Coraz więcej twórców, aktywistów i ludzi zaangażowanych już się wycofuje lub zaraz zacznie się wycofywać z życia publicznego, zasłaniając się „zmęczeniem”, „rozczarowaniem rodakami”, „higieną psychiczną” i „życiem dla siebie”. Tak to widzę po ostatnich wydarzeniach – pisze w czerwcowym felietonie Dawid Kornaga.

Tak zwana emigracja wewnętrzna, choć pozornie racjonalna, bywa groźniejsza niż głośny bunt. Milczący intelektualiści, artyści, a zwłaszcza aktywiści zostawiają po sobie pustkę, a tę natychmiast wypełni ktoś inny. Niekoniecznie wartościowy. Życie jest za krótkie, by roztrwaniać je w ucieczce. Ponieważ zwykle wszystko zaczyna się właśnie nie od wygranej, lecz od przegranej.
Wybory – prezydenckie, parlamentarne, samorządowe – kończą się takim wynikiem, że nie sposób go zaakceptować bez poczucia goryczy. Kampania, w którą włożyło się czas, wiarę, pieniądze, energię – przynosi rozczarowanie. Tekst, wystawa, film – nie zmieniają świata. Przeciwnie, świat zdaje się coraz mniej przejmować twórcami. Wtedy właśnie wielu z nas podejmuje decyzję, której nie nazywa otwarcie: znikamy. Przestajemy się angażować, komentować. Wycofujemy się z przestrzeni publicznej. Deklarujemy potrzebę wyimaginowanego spokoju, dystansu do życia, bycia bardziej dla siebie i swojej rodziny.
Zawieszenie broni, które staje się kapitulacją
Emigracja wewnętrzna związana jest zazwyczaj reżimem, cenzurą, ryzykiem represji. W takim Iranie to konkret: każdego dnia można rzeczywiście stracić życie, bo jakiś strażnik rewolucji źle na ciebie spojrzał. Zwłaszcza kiedy jesteś gejem czy kobietą bez czadoru. Ale u nas to, że nie wyszło na nasze i od razu chowamy głowę w piasek, jest po prostu żałosnym przyznaniem się do porażki. To oddanie meczu walkowerem, bo na razie przeciwnik prowadzi jednym golem.
Z drugiej strony jest w tej postawie coś głęboko zrozumiałego. Ludzie zaangażowani najczęściej robią to z potrzeby wpływu, wiary w możliwość zmieniania świata na lepsze. Kiedy ten sens znika, reakcją bywa często ucieczka. Ale problem polega na tym, że ta ucieczka, choć z początku wygląda jak czasowe zawieszenie broni, bardzo szybko staje się kapitulacją. Emigracja wewnętrzna z reguły nie jest chwilowym urlopem. Zamienia się stopniowo w stan, który rozleniwia, wprowadza w inercję.
„Niech inni po mnie”
Przykłady z historii? Wieszcz Norwid – samotny, niezrozumiany, piszący „dla pokoleń”. Gombrowicz – pogrążony w permanentnym dialogu z nieobecnym adwersarzem, nadrabiający ironicznym narcyzmem. Ale oni pisali. Nawet jeśli w cieniu emigracji dosłownej. Tymczasem dzisiejsza emigracja wewnętrzna to nie ukryta twórczość, lecz jej brak. Nie chodzi o to, że ludzie znikają z oficjalnego obiegu. Znikają w ogóle. Nawet z sociali. Boję się, że za chwilę wielu z nas powie: znam pisarzy, felietonistów, wartościowych dziennikarzy, którzy przestali pisać, działaczy, co jeszcze niedawno prowadzili fundacje, organizowali debaty, wspierali protesty – nagle na jesieni tego roku zaczną milczeć. Rozczarowani innymi obywatelami, ich wyborami, z twierdzeniem: „Widocznie taki trend, ja już nie mam siły. Niech inni po mnie”.
Każda emigracja, szczególnie ta wewnętrzna, jest wyborem tych, którzy z jakiegoś powodu uznali, że już po prostu nie warto. Że ktoś inny, gdzieś indziej, może zrobi to lepiej. Problem w tym, że ci „inni” rzadko się pojawiają. A jeśli już, to często nie mają wiedzy, kompetencji czy wrażliwości.
Luksus dla ustawionych
Można powiedzieć: życie jest jedno, więc warto przeżyć je w zgodzie ze sobą. Tylko co to znaczy? Nie chodzi przecież o to, by wszyscy byli stale na barykadach, ale o to, by nie wycofywać się całkowicie. Bo całkowite wycofanie to po prostu poddanie się.
Zresztą nowoczesna emigracja wewnętrzna to często luksus zarezerwowany dla tych dobrze ustawionych finansowo. Można wzruszyć ramionami, jeśli ma się oszczędności, dom, rodzinę, stabilność. Ale dla ludzi, którzy dopiero wchodzą w życie, próbując coś zbudować, milczenie starszych, bardziej doświadczonych to cios dla młodszych.
Nie można się wycofywać, fochać, kiedy świat pęka
Czasem mówi się, że ci, co się wycofują, to ludzie rozczarowani, często też psychicznie przeciążeni. Och, wrażliwe biedactwa. Ale prawda jest taka, że największe emocjonalne i psychiczne obciążenie dźwigają ci, co zostają. I mimo wszystko wychodzą na pole bitwy, takich 300 Spartan, którzy wbrew „nawałnicy ze Wschodu” mówią, piszą, próbują, a najważniejsze – przeciwstawiają się. To oni są na froncie nieustannej konfrontacji z codziennym chaosem, nieposkromionym hejtem, obezwładniającą bezsilnością. Emigranci wewnętrzni mają spokój. Ale ten spokój stopniowo zamienia się w niemoc. I jeśli ten stan trwa zbyt długo, staje się uzależniający.
Nie można się wycofywać, fochać, kiedy świat pęka i trzeba go poskładać od nowa. Gdy kolejne wybory, zarówno polityczne, jak i kulturowe, nie są jakąś grą, zabawą w hasztagi, tylko decyzją o kierunku rozwoju naszego kraju.
Chodzi więc o prosty rachunek: albo jesteśmy częścią wspólnoty i próbujemy ją zmieniać, albo nie jesteśmy i pozwalamy innym decydować. „Ich” wcale nie jest więcej. To czasem „nas” jest mniej, choć jesteśmy w przytłaczającej większości. Jakby dziś napisał Stanisław Tym, „emigrantom wewnętrznym mówimy stanowcze NIE”.
Przeczytaj także:

