dwa pierwsze tomy to opowieści o kobietach około czterdziestki (tyle lat ma Hania, Marysia jest trochę młodsza), znajdujących się w momentach dla nich przełomowych. Jak szuka pani tych momentów, które pasowałyby do postaci?
– Kolejne dwie siostry, Tosia i Nadia, są po trzydziestce, ale ich historie również pokazują je na etapie różnych przemian. Myślę, że raczej każdy z nas ma taki moment w życiu, który zmienia patrzenie na siebie i innych ludzi. Pomysły czerpię ze swoich doświadczeń, obserwuję innych ludzi i ich wybory. Dużo też daje mi moje wykształcenie oraz inne prace zawodowe. Zawodowo jestem blisko ludzi w różnym wieku, obserwuję ich, zapamiętuję różne fakty, zadaję sobie różne pytania, szukam odpowiedzi. Doświadczając tego zbieram inspiracje do moich powieści.
Czyli pisanie nie jest Pani jedynym zajęciem? Czym jeszcze się Pani zajmuje?
– Pisanie powieści to dosyć ciężka praca i stanowi sporą część mojego życia. Czasami jestem zdziwiona jak ktoś pyta mnie, jak tam moje hobby (śmiech). Polecam posiedzieć przed laptopem po kilka godzin dziennie i cały czas pisać, to szybko zmieni się zdanie (śmiech). Ale to lubię, pewne utrudnienia naturalnie wpisuję w ten zawód.
Na co dzień jestem związana z szeroko pojętą edukacją. Kilka lat pracowałam jako adiunkt na uczelniach wyższych, teraz bardziej stawiam na praktykę. Pracuję jako terapeutka z osobami z dysleksją rozwojową, autyzmem, ADHD, zaburzeniami sprzężonymi. Czasami prowadzę szkolenia, piszę projekty, granty. Sporo tego, ale lubię te swoje dwa odmienne światy. To mi pozwala zachować balans.
Czy miała pani podczas pisania „Prawdy” i „Tajemnicy” momenty trudniejsze – to w końcu opowieści oparte na emocjach? Czy przeżywa je pani wraz z bohaterami?
– Każda powieść to konkretna dawka emocji, którą jako autorka w nią wkładam. To jest ten rodzaj empatii, która jest potrzebna, aby lepiej poznać kogoś, nawet jeśli jest tylko bohaterem literackim. Żeby czytelnik odebrał emocje jako prawdziwe, to autorka w jakiś sposób również je przez siebie przepuszcza i stara się postawić w sytuacji bohaterów. Na pewno trudny był i jest dla mnie wątek wypadku rodziców sióstr Złotowskich, które były wtedy jeszcze dziećmi. Nie wiem, jak to jest wychowywać się bez rodziców, na pewno jest to trudne, wpływa na człowieka. Myślę sobie, że jedna chwila wystarczy, by zmienić czyjeś życie na dobre. I że nie mamy realnej kontroli nad tym, co się wydarzy pomiędzy naszymi decyzjami. Jedynie działaniem możemy wpływać na wynik. Reszta jest w rękach losu.
Dlaczego na miejsce akcji wybrała pani okolice Kazimierza Dolnego? To kwestia klimatu tego miasta, a może to osobiste sentymenty?
– Kazimierz pokochałam dzięki Marii Kuncewiczowej, mojej ukochanej pisarce, która mieszkała tam w swoim domu, słynnej Willi pod Wiewiórką. Na jej dzieła trafiłam przez „przypadek”. Zachwyciłam się nimi, jak i samą autorką. Napisałam książkę „Obraz starości w prozie Marii Kuncewiczowej”, analizując jej życiorys oraz twórczość. Myślę, że bardzo dużo się od niej nauczyłam, szczególnie w zakresie konstrukcji psychologicznej bohaterów. Zbierając materiały do książki odwiedziłam po raz pierwszy jej dom. Pokochałam Kazimierz Dolny nad Wisłą, często go odwiedzam, mam swoje ulubione zakamarki. To miejsce ma wyjątkowy klimat i też bogatą historię związaną ze spichlerzami, młynami, spławianie zboża Wisłą. Uznałam że to idealne miejsce do osadzenia akcji sagi związanej ze Starym Młynem.

Stary Młyn to w pani książkach miejsce ze specyficznym klimatem, bardzo ciepłym, rodzinnym. To jednocześnie dom, ale i rzemieślnicza piekarnia prowadzona przez nestorkę roku, Martę — ile tu inspiracji prawdziwym miejscem, a ile wyobraźni?
– Jak wspomniałam, ciocia głównych bohaterek, Marta Złotowska, ma pierwowzór w mojej przyjaciółce, która była córką młynarza, a potem sama stała się właścicielką młyna. Miała też piekarnię, w której można było kupić drożdżowe pajacyki. To mocno zapisało się w mojej pamięci takie wspomnienie z dzieciństwa. Poza tym intrygują mnie młyny – ich historia, konstrukcja, działanie, sposoby pracy. Kilka lat temu spędziłam też wakacje w do dziś działającym młynie na skalę rzemieślniczą. Na miejscu był wyrób i wypiek pieczywa dla stałych klientów oraz gości. Bardzo mnie to miejsce urzekło i już wtedy uznałam, że to świetny pomysł na osadzenie sagi w młynie oraz pokazanie tła historycznego.
Każda rodzina ma swoje sekrety, konflikty, sprawy, które potrafią ciągnąć się przez pokolenia. Jako dzieci raczej idealizujemy rodziców, rodzinę. Z czasem widzimy pierwsze pęknięcia na ich wizerunku, a jako dorośli możemy już zupełnie inaczej spojrzeć na historię rodziny.
Muszę spytać o resaearch – niezależnie od doświadczeń, o których pani mówi, widoczna w powieściach znajomość pracy w młynie i w piekarni zadziwia. Skąd tak szczegółowa wiedza?
– Młyny interesowały mnie od dawna. Przygotowując się do napisania sagi dużo czytałam o młynach, oglądałam vlogi, słuchałam podcastów. Mam sporo książek na ten temat. Rozmawiałam z dwoma młynarzami, obejrzałam kilka młynów, które nadal działają. Myślę, że to ważne, by oddać realia takich miejsc i zaciekawić czytelnika. Najwyraźniej zamiar się powiódł, ponieważ dostaję sporo maili z zapytaniem czy mam cokolwiek wspólnego z młynami, bo sporo o nich wiem. To miłe, cieszę się, że mogłam pokazać choć trochę jak działa taki młyn i jak na przykład wyglądało przejście z młyna wodnego na elektryczny.
Jak w ogóle dokumentuje pani swoje powieści? Na jakim etapie – już podczas tworzenia, czy jeszcze zanim siądzie pani do pisania?
– W przypadku sagi Siostry ze Starego Młyna najpierw był sam pomył i jego filary: miejsce i czas akcji, bohaterowie, główne wątki. Potem uznałam, że każda z powieści pokaże historię jednej siostry, co wymaga stworzenia chociaż zarysów fabuły poszczególnych historii. Tu też wchodzi moja wyobraźnia i podjęcie decyzji jak potoczą się losy bohaterek. Często do napisania wątków potrzebuję wiedzy specjalistycznej. Dużo szukam na własną rękę i ogólnie to lubię, bo daje mi to możliwość poznania nowych zagadnień, osób. Ale są takie sytuacje, gdzie sięgam po wiedzę innych, szczególnie jeśli chodzi o kwestie techniczne, prawnicze, medyczne. Upewniam się, czy moje pomysły są dobre i zbieżne z aktualną wiedzą w danej dziedzinie. Wtedy z pomocą przychodzą mi przyjaciele i znajomi. Dobrze mieć wśród nich lekarzy, prawników, inżynierów, informatyków, historyków. Jak dzwonię do nich, to są niemal pewni, że będę zadawała sporo pytań (śmiech).
Jak wygląda Pani typowy dzień pracy twórczej? Ma Pani stałą rutynę pisarską, czy pisze Pani „fale” natchnienia?
– Jestem mistrzynią organizacji, która nie zawsze mi wychodzi (śmiech). Plany sobie, życie sobie – to raczej moja codzienność. Jak wspomniałam, łączę pisanie z innymi pracami, więc to wymaga ode mnie sporej akrobatyki organizacyjnej. Obecnie częściej piszę rano, raczej codziennie. Są dni, kiedy w całości mogę przeznaczyć na pisanie i to bardzo lubię, bo nic innego nie wybija mnie z rytmu. Od dawna już nie piszę późną nocą, bo uznałam, że jednak sen jest ważniejszy. Wyznaję zasadę, że pisaniu sprzyja systematyczność i pewien rytm, nie czekam na wenę, choć zdarzają się fale twórczego porywu. Pisanie to rzemiosło, a to zawsze wymaga doskonalenia i regularnej pracy. Książki piszę dosyć szybko, a pomiędzy robię przerwy, kiedy to mogę poszaleć z innymi zajęciami. Nic tak nie pomaga na przewietrzenie głowy jak prace fizyczne. Do tego sport codziennie w sporej dawce. Jego nie może zabraknąć.
Kilka lat temu spędziłam też wakacje w do dziś działającym młynie na skalę rzemieślniczą. Na miejscu był wyrób i wypiek pieczywa dla stałych klientów oraz gości. Bardzo mnie to miejsce urzekło i już wtedy uznałam, że to świetny pomysł na osadzenie sagi w młynie oraz pokazanie tła historycznego.
O pisaniu marzyła panu już w wieku pięciu lat. Dziś jest pani autorką około trzydziestu powieści. Czy jest receptura na spełnianie marzeń?
– Tak było. W dniu piątych urodzin dziadek zapytał mnie, kim będę w przyszłości, a ja odpowiedziałam, że będę uczyć ludzi i pisać książki. Dzisiaj dokładnie to robię. Jak widać byłam zdecydowana od dziecka (śmiech). Moje dzieciństwo pełne było książek, wymyślania historii, pisania różnych bajek, opowiadać. Świat fantazji był też trochę ucieczką od różnych problemów. Latami to się zmieniało, aż do momentu odważenia się na pisanie książek. Ale zanim to nastąpiło, to najpierw napisałam sporo bajek i tekstów naukowych. To był porządny warsztat pracy. Poza tym uważam, że każdy z nas rodzi się z jakimś talentem. Moim jest łatwość snucia historii i ubierania je w słowa. Ja się z tym po prostu urodziłam. Ktoś powie, że to talent dany od Boga, a ktoś inny, że mam pewne predyspozycje. Dla mnie to wszystko łączy się w całość. I nigdy bym nie przewidziała, że napiszę tyle powieści. Chyba naprawdę bardzo lubię swoją pracę (śmiech).
A czy jest receptura na bestseller? Pani książki są niezwykle popularne.
– Emocje. Autentyczność historii. Bohaterowie tacy jak my. Prosty język narracji. Ciekawe wątki osadzone w życiu. Czytelnik chce historii, która poruszy, skłoni do zadania sobie różnych, momentami trudnych pytań. Chce czytać o ludziach, z którymi może się w pewnych sytuacjach utożsamić. Twierdzę tak po wiadomościach, które otrzymuję od swoich czytelników, i po rozmowach z nimi podczas spotkań autorskich i targów. Poza tym sama muszę mieć pewność, że historia jest warta opowiedzenia i że daje emocje, skłania do refleksji.
Saga ma dwa tomy, więc na pewno zna już pani reakcję czytelniczek na poszczególne bohaterki. Te opinie wpływają na dalszy kierunek sagi? Czy raczej wszystko biegnie z góry zaplanowanym torem?
– Jestem zdania, że powieść jest jak lustro – każdy czytelnik zobaczy w niej to tak naprawdę co nosi w sobie. I to też widzę po rozmowach z czytelnikami i wiadomościach od nich. Jako autorka mam zazwyczaj swoje najmocniejsze, wybrane wątki, a okazuje się niekiedy, że czytelnicy najbardziej widzą te poboczne, bo one są akurat dla nich ważne. Do tej pory otrzymałam dużo recenzji i opinii na temat „Prawdy” i „Tajemnicy”. Czytelnicy i blogerki doceniają je za autentyczność, mocne nakreślenie postaci i uderzające historie sióstr – Hani i Marysi. Jako autorka trzymam się fabuły, którą wymyślam. Opinie czytelników raczej nie mają wpływu na losy moich bohaterów, czasami dodaję tylko jakieś niuanse, jeśli uznam, że ktoś zwrócił moją uwagę na ważny temat, wątek.
Jestem zdania, że powieść jest jak lustro – każdy czytelnik zobaczy w niej to tak naprawdę co nosi w sobie. I to też widzę po rozmowach z czytelnikami i wiadomościach od nich. Jako autorka mam zazwyczaj swoje najmocniejsze, wybrane wątki, a okazuje się niekiedy, że czytelnicy najbardziej widzą te poboczne, bo one są akurat dla nich ważne.
„Tajemnica” ukazała się pod koniec października. Kiedy kolejny tom i czy może pani zdradzić coś na jego temat?
– Czytelnicy poznają historię jeszcze dwóch sióstr Złotowskich – Tośki i Nadii. Obie powieści ukażą się w I połowie 2026 roku, właśnie pracuję nad ostatnią z nich. Pierwsza w kolejności będzie historia Tośki. Pracuje w marketingu, rozwija swoją firmę, uwielbia podróżować po świecie i często to robi. Jest takim wolnym duchem. Jednak w życiu bliskiej jej osoby dochodzi do tragedii. Tośka mocno to przeżyje, zmieni swoje spojrzenie na siebie, pracę, życie. A to sprawi, że podejmie decyzje, które doprowadzą ją do naprawdę dużych zmian.
A potem? Nowe historie już czekają?
– I to całkiem sporo. Na szczęście moja wyobraźnia mnie nie zawodzi, a spotykani ludzie, rozmowy, ogólnie życie, to wszystko podsuwa mi wiele inspiracji na nowe powieści. Czytelnicy również dopytują, kiedy kolejne. Zostaje mi zatem je pisać (śmiech).
Rozmawiał Przemysław Poznański

