Miarą dojrzałego patriotyzmu jest przyjmowanie całego dziedzictwa przodków. I tego, które jest powodem do dumy i tego które było ewidentnie haniebne, bądź takowym się niektórym wydaje – o wystawie „Nasi chłopcy” pisze Bohdan Głębocki, historyk i pisarz.

W ostatnich dniach w sprawach niezwiązanych z tematem zastępczym pojechałem do Gdyni. To co miałem załatwić załatwiłem i korzystając z wolnych godzin przed odjazdem pociągu powrotnego, postanowiłem odwiedzić Gdańsk. Po dość sprawnej podróży SKM wysiadłem na stacji Gdańsk Śródmieście. Z pomocą map pewnej kalifornijskiej firmy, ale zachowując resztki zdrowego rozsądku dotarłem na ulicę Długą i wmieszałem się w spacerujący po niej tłum. Mój cel majaczył w oddali i trudno było go przegapić, za sprawą ogromnej wieży.
Zmierzałem do Ratusza, a konkretnie do znajdującego się w nim Muzeum Gdańska, a jeszcze bardziej ściśle do Galerii Palowej. Cóż ciekawego można tam zobaczyć? Otóż ekspozycje czasowe, latem roku 2025 wystawę Nasi chłopcy wzbudzającą wśród niektórych ogromne emocje (wystawa ma być dostępna do 10 maja 2026 r.). Krótko mówiąc postanowiłem przekonać się na własne oczy, czy jej autorzy, nam Polakom, napluli w twarz. Na moje szczęście, tej ciekawości nie podzielała zdecydowana większość wędrujących tego dnia Długą. Kolejka po bilety składała się z dwóch osób i po chwili mogłem przystąpić do zwiedzania. Zajęło mi to niecałą godzinę, a przyznam, że wgłębiłem się w prezentowane materiały i opisy dość mocno. Czy było warto poświęcić tyle cennego czasu na jakąś tam wystawę? Z mojego punktu widzenia zdecydowanie tak.
Złożoność okupacyjnej rzeczywistości
Zwiedzając wystawę można poznać wojenne losy niemałej grupy obywateli II Rzeczypospolitej (chociaż nie tylko, gdyż poruszony problem dotyczył również Polaków z dawnego Wolnego Miasta Gdańska) i zagadnienia w zasadzie nieobecnego w świadomości historycznej większości współczesnych Polaków, czyli służby naszych rodaków w Wehrmachcie. I właśnie do pewnych aspektów tejże świadomości chciałbym nawiązać poniżej. Mogę powiedzieć, że moje patriotyczne uczucia nie doznały w gdańskim ratuszu uszczerbku, nadal czuję się Polakiem, dumnym z postawy przodków, aczkolwiek świadomym, że zdarzały się również ciemne strony w tej przeszłości.
Czy służbę w mundurach wroga tytułowych Naszych chłopców można zaliczyć do epizodów niechlubnych, czy wręcz zdrady narodowej? Na tak postawione pytanie nie znajdziemy odpowiedzi w Muzeum Gdańska. I raczej nie taki jest cel autorów wystawy. Odbiorcy powinni wyjść z niej świadomi złożoności okupacyjnej rzeczywistości, a przede wszystkim tego, że Generalne Gubernatorstwo to nie cała Polska.
Skąd to zamieszanie?
Wracając do powyższego pytania o koniunkturalizm bądź zdradę. Być może w indywidualnych przypadkach tak, ale dla zdecydowanej większości siłą wcielonych do obcego wojska, był to przymus. Starali się przetrwać, część z nich zrobiła bardzo wiele, żeby zdezerterować, dostać się do niewoli lub współpracować z lokalnym antyhitlerowskim podziemiem. O tym wszystkim – o złożoności ich losów – można dowiedzieć się na wystawie. A tym, którzy chcieliby poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą przedstawionych na wystawie zagadnień mogę polecić materiały z kanału YouTube Historia bez kitu opublikowane w lipcu 2025 r.
Skąd zatem to całe zamieszanie? Prawdopodobnie stąd, że ktoś chce zdobyć kilka punktów dla siebie i swojej formacji politycznej, pogłębiając jeszcze bardziej toczącą nas niczym rak polaryzację. Jednak problem z Naszymi chłopcami wymyka się podziałowi na dwa plemiona. Głosy niesłusznej – moim zdaniem – krytyki padały z ust, należących do obu stron politycznej zimnej wojny domowej.
Zabororosyjskocentryzm
Nie zamierzam dyskutować z turbo-patriotami, widzącymi przeszłość w dwóch barwach, a powinność Polaków podczas okupacji jako knucie przeciw wrogom, w konspiracji 24 godziny na dobę (w wersji wzmożonej nawet 25) przez 365 dni w roku. Swoją drogą ciekawe, że nierzadko ci sami, którzy mają usta pełne najbardziej wzniosłych słów o Ojczyźnie oraz deklaracji czego to by dla Polski nie poświęcili, przy innych okazjach opisują zmęczenie wojną w Ukrainie, głoszone z perspektywy wciąż bezpiecznego życia w Rzeczypospolitej.
Zwracam się raczej do tych, którzy rozumieją złożoność historii i wyrażają ogólne zadowolenie z zaprezentowania publiczności przez gdańskie muzeum wystawy, a razi ich przykładowo niefortunnie dobrany tytuł. I tu dotykamy sedna szerszego problemu, którego afera wystawowa Anno Domini 2025 stanowi tylko jedną z odsłon. Problem widzę od lat, ale nie umiem go adekwatnie nazwać. Posłużę się określeniem roboczym, brzmiącym okropnie – zabororosyjskocentryzm. W skrócie chodzi o oglądanie wszystkiego przez pryzmat tej części Polski, która stanowiła kiedyś zabór rosyjski. Reszta kraju i jej dziedzictwo jest mniej lub bardziej pomijane bądź lekceważone. Nie jestem z Pomorza, choć płynie we mnie nieco kaszubskiej krwi. Czuję się Poznaniakiem i nie raz dane mi było odczuć ten nieznośny „centryzm”.
„Ci ludzie tacy smutni”
Przykład pierwszy: kilka lat temu ktoś umieścił w mediach społecznościowych zdjęcie z wkraczania Niemców do Poznania we wrześniu 1939 r., na którym widać entuzjastycznych cywilów witających Wehrmacht podniesioną do góry prawicą. No i się zaczęło. Większość komentarzy nie zostawiała suchej nitki na ówczesnych mieszkańcach Poznania, którzy mieli się dopuścić zdrady narodowej. Mało który z krytyków zadał sobie trud, żeby pomyśleć o tym, jak liczna była w samym mieście, jak i w dawnym województwie poznańskim, mniejszość niemiecka. Polakom z Wielkopolski można wiele zarzucić, natomiast w okresie międzywojennym cechowało ich skrajnie antyniemieckie nastawienie, które nie zmieniało swego natężenia nawet w okresie względnego odprężenia relacji między obydwoma państwami w pierwszych latach po dojściu Hitlera do władzy.
Przykład drugi – jako dzieciak pamiętam pierwszą emisję w TVP serialu Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy. Dla nas Wielkopolan był to naprawdę ważny tożsamościowo obraz, przedstawiający życie i walkę naszych przodków z Królestwem Pruskim, a później Cesarstwem Niemieckim. Przed jednym z odcinków ukazał się reportaż, w formie sondy ulicznej, w której przechodnie mieli wyrażać swoje opinie o serialu. No i nie były one najlepsze. „Nudny”, „ci ludzie tacy smutni”. Co ciekawe jednym z zarzutów wobec żołnierzy uwidocznionych na zdjęciach gdańskiej wystawy, były uśmiechy podczas pozowania we wrażym mundurze. Czyli tak źle i tak niedobrze.
Coś się tu nie klei
Spróbujmy zastanowić się dlaczego tak wygląda częsta reakcja na opowieści niezgodne ze sztancą „centryzmu”. Odpowiedź będzie oczywiście subiektywna, z punktu widzenia prowincji. Błędy są popełniane na etapie szkolnym. Kurs historii od rozbiorów koncentruje się na zaborze rosyjskim, o austriackim wspomina niewiele, o pruskim w dawkach homeopatycznych. A dzisiejszą Polskę tworzą przecież również ziemie, które odpadły od niej jeszcze wcześniej. Zbudowanie spójnej narracji łączącej różne wrażliwości stanowi wielkie wyzwanie. To nie jest proste, ale kto ma sobie z tym dać radę jak nie my? A modyfikacja programu nauczania jest ledwie wstępem. Może trzeba na każdym kroku uświadamiać tę różnorodność i przede wszystkim jej się nie bać. Niewątpliwie kilka godzin w kursach przedmiotów humanistycznych należy poświęcić regionom, czyli nawiązując do tematyki wystawy historii regionalnej.
Spójrzmy na konsekwencje. Odmawiając „naszości” chłopakom z Pomorza i Górnego Śląska, poddajemy pośrednio w wątpliwość przynależność tych ziem do Polski, za co przecież niejeden Polak oddał życie. Jak dla mnie, coś tu się mocno nie klei.
Miejsce w pamięci dla każdego
Miarą dojrzałego patriotyzmu jest przyjmowanie całego dziedzictwa przodków. I tego, które jest powodem do dumy i tego które było ewidentnie haniebne, bądź takowym się niektórym wydaje. Nasza przeszłość to na przykład: Lwów 1918, Warszawa 1920, Wilno 1931, Przytyk 1936, Jedwabne 1941, Warszawa 1943, Warszawa 1944, Poznań 1945, Poznań 1956, cała Polska 2022. Czy to się komu podoba czy nie, jesteśmy różnorodni i odmienna była przeszłość w miejscach w których mieszkamy.
Niektórzy chętnie opowiadają o Polsce swoich marzeń. W moich jest szacunek do przeszłości i świadomość tego, że była ona różnorodna. Oraz miejsce w pamięci dla każdego, kto czuł się jej lojalnym obywatelem.
Dla mnie, to byli nasi chłopcy. Ci idący ulicami Warszawy w sierpniu 1944 roku również.
Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy
Muzeum Gdańska, Galeria Palowa w Ratuszu Głównego Miasta
ul. Długa 46/47, Gdańsk
12 lipca 2025 – 10 maja 2026

