Ruszyła przedsprzedaż tomu „Sny umarłych 2024. Polski rocznik weird fiction”. Z tej okazji publikujemy wstęp do książki, napisany przez Wojciecha Gunię, pisarza, redaktora prowadzącego antologię.

Pomysł, by Sny umarłych skierować na tory zmagań z określonym z góry tematem („historia” w edycji 2023) albo eksploracji pograniczy z innymi konwencjami literackimi, dość szybko przyniósł próbę karkołomną. Czy mogą bowiem istnieć konwencje bardziej do siebie niepasujące niż weird fiction i fantastyka naukowa?
I tak, i nie.
Związek weird fiction i science fiction można określić jako aporetyczny. Z pewnością różnić te dwie konwencje będą się w samych rdzeniach, u korzeni: jedna wszak oparta jest na podszeptach irracjonalnych, na tych wszystkich dziwacznych głosach z głębi ducha lub nadciągających z jakiegoś innego świata o mistycznej proweniencji, druga zaś dumnie podkreśla swój rodowód wywiedziony ze scjentyzmu i twardego racjonalizmu, w którym nie celebruje się rzeczy skrytych w cieniu (przyszłości, kosmosu, głębi oceanicznej), ale usiłuje rzucić na nie ostre światło metody naukowej.
Punkty wspólne konwencji
Próba połączenia tych dwóch paradygmatów wydaje się zmierzać wprost ku katastrofie. Kiedy metafizyczne i mistyczne intuicje ubiera się na kartach literatury fantastycznej w szaty usystematyzowanej nauki, rezultat na ogół bywa rozczarowujący. To właśnie wtedy – w skrajnych, najgorszych przypadkach – mają szansę powstać wszelkie pseudonaukowe pop-systemy magiczne, mówiące precyzyjnie, ile księżycowego pyłu należy odmierzyć i jakiej długości motylą nogę wrzucić do próbówki, by otrzymać eliksir mogący zmienić człowieka w trytona, albo pod jakim kątem trzeba trzymać magiczną różdżkę, aby poraziła przeciwnika ognistą kulą. Zestawienie dwóch skrajnych porządków w taki sposób obydwa się ze szkodą dla obydwu: trywializuje je i czyni infantylnymi. Celem tej antologii, choć weird fiction często eksploruje tematy eschatologiczne i apokaliptyczne, nie było jednakże doprowadzenie do żadnej katastrofy, a już na pewno nie do katastrofy literackiej. Aby do tego nie dopuścić i z zadanego tematu – mariażu weird fiction i science fiction – wyjść obronną ręką, należało zastanowić się nad punktami stycznymi, w których te skrajne konwencje okazują się dochodzić do podobnych rezultatów i zaczynają eksplorować podobne obszary.
Pierwszym takim obszarem z pewnością jest poznanie. Zarówno twarda fantastyka naukowa w paradygmacie – dla jasności kontekstu przyjmijmy – Lemowskim, jak i Lovecraftowskie weird fiction, mimo wszelkich różnic między nimi, mówią jednym głosem na temat możliwości poznania przez człowieka tajemnic świata. Możliwości te określają wprost jako mierne, sytuując człowieka w miejscu, w którym jego wiedza o świecie okazuje się w jednym wypadku zlepkiem przypuszczeń wywiedzionych z niepełnych przesłanek, w drugim zaś – banieczką urojeń podtrzymywanych jedynie po to, aby homo sapiens nie stoczył się w otchłań obłędu, przytłoczony prawdziwą naturą rzeczywistości.
Obszary wspólne
Pod względem epistemologicznym zarówno weird fiction, jak i Lemowskie science fiction są skrajnie pesymistyczne, używają jedynie różnych słowników i wychodzą od innych zestawów narzędzi fabularnych, by opowiedzieć o identycznej konkluzji: człowiek narzędziami poznania jedynie „próbuje rozszerzyć Ziemię do granic kosmosu”. Tylko od zawartości komponentu grozy zależy, czy te próby kończą się po prostu porażką, czy katastrofalną porażką i zgubą. Innej możliwości nie ma: rzeczywistość, jej prawdziwa natura, na zawsze pozostanie dla istoty ludzkiej źródłowo niedostępna. Ani jej nie okiełzna, ani nie zmierzy, ani nawet nie zrozumie.
Drugim obszarem wspólnym – do którego ścieżka prowadzi zresztą wprost z pierwszego – jest niesamowitość. Różne słowa na nią są stosowane w nomenklaturze humanistycznej – Das Unheimliche / uncanny, weird, eerie; wszystkie te określenia, mimo subtelnych różnic semantycznych, krążą natomiast wokół zjawiska lęku i dyskomfortu wywołanego przez dysonans poznawczy, gdy rzeczywistość znana i oswojona ukazuje swoje inne oblicze, gdy do tej pory pewny grunt okazuje się grząski, a prosta ścieżka zaczyna się wić i skręcać w ciemny las.
Bolesne tarcie między oczekiwaniami a światem, dla którego nie mają one znaczenia
Dla fantastyki grozy operowanie niesamowitością jest czymś zupełnie naturalnym, przemieszczenia znaczeń i funkcji w sferze ontologicznej niejako konstytuują tę konwencję. Ciało, które jest martwe, porusza się, w dodatku odczuwa głód. Człowiek, o którym zwykliśmy myśleć, że posiada podmiotowość, zostaje jej pozbawiony; znajduje się we władzy czegoś innego. To, co powinno nas bawić, służyć naszej uciesze – jak klaun – z istoty podrzędnej, funkcyjnej, przeistacza się w drapieżnika. I tak dalej: praktycznie każde źródło zgrozy w tego rodzaju literaturze bierze się z jakiegoś przemieszczenia.
O ile powodem tego przemieszczenia w horrorze jest zawsze złamanie jakiegoś tabu – horror jest bezwzględnie konserwatywny – o tyle w weird fiction przemieszczenia następują nie dlatego, że została naruszona jakaś norma, ale dlatego, że norma, rozumiana jako umowa społeczna czy kulturowa, jest irrelewantna w świecie poza- i ponadludzkim. A to właśnie ten świat ustanawia reguły gry, nie nasz. W tym kontekście niesamowitość jest bolesnym tarciem między naszymi oczekiwaniami i potrzebami, między naszą projekcją ładu a światem, dla którego nasze oczekiwania i wyobrażony ład nie mają najmniejszego znaczenia, do którego istoty owe oczekiwania i ład w ogóle się nie odnoszą. Wielcy Przedwieczni za nic mają ludzką naukę i rozum; niesamowity koszmar, który zsyłają, to żadne zło w ludzkim rozumieniu; to jedynie prawda, która nijak nie pasuje do zbudowanych przez człowieka modeli i dalece wykracza poza jego możliwości.
Na przykładzie Powrotu z gwiazd
Tajemnice kosmosu z literatury science fiction idą tu w sukurs kosmicznej zgrozie weirdu, uwalniając często dokładnie te same mechanizmy. Kiedy Hal Bregg w Powrocie z gwiazd Lema wspomina traumatyzujące przeżycia podczas misji, w pamięć zapada szczególnie historia poszukiwania zaginionego towarzysza, który utknął na wyjątkowo pylistym obiekcie, wzbudzając silnikami hamującymi pojazdu tumany pyłu, niemogącego opaść ze względu na bardzo niską grawitację. Bregg odnajduje w końcu nieszczęśnika, ale ten – poddany w skafandrze, w nieprzeniknionej ciemności, najprawdziwszej deprywacji sensorycznej – jest już „po drugiej stronie” rozumu; zaczyna wierzyć, że nie żyje, znajduje się w jakimś limbo i słysząc Bregga, sam rozmawia z umarłym. Bregg, by wydostać rozbitka z matni, postanawia podjąć tę grę i przyznaje, że istotnie zginął. Ale umysł towarzysza podróży, pogrążony w wyzwolonej traumą psychozie, brnie dalej, aż w końcu rozmowa wymyka się spod kontroli bohatera i dochodzi do przerażającej erupcji przemocy; w konsekwencji Bregg ledwie uchodzi z życiem i nie udaje mu się ocalić zaginionego.
Ta scena jest majstersztykiem zarówno science fiction, zgłębiającego temat fundamentalnej wrogości kosmosu, czy też raczej nieprzystosowania człowieka do tak trudnego i nieprzewidywalnego środowiska (Bregg i członkowie jego załogi wykazują jak jeden mąż syndromy PTSD), jak i czysto weirdowego suspensu, wirtuozersko rozgrywającego przemieszczenie żywy-martwy, właściwe horrorowi, tyle że à rebours: źródłem dyskomfortu i napięcia podczas lektury tej sceny jest przemieszczenie na linii żywe-umarłe, ale o przeciwnym wektorze niż w typowej fantastyce grozy: to nie martwe, które jest ożywione, nas przeraża, ale żywe, które uważa się za umarłe, w dodatku osadzone w przestrzeni liminalnej, niemogącej stanowić żadnego podparcia dla rzeczywistego statusu ontologicznego bytu, który w niej przebywa.
Na przykładzie Ślepowidzenia
Psychologia zna oczywiście taką jednostkę i nadała jej nawet nazwę, jak to zwykle bywa na cześć człowieka, który jako pierwszy ją opisał (diagności chorób przechodzą do historii w naprawdę paskudny sposób): zespół Cotarda, zwany „syndromem chodzącego trupa” albo „urojeniem negacyjnym”, opisany przez francuskiego neurologa Julesa Cotarda w 1882 r. Wiele lat po Lemie do zespołu Cotarda wrócił Peter Watts w ociekającym psychologiczną niesamowitością Ślepowidzeniu, wykorzystującym jako jedno z głównych źródeł jedną z filozoficznych „biblii” współczesnego weird fiction, czyli Being no one Thomasa Metzingera, niemieckiego filozofa specjalizującego się w filozofii umysłu i neuronauce.
Watts w Ślepowidzeniu włącza do arsenału twardej fantastyki naukowej niesamowitość, by opowiedzieć o ultymatywnym lęku tożsamościowym: nieistnieniu bądź unicestwieniu osoby, czyli robi praktycznie to samo, tylko że w nieco inny sposób, co Thomas Ligotti uczynił w opowiadaniu Cień, ciemność ze zbioru Teatro Grottesco. Dla fantastyki grozy istnieją dwa fundamenty lękowe, będące awersem i rewersem lęku przed śmiercią: lęk przed dezintegracją ciała (ochoczo wykorzystywany w estetyce gore lub body horrorze) oraz lęk przed dezintegracją jaźni. W przypadku Ślepowidzenia, które jest wszak wzorową powieścią hard sf, wzięcie na tapet przy pomocy metod naukowych lęku przed unicestwieniem podmiotowości okazuje się zmierzać w stronę nastroju i konkluzji właściwych weird fiction: pojęcia jaźni i osobowości, jako jedne z elementów modelu stworzonego przez człowieka na opisanie rzeczywistości (bo przecież człowiek nie jest jedynie obserwatorem, ale też uczestnikiem – próbując opisać rzeczywistość, nie znajduje się na zewnątrz niej, ale w niej uczestniczy, jako jeden z jej elementów), okazują się iluzoryczne.
Jest to w jakimś sensie ultymatywna konkluzja, do jakiej może dojść tego rodzaju literatura. Nie można zejść głębiej w negację, jeśli ostatnia ostoja iluzji ładu, jakim jest ludzka jaźń, okazuje się jedynie jeszcze jedną częścią tej samopodtrzymującej się iluzji.
„Zagrać w jednej orkiestrze”
W tym sensie weird fiction i science fiction, choć to konwencje krańcowo odmienne, mogą z powodzeniem „zagrać w jednej orkiestrze” i w tym sensie ich związek jest aporetyczny: mimo że przyjęte metody, środki i literackie cele sytuują je w zbiorach rozłącznych, między którymi zdaje się nie być punktów wspólnych, w pewnych szczególnych okolicznościach zaczynają nadawać na jednej długości fali, która – jak to wynika z fizyki zaburzeń pola elektromagnetycznego – nie ulega wytłumieniu w przeciwfazie, ale wzmocnieniu.
Opowiadania z niniejszego zbioru nie zawsze oscylują wokół tak ciężkich tematów – gdyby tak było, byłoby męcząco i nudno – ale zawsze starają się trzymać balans między użyciem narzędzi sf do opowiedzenia poznawczego zagubienia i wzbudzenia odczucia niesamowitości, nieodzownej w świecie, którego w gruncie rzeczy nie można pojąć i oswoić, a wszelkie konstrukty społeczne i cywilizacyjne, zakorzenione w ideach moralnych i roszczące sobie prawo do bycia zarówno uniwersalnym opisem, jak i narzędziem modelowania rzeczywistości, są siłą rzeczy oparte na fałszywych założeniach.
I to oczywiście może doprowadzić wyłącznie do katastrofy, ale wam może dać dużo dobrej, pożywnej rozrywki wzbudzającej dreszcze niepokoju. Czego wam oczywiście życzę na czas lektury.
Śródtytuły pochodzą od redakcji

