Dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B. mamy dla Was fragment powieści Anny Mazurek „Zwierzęta łowne”. Premiera 10 kwietnia.

Jurek wraca do swojej rodzinnej wsi oddzielonej od reszty świata prastarym lasem. Planuje przeczekać kryzys dwudziestego piątego roku życia u swojej ciotki Matyldy, właścicielki kilkunastu kotów i rozpadającego się domu. Las ma niezagojone rany, o których wszyscy woleliby zapomnieć. Szczególnie właściciel ubojni drobiu, miejscowi myśliwi i ciotka. Spokój wszystkich zaburza zaginięcie młodej aktywistki i powrót wyklętej we wsi Liszki.
To opowieść o przetrwaniu, o radykalnym egoizmie i radykalnej trosce, o nieoczywistych sojuszach pomiędzy outsiderami, o powolnym upadku społeczności zbudowanej na przemocy i o potrzebie własnego miejsca, głosu, więzi i wspólnoty.
***
Fragment powieści
Prolog Szeptuchy
Jest lipiec i dzisiaj już na pewno umrę. Pytają mnie, gdzie byłam wczoraj, a ja nie pamiętam, pamiętam za to dzieciństwo. Bardzo wyraźnie, dzień po dniu, obraz po obrazie. Babka też tak miała przed śmiercią. Opowiadam im o babce. Mówiła do mojej matki głosem małej dziewczynki, pytała ją, czy pójdą na odpust po cukierki, te zielone, miętowe, pakowane w foliowy rożek, pytała ją natarczywie, matka nie odpowiadała, a ja chowałam się pod tapczanem. W końcu matka zdenerwowana rzucała, że tak, pójdą, ale później, po obiedzie, a babka dopytywała: „Ale na pewno pójdziemy, obiecujesz, ale na pewno pójdziemy, obiecujesz?”. Matka szybko traciła cierpliwość i zamykała nas obie w pokoju. Wychodziłam spod tapczanu i przyglądałam się babce z każdej strony, a ona zamierała, wpatrzona w drzwi. Obchodziłam ją dookoła jak rzeźbę w muzeum, a potem długo patrzyłam jej w oczy, które przed śmiercią zrobiły się mętne jak woda z kąpieli. W oczach babki zapisane były historie, których nigdy nie wypowiedziały jej usta. W ogóle nie zwracała na mnie uwagi, może nawet nie mrugała, tak to teraz pamiętam, nie mogę sobie przypomnieć, czy mrugała, czy nie, umierała powoli, patrząc na drzwi, i tak razem czekałyśmy, aż matka wróci i nas wypuści. Czasem jej czytałam, trochę jej, a trochę sobie, żeby było raźniej. Teraz myślę, że już wtedy, razem z babką, spokojnie czekałam na śmierć, i były to bardzo miłe wspólne chwile. Dobrze je wspominam. Obie umierałyśmy, tylko ja jeszcze o tym nie wiedziałam. W tym domu tylko to można było robić.
No, a kiedy babka w końcu umarła, zajęłam jej pokój. Teraz dom umiera razem ze mną.
Kończę o babce i zaczynam opowiadać im o ojcu. Mówią, że mój ojciec już dawno nie żyje, a ja im na to, że tatuś wyszedł nad rzekę po drzewo. Pytają, czy coś wczoraj słyszałam. Nie są z policji, ale ja i tak wiem, do jakiego należą gatunku. Do gatunku tych, którym nie wolno nic mówić. Węszą, ale sami nie gryzą, rozpoznają teren. Tropią, biegną przed nagonką. Zaczynam mówić o lesie, żeby dali mi spokój.
Znaczną część Koprowa zajmuje las. Las jest pozostałością prastarej Puszczy, która w średniowieczu rozciągała się między Kotyninem a pruską granicą, a jeśli chodzi o budowę geologiczną, Koprów leży na pofałdowanej równinie powstałej na przedpolu lodowca.
Kiedy byłam mała, chodziłam z ojcem na Skałkę. Skałką nazywa się pagórzastą część Koprowa położoną nad wsią. Wcale nie ma tam skałek, nie ma nawet fragmentu wystającego z ziemi kamienia, ale mówi się Skałka, bo teren położony jest wyżej od reszty wsi, no ale skałek nie ma, są wąwóz, łąki, rzadki zagajnik i pola uprawne, z których część leży odłogiem, bo nie ma kto ich orać.
Kiedyś wszyscy hodowali tam ziemniaki. Raz w tygodniu chodziło się z wiaderkiem, żeby ich nakopać, a w niedzielę po obiedzie na spacer, bo kiedy z tych pól i łąk patrzyło się przed siebie, to ze Skałki można było zobaczyć cały Koprów. Cały Koprów i to, co za Koprowem, kominy rafinerii i elektrownię, i inne wsie, zlepione ze sobą plamy domów i pól uprawnych, a jeszcze dalej, na horyzoncie, góry. Stawałam z ojcem, przyglądałam się domom i zastanawiałam, kto w nich mieszka. A potem patrzyliśmy pod nogi, bo kiedy lepiej przyjrzało się ziemi, widziało się mrówki i białe kamienie. Czasem ojciec kucał, wybierał te, na których lodowiec wytłoczył liście paproci i okrągłe muszle, jakie znajduje się nad morzem. Podnosił kamień i mówił: „Widzisz, lodowiec był tu przed nami i zostawił nam tę ziemię, a na ziemi wyrósł las. Musimy się nim dobrze zajmować, inaczej lodowiec wróci i nam go zabierze”. I pokazywał mi jeszcze coś w trawie, pomiędzy kamieniami i kopcami mrówek. Muszle ślimaków. Podnosił jedną, obracał w dłoniach delikatnie, żeby jej nie skruszyć, i opowiadał. „Ślimaki zostawiają jesienią muszle, zostawiają swoje domy i nigdy do nich nie wracają. Ale co się z nimi dzieje? Gdzie idą?” Pytał, a ja milczałam, bo tak samo jak on nie znałam odpowiedzi. Odkładał muszlę w trawę i szliśmy dalej. Moj ojciec był łagodnym człowiekiem, którego pożarł lęk przed silniejszymi od niego.
Tam na Skałce to nie był nawet las, ledwie rzadki zagajnik, nie byłoby mi żal, gdyby lodowiec po niego wrócił, bo prawdziwy, wielki las, czyli Puszcza, zaczyna się niżej, za drogą do miasta i torami. Nigdy nie bałam się lasu. Potok dzieli go na dwie części. Część północna, zwana Lasem Koprowskim, jest piaszczysta i sucha. Rosną tu sosny i świerki. Część południowa, zwana lasem Bagno, jest podmokła i zatorfiona, drzewa są tu inne, rosną gęsto i dają dużo cienia.
Ten, który siedzi przy stole, nie słucha, więc mówię do tego głupiego, który stoi przy drzwiach; jeśli tylko wiesz, w której części lasu jesteś, zawsze jakoś dotrzesz do Koprowa, Kotynina albo Ząbiechowa. Nie zgubisz się. Zdążysz przed nocą. Możesz iść za dźwiękiem samochodów. W latach dziewięćdziesiątych przez środek lasu poprowadzono autostradę. Idź za odgłosem samochodów. Wyjdziesz wtedy na wiadukt i znajdziesz główną drogę, idź w stronę, gdzie las wydaje się rzadszy, albo na południe, jeśli wiesz, gdzie jest południe, bo jeśli pójdziesz w drugą stronę, tam, gdzie las wydaje się ciemniejszy, dojdziesz do Baraków. Baraki są w centrum lasu, za siatką stoją domki z drewna i biega wielki czarny pies. Nie wolno tam wchodzić. To ośrodek łowiecki. Przyjeżdżają tam myśliwi i ten pies należy do nich. Wściekły biega wzdłuż siatki i szczeka, bo tak go nauczyli, ale nie chce tam być.
Zaczynają się denerwować. Stara wariatka nic nie widziała, nic nie wie. Myślą sobie. A ja wiem, kim oni są. Nie wolno im nic mówić, trzeba ich nastraszyć, żeby sobie poszli. Stara wariatka, tak, stara wariatka nic nie wie, zostawcie ją w spokoju. Znam ich od dziecka, bo zawsze przychodzą ci sami. Zadają pytania, nie mają nawet mundurów i nie mówią ani jak się nazywają, ani po co przyszli, tylko zadają pytania i oczekują odpowiedzi, jakby im się należała. Znowu pytają, czy wczoraj coś słyszałam z lasu. Głupi dalej stoi w drzwiach. Ten przy stole nerwowo macha nogą. „Słuchaj, stara, jeśli coś sobie przypomnisz, nie idziesz na policję, tylko czekasz, aż znowu cię odwiedzimy”. Kiwam głową. „No, żadnej policji, policja nam tu nie pomoże”, mówi i wstaje, wychodzi, a głupi spluwa za próg, wychodzi za tamtym i zamyka drzwi.
Przyglądam się im przez firankę. Zatrzymują się przed samochodem. Głupi odpala papierosa, ten drugi do kogoś dzwoni. Las ma miejsca, które bolą. Rany. Znam historie tylko trzech, ale wyczuwam, że jest ich więcej.
Anna Mazurek, Zwierzęta łowne (fragment)
Wydawnictwo W.A.B, 10 kwietnia 2024
ISBN: 9788383195759

