„Nikt nie woła” – książka, która na publikację czekała ponad trzy dekady – jest opowieścią o sile trwania, a może przetrwania: w postanowieniach, w miłości, ale może przede wszystkim przy życiu. W 101. Urodziny Józefa Hena pisze Przemysław Poznański.

Niechciany – taki nieformalny status przypisać można bohaterowi tej opowieści, siedemnastolatkowi, rzuconemu gdzieś do Uzbekistanu, uciekinierowi z objętej wojenną pożogą Warszawy. Gdy go poznajemy, Bogdan Bergen, Bożek, tuła się wraz z przyjacielem, Henrykiem, po bezdrożach – bosy, a przede wszystkim głodny głodem niewyobrażalnym, takim, który wymusza na towarzyszach wędrówki jedno jedyne postanowienie: nierozmawiania o jedzeniu, niewspominaniu o czymkolwiek, co by można zjeść, bo takie słowa potęgują ból, ale i wściekłość.
„Napluję im wszystkim w twarz” – wyrywa się Bożkowi w pierwszym zdaniu tej powieści? Komu? Wspomni ich pod koniec pierwszej części („Boso”), owych „łotrów, skurwysynów, wąchaczy fiołków”, wszystkich tych, którzy pośrednio lub bezpośrednio odpowiedzialni są za jego los, ale też za losy świata: decydentów, polityków i każdego z osobna, kto skazuje Bożka na tułaczkę bez wyraźnego celu i bez szansy na przetrwanie.
Do Andersa
Sam bohater cel ma: to dotarcie do armii Andersa – nie po to nawet, żeby walczyć, lecz po to, by dostać buty, a może przede wszystkim by dostać dokument potwierdzający, że istnieje. Nie będzie to proste: jest Polakiem, ale i Żydem. „Dlaczego pan nie przyjechał tu pod innym nazwiskiem? Mógł pan spokojnie podać lepsze nazwisko” – usłyszy w końcu, gdy dzięki wymyślonemu misternie fortelowi zostanie jednak dopuszczony przed wojskową komisję. „Ale ja mam już dość kłamstw” – odpowie.
To „dość” jest tu kluczowe – w chwili gdy Bożek otrzyma kategorię D (ze względu na pochodzenie, nie stan zdrowia), wyleje się z niego cała nagromadzona w nim frustracja, całe poczucie niesprawiedliwości, każda chwila, w której nie mógł być pewien tego, że dane mu będzie przeżyć kolejny dzień, a potem każdy kolejny i kolejny, w batalionie pracy w Angrenie pod Taszkientem, naznaczony ciężką fizyczną pracą, nagradzaną ośmiuset gramami chleba dziennie, za którą to porcję będzie prawdziwie wdzięczny.
„Trwanie jest już protestem”
„Przede wszystkim chcę zadośćuczynienia. Czarno na białym, że nie jestem ostatnim jełopem, ale kimś, kto cierpiał niesprawiedliwie. Dlatego muszę przeżyć. Zresztą samo trwanie jest już protestem” – powie bohater Hena w poruszającym monologu odzwierciedlającym być może jego życiowe motto. To przetrwanie, trwanie, uparte dążenie do celu wbrew wszelkim przeciwnościom jest wszak sednem tej opowieści o upadaniu i powstawaniu, o wierze w marzenia, o chwytaniu się nawet wróżb i każdej innej, nawet złudnej nadziei, a więc wszystkiego tego, co da siłę doczekania lepszych czasów.
Tak będzie też w części drugiej, zatytułowanej „W butach”, w najistotniejszym jej wątku, opowiadającym o uczuciu, jakie zrodzi się między Bożkiem a Leną, dziewczyną poznaną w Samarkandzie, gdzie bohater trafi do pracy. To uczucie rozwijać się będzie tak, jak wcześniej przebiegała wędrówka Bergena – powoli, od przeszkody do przeszkody, pod znakiem niepewności, w obliczu wyroków Historii, ale i zwykłych codziennych zdarzeń. Jeśli się zrodzi i jeśli przetrwa (z powieści się tego nie dowiadujemy, lecz jeśli uznać powieść za autofikcję, to zakończenie opowieści czerpać możemy z biografii autora), to także dzięki determinacji, dzięki nadziei.
Odwilż i po odwilży
W pewnym sensie ta opowieść o trwaniu w nadziei wbrew nadziei jest też udziałem samej powieści – książki, której część pierwszą Józef Hen napisał w roku 1956, licząc na publikację na fali odwilży po śmierci Stalina. Chciał jednak dopisać część drugą, co zajęło mu – jak się okazało – zbyt wiele cennego czasu: odwilż zdążyła się skończyć, a w raz z nią przymykanie oka na prozę ukazującą prawdę o Związku Radzieckim. Jak pisze autor w posłowiu, krytyk literacki Andrzej Stawar doradzał mu przeniesienie akcji do francuskiego obozu pod Algierem, gdyż miał świadomość, że w formie oryginalnej książka nie ma szansy na publikację w PRL-u.
Innym pomysłem było wydanie jej jako zwieńczenia tryptyku, niejako siłą rozpędu pod dwóch książkach, prequelach, które Hen szybko dopisał: „Przed wielką pauzą” (1966) i „Opór” (1967). Nie pomogło: „Wybuchł Marzec 1968, mowy już nie było o żadnej liberalnej decyzji, i to wobec książki mojego autorstwa” – wspomina pisarz. Wcześniej, w roku 1960, zdążył za to powstać film w reżyserii Kazimierza Kutza, będący luźną ekranizacją, przedstawiającą powojenną historię dezertera z podziemia niepodległościowego (Henryk Boukołowski), który próbuje się usadowić w poniemieckim mieście i przeżywa zauroczenie jedną z tamtejszych mieszkanek (Zofia Marcinkowska).
Dialog z przyszłością
Ostatecznie powieść „Nikt nie woła” ukazała się w 1990 roku, stając się bestsellerem i jedną z najbardziej znanych dziś powieści Józefa Hena, pisarza urodzonego dokładnie 101 lat temu, 8 listopada 1923 roku w Warszawie, w rodzinie Cukierów. Autora znanego czytelnikom też z tomu reportaży „Skromny chłopiec w haremie” (1957), powieści „Więzień i jasnowłosa” (1960), „Kwiecień” (1961), „Prawo i pięść” (wcześniej „Toast”, 1964), „Yokohama” (1964), „Crimen” (1975), opublikowanych pod pseudonimem Korab opowiadań „Western”, „Oko Dajana” i „Bliźniak” oraz biografii „Ja, Michał z Montaigne”, „Błazen – wielki mąż” (1998) o działalności Tadeusza Boya-Żeleńskiego, „Mój przyjaciel król” (2003), a także książki „Ja, deprawator” (2018).
W „Nie boję się bezsennych nocy…” pisał: „Każde pisarstwo staje się próbą dialogu z przyszłością. Chcesz czy nie, rozmawiasz z pokoleniami jeszcze nie narodzonymi. Mogą oczywiście po twoją książkę nie sięgnąć, ale nie jest wykluczone, że sięgną. Więc rozmawiasz z ludźmi, o których pojęcia nie masz, jacy są. Dialog z Zagadką!”.
Józef Hen, Nikt nie woła
Korzystałem z wydania:
Wydawnictwo MG, 17 maja 2023
ISBN: 9788377799055
Strength of (Sur)vive | “Nikt nie woła” (No One Cries) – a book that has waited more than three decades for publication – is a story about the power of persistence, or perhaps survival: in resolutions, in love, but perhaps most importantly in living. On Józef Hen’s 101st birthday, Przemyslaw Poznanski writes.

