Teraz jestem w procesie trzeźwienia, chory na nieuleczalną chorobę. Tu nie ma miejsca na wstyd, a jedynie na prawdę – mówi Wojtek Friedmann, autor książki „Mój pierwszy ostatni raz”.

Przemysław Poznański: „Mój pierwszy ostatni raz” – to trzecia twoja powieść. Ale pierwsza w takim stopniu autobiograficzna. Powieść o uzależnieniu i trzeźwieniu. Dlaczego uznałeś, że chcesz ją napisać?
Wojtek Fredmann: Nie nazwałbym tej książki powieścią i nie jest autobiografią – to tak naprawdę „piciorys”. Mam nadzieję, że jeszcze napiszę prawdziwą autobiografię i znajdzie się w niej wiele naprawdę ciekawych historii. Na razie daję czytelnikom zapis etapów choroby uzależnieniowej, w moim przypadku alkoholowej. W terapii jest coś takiego, co się nazywa właśnie piciorys – to rodzaj zaglądania w siebie, żeby znaleźć odpowiedź na pytanie czy umiesz już stanąć w prawdzie. Podczas mitingów spikerskich opowiadasz w ten sposób swoją historię: skąd się wziąłeś, dlaczego masz problem alkoholowy, co robisz teraz, żeby nie pić. I moja książka mieści się mniej więcej w tych ramach, a na pewno jej napisaniu przyświecał taki sam cel: dać świadectwo, że można. Dla ludzi, którzy zmagają się z problemem alkoholowym, z uzależnieniem, takie świadectwo jest najważniejsze. Lekarz może ci powiedzieć: „Ja nie piję, więc to dowód, że można”. Chorego to nie przekona. To się nie uda. Ale gdy posłuchasz drugiej osoby, która przechodzi przez dokładnie to samo, która popełniała te same błędy, i to bez względu na płeć czy ilość pieniędzy w portfelu, to możesz się z jej opowieścią utożsamić. Wtedy jest o wiele łatwiej. I temu służy też moja książka.
Wyjście z uzależnienia to dopiero początek drogi?
– Nie jest tak, że jeśli dziewięć lat nie pijesz, to już jest super i masz wolne. Nie zmieniasz się w mnicha z klasztoru w Butanie. Nie ma tak. Nie jest też powiedziane, że gdy przestajesz pić, to od razu wszystko jest już fajne. Łatwe. Odwrotnie – nagle dopadają cię problemy, z których istnienia nie zdawałeś sobie sprawy. Piłem od dwunastego roku życia, w wieku czternastu lat byłem już uzależniony, w wieku siedemnastu lat miałem „cugi”. A to oznacza, że nie miałem możliwości rozwinąć się (dorosnąć) emocjonalnie i społecznie. Nie potrafię jak człowiek bez problemów uzależnieniowych reagować na to, co przynosi codzienność. Przykład? Nie zdołałem choćby wykształcić w sobie reakcji na powiadomienie komornicze. Zobowiązania finansowe. Moja reakcja to albo chęć dokopania komuś, albo popłakanie się. Trzeźwieję dziewięć lat i wciąż wiele spraw, które innych nie dziwią, dla mnie jest abstrakcyjnych. Dlatego tak ważnym przedsięwzięciem jest choćby podcast Kuby Żulczyka i Julka Strachoty „Co ćpać po odwyku”, w którym dają swoje serce, energię i czas, by pokazać osobom takim jak ja, co mogą robić teraz, gdy już nie piją.
W terapii jest coś takiego, co się nazywa się właśnie piciorys – to rodzaj zaglądania w siebie, żeby znaleźć odpowiedź na pytanie czy umiesz już stanąć w prawdzie. Podczas mitingów spikerskich opowiadasz w ten sposób swoją historię: skąd się wziąłeś, dlaczego masz problem alkoholowy, co robisz teraz, żeby nie pić. I moja książka mieści się mniej więcej w tych ramach, a na pewno jej napisaniu przyświecał taki sam cel: dać świadectwo, że można. Dla ludzi, którzy zmagają się z problemem alkoholowym, z uzależnieniem, takie świadectwo jest najważniejsze.
Tę drogę podkreśla też to, że nie mówisz „wytrzeźwienie”, ale „trzeźwienie”.
– To mi pomaga, bo wiem, że mam coś do zrobienia, że ten proces nie jest zamknięty. To mi daje każdego dnia poczucie bezpieczeństwa.
W książce wielokrotnie zwracasz się wprost, po imieniu, do osób ze swojej przeszłości. To zatem także forma listu?
– Myślę, że tak. Zresztą wynika to z „12 kroków”, które towarzyszą wychodzeniu z choroby alkoholowej. Wiem z mitingów AA, że gdy się tych kroków trzymasz, to jest lepiej, łatwiej. A jednym z tych kroków jest rozliczenie się z sytuacji, które miały miejsce. Przeproszenie tych, których się skrzywdziło. Nie zawsze może do tych ludzi dotrzeć po latach, liczę więc, że gdy sięgną po moją książkę, to zobaczą, że żałuję. Zrozumieją, że zdaję sobie sprawę z wyrządzonej krzywdy.
A jednak nie tylko przepraszasz. Czasem dziękujesz. Nie tylko żywym, także tym, których już nie ma.
– Tak ma być.

Mówiłeś o stanięciu w prawdzie. Twoja książką jest rzeczywiście szczera i to szczera do bólu. W sensie dosłownym, bo nie oszczędzasz się w niej, nie jesteś dla siebie łagodny, wprost przeciwnie. Nie starasz się siebie tłumaczyć z czasu, gdy piłeś.
– Słowo „prawda” jest tu najważniejsze. Jeśli chcesz trzeźwieć, jeśli taki masz cel na każdy kolejny dzień, to najpierw musisz być ze sobą i z innymi szczery. Każde zamglenie obrazu, przemilczenie czegoś istotnego zaprzecza stawaniu w prawdzie. Jeśli komuś zrobiłem krzywdę, to nazywam to po imieniu, gdy coś ukradłem, to nie nazywam tego pożyczką, nie zaprzeczam, że tak było. To działa w dwie strony: nie tylko nie nakładam filtru, który łagodziłby mój wizerunek, ale i nie koloryzuję go. To nie znaczy, że nie mam z tym żadnego problemu: zdarza mi się o czymś nie powiedzieć, ale wynika to raczej z mojej nieumiejętności opowiedzenia o pewnych sprawach, a nie z braku chęci poruszania tematu. Chcę, ale jeszcze nie zawsze potrafię.
Jak to się stało, że chłopak z „dobrego domu”, syn znanego aktora, w wieku dziewięciu lat zaczyna wąchać klej, a potem popada w uzależnienie? Nie wszystko da się wytłumaczyć tym, że nastały lata 90., które stworzyły ci choćby możliwości zarabiania dość łatwo sporych pieniędzy, nie miałeś więc problemu z dotarciem do alkoholu.
– Dorastałem wśród ludzi inteligentnych, oczytanych, ludzi kultury. Tata i mama przeczytali chyba wszystkie książki. Ja też – choć początkowo nie czytałem, a wypracowania pisałem na maksymalnie pięć zdań – w końcu znalazłem w książkach ucieczkę. Nie bez znaczenia było to, że podobała mi się pewna dziewczyna w szkole, która czytała namiętnie Ibsena, Dostojewskiego i Hermanna Hesse. Więc i ja sięgnąłem po książki – na początek nie za grube, choćby „Myszy i ludzi” Steinbecka. Tata kocha Hrabala, na jednym z wyjazdów podsunął mi „Szarą mysz” Lipatowa. Przeszedłem ten próg, za którym już nie zmuszasz się do czytania, bo rozumiesz, że jest to fajne. Także dlatego, że możesz się w czasie rozmów pochwalić, że znam tę czy inną książkę. Ale wszystko to nie miało znaczenia dla nałogu. Czytałem na trzeźwo i na kacu. Czytałem i wybijałem szyby w oknach, czytałem i dalej korzystałem ze środków zmieniających świadomość.
Słowo „prawda” jest tu najważniejsze. Jeśli chcesz trzeźwieć, jeśli taki masz cel na każdy kolejny dzień, to najpierw musisz być ze sobą i z innymi szczery. Każde zamglenie obrazu, przemilczenie czegoś istotnego zaprzecza stawaniu w prawdzie. Jeśli komuś zrobiłem krzywdę, to nazywam to po imieniu, gdy coś ukradłem, to nie nazywam tego pożyczką, nie zaprzeczam, że tak było. To działa w dwie strony: nie tylko nie nakładam filtru, który łagodziłby mój wizerunek, ale i nie koloryzuję go.
Dlaczego?
– To tłumaczy nauka o ludzkim gatunku, pokazująca gdzie się kończą wzorce wyniesione z domu, a gdzie rozpoczyna się wpływ otoczenia. Nie bez powodu zacząłem pić, gdy skończyłem dwanaście lat. To mniej więcej w tym wieku wpływ na naszą osobowość w większym stopniu zaczyna odciskać środowisko rówieśnicze. Zaczynasz rozumieć, do której grupy w szkole powinieneś przynależeć. Komu chciałbyś się przypodobać. Dzieciak w tym wieku wybierze raczej kolegę, który potrafi zbić szybę kamieniem, niż koleżankę, która jest wycofana i czyta książki. Zrobi to nawet jeśli w domu ma zupełnie inne wzorce.
Jednak nie wszyscy dają się wciągnąć w te opisane przez ciebie kręgi piekieł.
– W mojej pierwszej książce, „Baśce”, dałem motto: „Wiara w siebie, to nie gotowana u sąsiada kapusta, żeby każdy ją czuł”. Dziś, jako dorosły facet przed pięćdziesiątką jestem więcej niż pewny, że w tym wszystkim chodzi o wiarę w siebie. Jak masz tę wiarę, to nie szukasz sposobów, żeby zabłysnąć, żeby być osobą popularną, zawsze być na pierwszym miejscu. Nie robisz tego, co potem skutkuje chorobą ego. Ja miałem zaburzoną wiarę w siebie. A jeśli nie jesteś przekonany o swojej wartości, jeśli nie wierzysz, że jesteś fajny, to będziesz starał się za wszelką cenę udowadniać wszystkim, że jednak jesteś. Bo gdy wiesz, że wszystko z tobą w porządku, to nie tracisz czasu na tłumaczenie tego innym.
Miałeś podczas pisania jakiś trudny moment? Trudne wspomnienie, które musiałeś przywołać?
– Nie. Pisanie w ogóle nie było w tym wszystkim najtrudniejsze. Trudnym momentem było przeczytanie książki rodzicom. A wcześniej trudny był dla mnie proces redagowania tego co napisałem. To dlatego, że wciąż zdarza mi się sądzić, że wiem lepiej. Bardzo utrudniałem z tego powodu pracę redaktorce książki.
Aleksandrze Zbroi.
– Tak. Czasem nie zgadzałem się z jej propozycjami i pojawiały się emocje. Elementem zaburzenia w postrzeganiu rzeczywistości – jako pochodnej nałogu – jest też czasem przekonanie, że i ktoś robi coś przeciwko mnie. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że uważam każdą gotową książkę za dzieło wspólne: autora i redaktora. Tak jak „Baśkę” stworzyłem z Martą Syrwid, tak „Mój pierwszy ostatni raz” jest dziełem moim i Oli, która pokazała mi podczas pracy kilka fajnych rozwiązań dotyczących narracji, na które bym sam nie wpadł. Jeśli jednak pytasz o trudne momenty, to jest nim na pewno także promocja. Napisanie tej książki jest sukcesem – przede wszystkim dlatego, że udało mi się ją skończyć. Nie miałem w życiu wielu takich rzeczy: zaledwie dwie poprzednie książki i kilka razy przebiegnięty półmaraton. Tylko teraz zamiast się z tego wszystkiego cieszyć mam więcej stresu który mi tę radość zabiera.
Nie było takiego momentu podczas pisania, że musiałeś przełamać w sobie wstyd?
– To działo się znacznie wcześniej – gdy podjąłem decyzję o leczeniu, co wiązało się z przyznaniem, że nie radzę sobie ze swoim życiem. Rubikon przekraczasz w momencie, gdy potrafisz przyznać, że po spożyciu alkoholu tracisz wpływ na swoje życie, gdy umiesz przyznać się do bezsilności. Tak, wtedy jest wstyd i trzeba go pokonać. To wstyd związany z przyznaniem, że spałem na ławce w parku, że wypijałem drinki ludziom. Teraz jestem w procesie trzeźwienia, chory na nieuleczalną chorobę. Tu nie ma miejsca na wstyd, a jedynie na prawdę, o której mówiliśmy.
Elementem tej prawdy jest pokazanie, że na tej drodze trzeźwienia można też upaść.
– Próbowałem nie pić setki, jak nie tysiące razy. Na tym polega ta choroba.
Przy całej tej prawdzie, jaką opisałeś, twoja książka jednak nie przytłacza. To zasługa dystansu jaki masz do samego siebie.
– Jednym z elementów mojej choroby jest to, żeby wszystko co trudne zaśmiać. To efekt nieradzenia sobie z otoczeniem. Pojawia się problem, trudne pytanie? Rzucę żartem, wygłupię się i załatwione. Dziś dystans, który dostrzegasz w książce, pozwala mi na zaczerpnięcie oddechu. Poza tym życie jest fajne, a najlepiej wiedzą to osoby nieuleczalnie chore, które nagle odnajdują w sobie radość rzeczy małych, z każdego kolejnego dnia. Owszem, zdemolowałem sobie połowę życia, ale w książce chciałem pokazać, że nawet jak przestajesz pić, to nadal twoje życie może być kolorowe. A nawet lepiej: bo odbierasz te kolory w pełni, bez filtra tej zakrzywionej rzeczywistości.
Mówiłeś o tym, że książka ma pomóc innym, być świadectwem. A co na co dzień pomaga tobie? Podróże?
– Podróże też są ucieczką, ale i tak, pomagają. Na początku wspominałem o mitingach – m.in o spikerskich i myślę, że to one są najważniejsze. Spotykasz się z ludźmi, których dobrze nie znasz, widzisz ich w końcu tylko raz czy dwa razy w tygodniu przez półtorej godziny, ale wiesz, że znajdziesz u zrozumienie, bez jakiejkolwiek oceny. Nie narzekam na to, co mam w domu. Mogę liczyć na wsparcie najbliższych: partnerki, rodziców, przyjaciół. I jestem za to bardzo wdzięczny, Ale najlepiej zrozumie alkoholika tylko drugi alkoholik.
A poza tym mam kilka straszaków – wspomnień, które przywołuję, gdy tracę z oczu świadomość choroby. A nie jest o to trudno. Zarówno zimą, gdy wszyscy wokół chodzą obrażeni, a dzień kończy się o 15.49, ale i wtedy, gdy zaczyna się wiosna, potem przychodzi lato, ludzie wylegają nad Wisłę z browarkiem, z prosecco, a do tego zewsząd atakują cię reklamy alkoholu. I po to jest mi ten straszak, o którym wiele nie będę mówił, ale jest na tyle silny, żeby przywołać mnie do pionu.
Na początku wspominałem o mitingach – m.in o spikerskich i myślę, że to one są najważniejsze. Spotykasz się z ludźmi, których dobrze nie znasz, widzisz ich w końcu tylko raz czy dwa razy w tygodniu przez półtorej godziny, ale wiesz, że znajdziesz u zrozumienie, bez jakiejkolwiek oceny. Nie narzekam na to, co mam w domu. Mogę liczyć na wsparcie najbliższych: partnerki, rodziców, przyjaciół. I jestem za to bardzo wdzięczny, Ale najlepiej zrozumie alkoholika tylko drugi alkoholik.
Przypomina mi się fragment z twojej książki, gdy będąc w Bangladeszu dostałeś drewniany tłuczek i aluminiową pokrywę, żeby robić hałas, którym odstraszysz tygrysy.
– To, o czym mówię, jest znacznie głośniejsze. Musi takie być, jeśli mam wytrwać do wieczora i nie myśleć o powrocie do choroby.
No właśnie: jak piszesz, i jak teraz mówisz, liczy się ten konkretny dzień. Nie snujesz dalekosiężnych planów.
– Myślę o tym, co będzie do momentu, gdy się dziś położę spać. Taki jest mój plan. Nawet moich podróży nie planuję. Owszem, kupuję bilet, i to z dużym wyprzedzeniem, ale muszę sobie ustawić w komórce przypomnienie, żeby nie zawalić. A to dlatego, że najważniejsze jest dla mnie skonstruowanie sobie bezpiecznego dnia, zadbanie m. in. o higienę snu, bo dzięki temu mam spokój ducha. Staram się nie angażować w coś, na co nie mam wpływu, unikam sytuacji, które wyzwalają zbędne emocje. Dlatego już prawie nie jeżdżę samochodem, bo stanie w korku… cóż, nie jestem w takich sytuacjach wzorem do naśladowania. Jeśli mam jakiś plan wykraczający poza to co dzisiaj, to dotyczący tego, co tworzę, czyli piszę.
Co piszesz?
– Mam rozpoczętą prozę, powieść, którą zacząłem tworzyć jeszcze przed „Moim pierwszym ostatnim razem”. Rzecz dotyczyć będzie pewnego przedmiotu, który bohater dostał w spadku, a całość przeniesie czytelnika przez lata i Europę. Mam nawet tytuł: „Największa nawałnica w dziejach Targówka Mieszkaniowego”.
Wojtek Friedmann – pisarz, podróżnik, fotograf i storyteller. Autor książek: „Baśka” (Wydałem, 2020) i „Przezabawny pies o imieniu Kolka” (Wielka Litera, 2023). W przeszłości – barman, kelner, kierowca, przedsiębiorca. Człowiek wielu zawodów. Obecnie – poszukuje siebie i swojej drogi. Świadomie nadrabia to, co stracił. Korzysta z najważniejszej rzeczy, którą ma – czasu.

