„Nie znacie się na nim. To wielki poeta” – przekonywał Zygmunt Krasiński. Marszałek Piłsudski nazywał go równym królom. 215 lat temu urodził się Juliusz Słowacki, jeden z wieszczów narodowych, autor „Balladyny”, „Podróży do Ziemi Świętej z Neapolu”, „Króla-Ducha”.

„Powiadam wam” – krzyknął z taką mocą, że jego słowa powróciły do niego echem odbitym od ścian. „Powiadam wam, że nastał nowy wiek, wiek świętej anarchii” – grzmiał, patrząc w twarze członków Komitetu Narodowego. Mierosławskiego… Libelta… Czy go słuchali? Chyba nie. „Gotują się na powstanie — / Pobłogosław Panie Boże, / Tak jako kaczki za morze / Wybierają się — na wroga / Już! już! vivat Poznańczanie!” – kpił potem z nieudanego zrywu wielkopolskiego 1848 roku, de facto wyśmiewając (nadmierną jego zdaniem) zapobiegliwość: „Potrzeba pierwej, mospanie, / Obliczyć wielu nas stanie / I na koniach i bez koni, / I trzeba zakupić broni / I haj! vivat Poznańczanie!” A przecież mimo trawiącej go śmiertelnej choroby przybył do nich specjalnie z Paryża, przez Berlin, by zagrzewać do walki. Zamieszkał przy Świętym Marcinie, potem na Piekarach, bywał, rozmawiał, zachęcał, nawoływał. Na próżno.
Ale nie ma tego złego. Co prawda policja pruska za zbytni propolski entuzjazm aresztuje go i wydali z miasta, nakazując powrót do Francji, ale przecież dzięki temu może spotkać się we Wrocławiu z matką, której nie widział od prawie dwudziestu lat. I także wtedy, pod wpływem negatywnego stosunku papieży do polskich powstań (Grzegorz XVI w encyklice „Cum primum” potępił powstanie listopadowe) i informacji o rejteradzie Piusa IX z ogarniętego rewolucją Rzymu, napisze podczas podróży z Poznania: „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza / W ogromny dzwon, / Dla słowiańskiego oto papieża / Otworzył tron. // Ten przed mieczami tak nie uciecze / Jako ten Włoch, / On śmiało, jak Bóg, pójdzie na miecze; / Świat mu — to proch!”. Sto trzydzieści lat później ten poemat będzie na ustach wszystkich Polaków. To kolejny przykład, że Juliusz Słowacki, jeden z trzech Wieszczów Narodowych, doceniany bywał najczęściej po czasie.
Pojedynek z Mickiewiczem (którego nie było)
Juliusz Słowacki urodził się 4 września 1809 roku w Krzemieńcu w południowo-wschodniej części dawnej Rzeczypospolitej, wtedy w zaborze rosyjskim. Był synem Euzebiusza Słowackiego, profesora literatury w Liceum Krzemienieckim i Cesarskim Uniwersytecie Wileńskim, oraz Salomei z Januszewskich. Gdy jego ojciec zmarł, matka wyszła po raz drugi za mąż, za lekarza Augusta Bécu. To postać, która dla Juliusza będzie na tyle ważna, że gdy Mickiewicz znieważy go w „Dziadach”, pasierb napisze matce w liście jakiś czas później, że gotów był wyzwać autora „Pana Tadeusza” na pojedynek. Może nie mógł mu wybaczyć, że zakpił z osoby, którą przecież dobrze znał, bo wiele lat wcześniej gościł w ich domu podczas spotkań nieformalnego salonu literackiego, prowadzonego przez matkę Juliusza? Do konfrontacji jednak nie dochodzi, ale od tej chwili Słowacki widzi w Mickiewiczu swojego głównego rywala – przede wszystkim na polu poezji.
W połowie lutego 1829 roku, a więc w wieku dwudziestu lat, Słowacki wyjeżdża do Warszawy, gdzie obejmuje posadę aplikanta w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Rok później w roczniku „Melitele” debiutuje anonimowo powieścią poetycką „Hugo”. Po wybuchu powstania listopadowego – jako uznany za niezdolnego do służby z bronią w ręku – podejmuje na początku 1831 roku pracę w powstańczym Biurze Dyplomatycznym księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. To w ramach tej służby wyruszy z pilnymi listami do polskich przedstawicieli w Paryżu i – specjalnie wynajętym statkiem z Calais – do Londynu przez Dover.
Bo ja stworzony jestem do życia mnisiego… i licznych spotkań towarzyskich

Miesiąc później wróci do Paryża, decydując się na emigrację. Jest rentierem. Początkowo żyje z pieniędzy przysyłanych przez matkę, potem, około roku 1839, zaczyna otrzymywane pieniądze pomnażać, umiejętnie inwestując na paryskiej giełdzie, m. in. w akcje kolei lyońskiej. To pozwoli mu zyskać niezależność finansową. We Francji ukazują się jego pierwsze tomy „Poezji”, zawierające m. in. utwory „Jan Bielecki”, „Maria Stuart” i „Żmija”. Rok później jednak Paryż mu brzydnie. Nie przepada za stosunkami panującymi wśród polskiej emigracji, a czarę goryczy przepełniają „Dziady, część III”, w których Mickiewicz Augusta Bécu ukazuje w negatywnym świetle jako Doktora.
W owym czasie jednak decyzję o opuszczeniu Francji i przeniesieniu się do Szwajcarii uzasadnia matce śmiertelną chorobą przyjaciela, którego agonii nie chce oglądać. I dodaje: „Może na wiosnę znajdę sobie gdzie mieszkanie nad Jeziorem Genewskim, w jakim wiejskim domku – i tam oddam się rozmyślaniom nad marnościami światowymi – bo ja stworzony jestem do życia mnisiego – spokojnego – i w najnudniejszych miastach tworzę sobie samotność – ale nudną – przerywaną hukiem powozów, rozmową nudnych znajomych – więc nie obwiniaj mnie, Matko, że cichszej samotności szukać będę”. Osiada w Pâquis na przedmieściach Genewy. Spędzony tam czas poświęca na pisanie, pobyty w bibliotekach, wycieczki łodzią po jeziorze i… liczne spotkania towarzyskie.
„Przez tęczę szybko przeleci i błyśnie”

Nad Jeziorem Genewskim napisze trzeci tom „Poezji”, a także „Kordiana” (Kordian: Część pierwsza trylogii. Spisek koronacyjny), dramat romantyczny, opisujący historię nieudanego spisku na życie cara Mikołaja I. Główny bohater, tytułowy Kordian, ze względu na wewnętrzną słabość nie jest w stanie dokonać zamachu i car uchodzi z życiem. Kordian (imię znaczące dosłownie: dający serce, wymyślone przez poetę) ma wszystkie cechy charakterystyczne dla romantyka: targają nim zarówno rozterki świadomości, jak i rozterki egzystencjalne, nie może odnaleźć swojego miejsca w rzeczywistości, przeżywa nieszczęśliwą miłość do Laury, która skazała go na samotność, a wskazówki przyjmuje od szatana, co doprowadza go na skraj upadku.
Życie „mnisie”, o którym pisał do matki, nie będzie mu dane. Już w 1834 wraz z polską rodziną Wodzińskich wyruszy na wyprawę w Alpy, przez jezioro do Villeneuve i dalej w górę doliny Rodanu. Na mułach pokona góry, przez jeziora dopłynie statkiem do kaskady Giessbach. Stąd ponownie ruszy przez góry, przez Grindelwald i masyw Gotharda, a potem do Jeziora Czterech Kantonów z kapliczką Wilhelma Tella. Powróci przez Lucernę i Berno do Genewy. Ta wyprawa zaowocuje wierszami i poematem miłosny „W Szwajcarii”.
W szwajcarskich górach jest jedna kaskada,
Gdzie Aar wody błękitnymi spada.
Pozwól tam spojrzeć zawróconej głowie.
Widzisz tę tęczę na burzy w parowie?
Na mgłach srebrzystych cała się rozwiesza,
Nic ją nie zburzy i nic ją nie zmiesza;
A czasem tylko jakie białe jagnię
Przez tęczę idzie na skraju doliny
Szczypać kwitnące róże i leszczyny;
Lub jaki gołąb, co wody zapragnie
Jakby się blaskiem pochwalić umyślnie,
Przez tęczę szybko przeleci i błyśnie.
Tam ją ujrzałem! i wnet rozkochany,
Że z tęczy wyszła i z potoku piany,
Wierzyć zacząłem i wierzę do końca;
Tak jasną była od promieni słońca!
[W Szwajcarii, II]
„…archaniele wiary! Coś przyszedł robić z moim sercem czary”
W lutym 1836 Słowacki opuści jednak Szwajcarię, by udać się do Marsylii, a stamtąd parowcem przez morze do włoskiego Livorno, skąd dyliżansem przez Civitavecchia dotrze Rzymu. To wtedy nawiąże zażyłą przyjaźń z Zygmuntem Krasińskim, który stanie się pierwszym wnikliwym krytykiem jego twórczości. Czy poetów łączyło coś więcej niż przyjaźń, jak czytamy w książce Marty Justyny Nowickiej „Słowacki. Wychodzenie z szafy”? Autorka odbrązawiającej poetę biografii podkreśla, że we Włoszech mieszka on razem z Teofilem, bratem swojej matki i prowadzi bardzo uporządkowany styl życia.
Ale gdy poznaje Krasińskiego, zaczyna znikać z domu i wraca tak późno, że trzeba budzić portiera, by go wpuścił. Sam tak pisze o tym do matki: „Znowu nas portier ganiał” i dodaje, że z Zygmuntem zachowują się jak szaleńcy. W końcu relacje z wujem się psują do tego stopnia, że poeta musi się wyprowadzić. W liście do matki napisanym po spotkaniu poetów w rzymskiej Willi Róż, Juliusz dużo opowiada o Zygmuncie. Zwierza się, że powietrze włoskie dziwnie działa na jego zmysły; że czuje teraz „tysiąc zachceń, tysiąc wielkich podlotów do nieba”. Faktem jest, że w 1837 roku, gdy Krasińskiwyjedzie, Słowacki napisze do matki: „Żal mi, że nie mam tu Zygmunta, którego towarzystwo w Rzymie miało dla mnie, umysłowie mówiąc, lekarskie, uzdrawiające skutki”. A dla samego Kraszewskiego napisze na pożegnanie wiersz:
Żegnaj, o żegnaj, archaniele wiary!
Coś przyszedł robić z moim sercem czary,
Coś w łzy zamienił jego krew czerwoną,
Wyrwał je z piersi, wziął we własne łono,
Ogrzał, oświetlił, by nie poszło w trumnę,
Ani spokojne mniej, ani mniej dumne...
Więc gdzieś daleko, u boskiego celu,
Chwała dla ciebie, o serc wskrzesicielu,
A dla mnie pokój, dla ducha i kości,
Bo tym obojgu trzeba – spokojności...
Lecz jeśli ducha nadchodzą morderce?
Lecz jeśli walka jest? – dałeś mi serce!
[Do Zygmunta]
„Jak mało malin! a jakie czerwone”

Krasickiemu (jako Irydionowi) zadedykuje Słowacki „Balladynę”, opublikowaną w Paryżu w 1839 roku. Dramat miał być prawdopodobnie jedną z sześciu części planowanego przez Słowackiego cyklu kronik o bajecznych dziejach narodu (kontynuację zamysłu stanowiła „Lilla Weneda”). To opowieść o żądzy władzy i o dojrzewaniu do zbrodni. Balladyna i Alina to siostry, mieszkające wraz z matką w ubogiej chacie w lesie. Pewnego dnia przyjeżdża do nich bogaty hrabia Kirkor, wiedziony tam przez sługę nimfy Goplany, Skierkę. Ten ostatni sprawia, że hrabia zakochuje się w obu siostrach. Żeby zdobyć męża, dziewczęta współzawodniczą w zbieraniu malin. Ta z sióstr, która pierwsza zbierze pełny dzbanek, ma wziąć Kirkora za męża. Gdy okazuje się, że Alina wygrywa, Balladyna zabija ją nożem.
ALINA
Ach pełno malin — a jakie różowe!
A na nich perły rosy kryształowe.
Usta Kirkora takie koralowe
Jak te maliny… Fijołeczki świeże,
Wzdychacie próżno, bo ja nie mam czasu
Zrywać fijołków — bo siostrzyczka zbierze
Dzban pełny malin i powróci z lasu,
I weźmie męża; a ja z fijołkami
Zostanę panną… Choćbyście wy były,
Fijołki moje, złotymi różami,
Wolę maliny.
[…]
BALLADYNA
Jak mało malin! a jakie czerwone
By krew. — Jak mało — w którą pójdę stronę?
Nie wiem… A niebo jakie zapalone
Jak krew… Czemu ty, słońce, wschodzisz krwawo?
Noc wolę ciemną niż taki poranek…
[…]
[Balladyna]
Tuż po ślubie z Balladyną Kirkor wyjeżdża pod Gniezno, by odzyskać tron dla prawowitego króla, Popiela III, który został wygnany ze swego pałacu i mieszka w lesie jako pustelnik. Sieć intryg, pleciona przez Balladynę sprawia, że ostatecznie to ona zasiada na tronie, gdy Kirkor ginie na polu walki. Jako władczyni musi stać się sędzią w sprawach poddanych. Tak się jednak składa, że w rzeczywistości sądzi samą siebie. I ponosi zasłużoną karę.
„Smutno mi, Boże”

Z Rzymu wyjeżdża Juliusz Słowacki do Neapolu, a stamtąd do Sorrento. Od sierpnia 1836 do czerwca 1837 roku podróżuje po Grecji, Egipcie, Palestynie i Syrii. Po czym zatrzymuje się we Florencji, nawiązując znajomość z księżną Karoliną, córką Józefa Bonapartego. Tak napisze o tym do matki: „Zwiedziłem Grecję, Egipt, Syrię, Palestynę i przybyłem do miasta portowego Bayrout, skąd ruszę prosto do Włoch; czekam tylko, aż piękny czas nadejdzie, podróż morską zupełnie bezpieczną uczyni. Więc przez miesiąc lub dwa zamierzam udać się do klasztoru Betchesz-Ban. Tam będę pędził życie samotne, do szwajcarskiego podobne – towarzystwem moim będą zakonnicy ormiańscy i jeden malarz Rzymianin, który do kościoła maluje obrazy. Miejsce, które obrałem na odpoczynek, jest jedno z najładniejszych w Syrii”.
To z tego okresu pochodzą takie utwory jak „Hymn o zachodzie słońca na morzu” (1836), „Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu”, a w niej słynny „Grób Agamemnona” (1936-39), czy „Rozmowa z piramidami”.
Smutno mi, Boże! Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą;
Przede mną gasisz w lazurowej wodzie
Gwiazdę ognistą…
Choć mi tak niebo Ty złocisz i morze,
Smutno mi, Boże!
Jak puste kłosy z podniesioną głową,
Stoję rozkoszy próżen i dosytu…
Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,
Ciszę błękitu.
Ale przed Tobą głąb serca otworzę:
Smutno mi, Boże!
[…]
[Hymn o zachodzie słońca na morzu]
O gladiatory, wydarci ludowi
W godzinie zgonu i mrący na słomie!
Idę powiedzieć o was Chrystusowi
Pod Jego krzyżem, w Jego męki domie;
Idę zapytać głośno w Oliwecie,
Gdzie się zbudzicie i zmartwychwstaniecie?
[…]
[Podróż z Ziemi Świętej do Neapolu]
W klasztorze Betcheszban

We wspomnianym przez poetę ormiańskim klasztorze zwanym „Betcheszban” powstaje „Anhelli”, poemat Słowackiego będący pesymistyczną prognozą przyszłości polskiej emigracji i jej walki o niepodległość Polski. Utwór uznaje się za poetycką replikę na „Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” Adama Mickiewicza. Utwór zostaje ostatecznie zredagowany we Florencji, a wydany w 1838 w Paryżu. Jego głównym wątkiem jest wędrówka, którą odbywa tytułowy bohater, młodzieniec o imieniu Anhelli, wraz ze swym przewodnikiem po krainie Sybiru – Szamanem. Syberia staje się tutaj „białym piekłem” polskich zesłańców, miejscem fizycznej kaźni i duchowego upadku. Sama wędrówka przypomina podróż po piekle Dantego u boku Wergiliusza.
W 1939 roku Słowacki napisze „Mazepę. Tragedię w pięciu aktach”. Głównym bohaterem dramatu jest młody Iwan Mazepa, paź i dworzanin królewski – przyszły hetman kozacki. Akcja toczy się w XVII wieku na zamku wojewody, którego odwiedza król Jan II Kazimierz Waza wraz ze świtą. Rok później Słowacki zacznie pisać „Beniowskiego”, poemat dygresyjny. Treść utworu dotyczy wydarzeń podczas konfederacji barskiej, na tle walki z Rosjanami i zbuntowanymi chłopami ruskimi, mającej miejsce na terenie kresowych województw Rzeczypospolitej. Akcja utworu opowiada o podróżach i losach szlachcica Maurycego Beniowskiego.
„Więc choć się spęka świat i zadrży słońce”
O kolejnym dramacie w liście do matki Słowacki napisze, że należy on do trzech utworów (obok „Księcia niezłomnego” Pedro Calderóna, który to tekst Słowacki przetłumaczył, i „Snu srebrnego Salomei”), które czytałby przed Chrystusem. „Ksiądz Marek” (1834) to dramat mistyczny, którego akcję oparł poeta na wątku upadku Baru podczas konfederacji barskiej w 1768 roku. Postać tytułowego bohatera wiąże się z autentyczną osobą karmelity Marka Jandołowicza, jednak Słowacki podnosi tu postać ks. Marka do rangi symbolu, uśmiercając postać podczas konfederacji, choć jej pierwowzór zmarł dopiero w 1799 roku. Najbardziej popularna z całego utworu stała się Pieśń konfederatów („Nigdy z królami nie będziem w aliansach”) z I aktu, będąca parafrazą oryginalnej „Pieśni Konfederatów Barskich”.
Nigdy z królami nie będziem w aliansach
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi
Bo u Chrystusa my na ordynansach
Słudzy Maryi
Więc choć się spęka świat i zadrży słońce
Chociaż się chmury i morza nasrożą
Choćby na smokach wojska latające
Nas nie zatrwożą
Bóg naszych ojców i dziś jest nad nami
Więc nie dopuści upaść w żadnej klęsce
Wszak póki On był z naszymi ojcami
Byli zwycięzce
[…]
„Sen srebrny Salomei”

Z kolei „Sen srebrny Salomei” (1834) to dramat, nawiązujący tematycznie do – inspirowanego prawdopodobnie przez Rosję – bunt chłopskiego zwanego koliszczyzną. Jego głównymi uczestnikami było chłopstwo ruskie i Kozacy, którzy w czerwcu i lipcu 1768 dokonywali masowych mordów na polskiej szlachcie, Żydach i duchowieństwie katolickim. Główny wątek dramatu stanowi historia miłości Leona i Salomei, zagrożonej planami Regimentarza Stempowskiego, dążącego właśnie do stłumienia koliszczyzny. Stempowski planuje ożenić swojego syna Leona z przebywającą w jego zamku Księżniczką Wiśniowiecką.
Zawarte w dramacie rozważania związane są z tzw. towiańszczyzną. Chodzi o pogląd Andrzeja Towiańskiego na życie człowieka. Towiańczycy uważali, że główną drogą człowieka do zbawienia jest postępowanie zgodnie z określonym dla niego przez Boga przeznaczeniem. Towiański dopuszczał też możliwość wędrówki dusz. Ludzi, którzy nie przyjęli swojego przeznaczenia, miała czekać kara jeszcze za ich życia, co ważne, z ręki dowolnych osób wybranych do tego przez Boga (Polaków miała karać Rosja, choć sama była winna większych zbrodni). Słowacki nawet w 1848 roku wstąpił do założonego z inicjatywy Towiańskiego Koła Sprawy Bożej, do którego zresztą należał też Mickiewicz, ale wkrótce potem demonstracyjnie opuścił to towarzystwo nie zgadzając się z panującymi tam zasadami i spolegliwą postawą wobec Rosji.
„Genrezis z Ducja”, „Król-Duch”, filozofia genezejska

Latem 1843 rok, a także rok później, Słowacki przebywa w kurorcie Pornic nad Atlantykiem. To tam napisze „Genezis z Ducha. Modlitwa” – poemat prozą, modlitewny monolog, w którym narrator występuje jednocześnie w rolach ducha opowiadającego o swojej przeszłości oraz ducha przedstawiającego historię świata. Dzieło to wprowadza system filozoficzny Słowackiego, który będzie miał widoczny wpływ na jego twórczość w ostatniej dekadzie życia. Chodzi o filozofię genezyjską.
Jej nazwa pochodzi od greckiego γένεσις czyli „źródło”, „początek” i sprowadza się do przekonania, że każdy byt ziemski podzielony jest na dwie warstwy: materialną (cielesną) i duchową, przy czym materia pełni funkcję służebną – jest instrumentem, z którego byt musi się uwolnić, by zyskać nową jakość egzystencji i świadomości. Potrzebne jest do tego jednak złożenie bolesnej ofiary z własnego życia, stąd odwieczny konflikt człowieka między światem duszy a cielesnością. Charakter genezyjski mają wszystkie późniejsze dzieła Słowackiego, w tym „Król-Duch” – poemat historiozoficzny napisany w latach 1845-49, istniejący w wielu wersjach rękopiśmiennych, tworzony przez poetę do końca życia i nigdy niedokończony. Jego pierwsza część zostaje wydana w 1847 roku w Paryżu jako „Król-Duch Rapsod I”, ale nie stanowi spójnej całości.
„Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę”

Chory na gruźlicę Słowacki wyruszy w 1848 roku do Poznania, by wziąć udział w powstaniu. Rok później, 3 kwietnia 1849 roku umiera na gruźlicę. Zostaje pochowany na paryskim Cmentarzu Montmartre, ale w pierwszych latach XX wieku postanowiono jego prochy przenieść do Krakowa i złożyć w podziemiach katedry wawelskiej, jednak sprzeciwił się temu kardynał Jan Duklan Puzyna, biskup krakowski.
Dopiero więc 14 czerwca 1927, na polecenie marszałka Józefa Piłsudskiego, szczątki Słowackiego zostają ekshumowane i przewiezione do Polski. Trumnę z prochami poety do brzegów Polski przywozi transportowiec ORP Wili, następnie z Gdańska płyną w górę Wisły, do Warszawy na pokładzie bocznokołowca… Mickiewicz. 26 czerwca statek przybija do przystani w Warszawie, skąd orszak pogrzebowy idzie ulicami stolicy do katedry świętego Jana. Nazajutrz trumna z prochami Słowackiego przetransportowana zostaje na Dworzec Główny skąd wyrusza koleją do Krakowa. 28 czerwca na dziedzińcu zamku na Wawelu odbywa się uroczysta ceremonia pogrzebowa. Na jej zakończenie Józef Piłsudski mówi: „W imieniu Rządu Rzeczypospolitej polecam Panom odnieść trumnę Juliusza Słowackiego do krypty królewskiej, bo królom był równy”. Jego prochy zostają złożone obok Adama Mickiewicza w krypcie Wieszczów Narodowych.
Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi
Przy blaskach gromu,
Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę,
Smutno mi, Boże!
[Hymn o zachodzie słońca na morzu]
„Bramy przepastne śmierci dla niektórych ludzi nie istnieją”
W liście do Romana Załuskiego Zygmunt Krasiński pisze o Słowackim: „Nie znacie się na nim. To wielki poeta. Zupełna sprzeczność z p. Adamem i dlatego właśnie jego następca, zastępca, dziedzic, pod niektórymi względy szerszych pól władca”.
Juliusz Słowacki żył zaledwie 39 lat, ale pozostawił po sobie 13 dramatów, blisko 20 poematów, setki wierszy, listów oraz powieść. Często niedoceniany za życia i wręcz zwalczany przez Adama Mickiewicza, doczeka się uznania dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Do tego czasu duża część jego twórczości pozostaje w rękopisach. Odkryty wówczas poniekąd ponownie – wywiera ogromny wpływ na późniejszych poetów Młodej Polski i dwudziestolecia międzywojennego, m.in. Antoniego Langego, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Jana Lechonia. Badacz literatury polskiej, Julian Krzyżanowski nazwie Słowackiego twórcą naszego nowoczesnego dramatu.
Wspomniany Józef Piłsudski podczas pogrzebu wieszcza przekonuje: „Bramy przepastne śmierci dla niektórych ludzi nie istnieją. Świadczą o prawdzie wielkości takiej, że prawa wielkości są inne, niż prawa małości”.

