Kameralna, wręcz intymna opowieść Audrey Magee, staje się szybko metaforą toczącego się w tle północnoirlandzkiego konfliktu z lat 70. XX wieku, a tak naprawdę jego głównej przyczyny – kolonialnych zapędów wielkich mocarstw, roszczących sobie prawo do decydowania za innych. O „Kolonii” pisze Przemysław Poznański.

To co robi Magee, przypomina nieco zabieg, zastosowany w świetnym filmie Martina McDonagha „Duchy Inisherin”, gdzie na poziomie fabuły niemal niewidoczny irlandzki konflikt bratobójczy z lat 20. XX wieku, sprowadzony został do podlegającej prawom absurdu relacji między przyjaciółmi, zadającymi sobie psychiczny i fizyczny ból w imię irracjonalnych żali. W „Kolonii”, której akcja rozgrywa się także na wyspie, echa późniejszych o niemal pół wieku tzw. „Kłopotów”, które w ciągu trzech dekad pochłonęły ponad 3500 ofiar, docierają do bohaterów sporadycznie, tylko dzięki prasowym doniesieniom, a przecież wszyscy oni wciągnięci zostaną w wydarzenia, będące de facto odzwierciedleniem konfliktu – tyle że w skali mikro, w skali jednostek i ich osobistych emocji.
Wydaje się zresztą, że właśnie tak warto pisać o historii – ukazując ją nie przez pryzmat wodzów i wielkiej polityki, a oczami tych, których najbardziej ona dotyczy, a którzy najczęściej nie mają na nią większego wpływu, będąc jej niejednokrotnie niewinnymi ofiarami. Doskonale pokazała to rodaczka Magee, Louise Kennedy w „Naszych winach”, sprowadzając opowieść o krwawych zamachach, które terroryzowały Ulster, do opowieści o zakazanej i niemożliwej miłości. Tamta fabuła, rozgrywająca się na przedmieściach Belfastu, była jednak na wskroś realistyczna. „Kolonia” – choć nie przekracza granic tego, co możliwe – ma w sobie jednak znacznie większy ładunek uniwersalizującej tę opowieść metafory.
Bariera języka
Już punkt wyjścia powieści odczytywać można symbolicznie – oto na irlandzką wyspę, „szeroką na trzy mile i długą na pół mili”, przybywa pewnego razu angielski artysta-malarz, utrzymujący, że chce malować klify. Jakby tego było mało, w tym samym czasie gości tam francuski językoznawca, pracujący nad utrwaleniem pozostałości wciąż zachowanego na wyspie języka irlandzkiego. Co ciekawe, język będzie w tej opowieści – podobnie jak we wspomnianych „Naszych winach” – jednym z najistotniejszych motywów. Gdy jednak u Kennedy starał się pełnić rolę kruchego pomostu między zwaśnionymi stronami, być nieśmiałą próbą znalezienia porozumienia, tu stanowić będzie barierę, barykadę, przełamywaną tylko sporadycznie, niedającą więc szansy na dialog.
Język stanie się bronią, nawet jeśli nie zawsze skuteczną. Nic więc dziwnego, że Magee poświeci mu całe długie akapity, szukając tego, co w nim oryginalne i tego, co nabyte, dowodząc przy tym, że język musi się zmieniać, jednocześnie pokazując jak irlandzki pod naporem angielskiej inwazji, a potem okupacji – także językowej – stawał się mową wieśniaków, językiem wewnętrznym małych wspólnot i gubił przez to zbędną w takich społecznościach formę grzecznościową, porównywalną do niemieckiego Sie, czy francuskiego Vous.
Ciężar symbolu retorycznego
Przybysze przez mieszkańców rybackiej wioski traktowani są jak pożądani goście, choć trudno doszukiwać się w tym naiwności. Już raczej pragmatyzmu: cudzoziemcy wszak nie szczędzą grosza, by wkupić się w łaski Irlandczyków. I tylko w niezobowiązującej rozmowie dotyczącej podziału torfu na opał dla obu przybyszów padnie kilka słów ukazujących głębsze pokłady wzajemnych relacji, świadomość przeszłości i tego, co rozgrywa się w wielkim świecie: „Tylko spójrzcie, powiedziała Mairéad. Francuz i Anglik kłócący się o nasz torf”. „Od wieków kłócą się o nasz torf, zauważył Francis”.
Takich scen, takich puent w powieści Magee nie zabraknie. Tam, gdzie każdy z bohaterów prędzej czy później urasta do rangi archetypu, nawet jeśli zachowuje przy tym całą swoją indywidualność i prawdopodobieństwo literackiej postaci, tam każde zdarzenie i każde stwierdzenie ma ciężar symbolu, retorycznego chwytu pars pro toto.
Przeczytaj także:
Dziejowa zmiana
W niczym nie przeszkadza to, by czytać „Kolonię” także na poziomie podstawowym, gdzie malarz Lloyd jest tylko zadufanym w sobie mężczyzną w średnim wieku na życiowym i artystycznym zakręcie, Jean-Pierre Masson owładniętym swą idée fixe naukowcem, niedostrzegającym własnego egoizmu i cynizmu, a mieszkańcy wioski, z piętnastoletnim Jamesem, jego matką i babcią na czele, są świadkami rozgrywającej się na wyspie dziejowej zmiany, wywracającej do góry nogami ich dotychczasowe życie i wyobrażenie przyszłości.
Ale skoro Magee – już przecież samym tytułem powieści – zachęca nas, byśmy sięgali znacznie głębiej, do tego, co jej opowieść skrywa pod obyczajową maską, to przyjrzyjmy się choćby bliżej owym cudzoziemcom „kłócącym się o torf”, postaciom Massona i Lloyda. Ten pierwszy przybywa na wyspę od lat, by nagrywać mówiącą tylko po irlandzku Bean Uí Fhloinn, co ma choć w części zachować dziedzictwo wyspy. Ten drugi korzysta z okazji, by utrwalić na obrazach nie tylko klify, ale i mieszkańców. To jednak, co w ich działaniach pozornie niewinne, a wręcz altruistyczne, może tu okazać się przykrywką dla dodatkowych motywacji, dla postaw biorących swe źródło w przekonaniu o posiadaniu legitymacji do mówienia innym jak mają żyć, co widać choćby w upieraniu się, by Jamesa nazywać Seamusem.
Pretekst i praprzyczyna
Postać Massona jest dla narratorki pretekstem do opowieści o francuskim kolonializmie, głównie w Algierii (algierska kobieta bita przez męża Francuza to kolejna z symbolicznych scen tej powieści), zaś postać Lloyda – skryta za anturażem dobrotliwego artysty, uczącego nawet Jamesa malować – wprost przeniesie nas do źródeł trwającego w owym czasie konfliktu, którego praprzyczyną był wszak kolonializm angielski. Kolonializm wyrażający się w okradaniu podbitego kraju z tego, co najlepsze – z jego oryginalności i niewinności. W tym kontekście użyte w pewnym momencie przez Anglika określenie „kolonia artystyczna” wybrzmi niemal złowrogo.
Na tym właśnie polega zabieg Magee: postaci pozostają indywidualnościami, ich zachowania jednak wpisują się w szerszy model, niesiony przez pokolenia, wręcz zahaczający o pożądany w tym przypadku stereotyp. To dlatego tak porusza nas pozornie niewinny dialog między przybyszami: „To za mała wyspa, by Francuz dzielił ją z Anglikiem”, „Dla nas dwóch to i cały świat byłby za mały”.
Przeczytaj także:
Korzenie zła
Ta wymiana zdań z jednej strony czerpie garściami z historii Europy i świata, z drugiej opowiada historię małej wyspy, dla której letnie plenery dwójki gości nieść będą konkretne konsekwencje. Relacje między nimi a miejscowymi rozbudzą bowiem emocje, nad którymi nie zawsze uda się im zapanować, w tym złość, która przecież będzie korespondować z tą złością, jaką wzbudza kolonializm – nakręcającą spiralę radykalizmu.
Bo Audrey Magee nie ucieka od faktów. W przywołanej już tutaj po wielokroć powieści „Nasze winy” Louise Kennedy wplatała relacje z walk w sceny prowadzonych przez jej bohaterkę szkolnych lekcji. Autorka „Kolonii” zaprosi nas na wyspę odciętą od świata, by jednocześnie regularnie ciąć tę narrację krótkimi, ale dosadnymi scenami kolejnych śmierci – po obu stronach barykady. Suche w stylu prasowe komunikaty o kolejnych najczęściej cywilnych ofiarach po obu stronach konfliktu irlandzko-irlandzkiego, w tym także o zamach na członka rodziny królewskiej, Louisa Mountbattena, zderzone zostają więc tym mocniej z pozornie sielankową opowieścią, tak naprawdę pokazującą korzenie wydarzającego się zła.
Opowieść wciąż niezmiennie aktualna
Gdy Lloyd i James schwycą maskonura, by chwilę później puścić go wolno, Lloyd stwierdzi, że nie zrobił zwierzęciu krzywdy. „Zdaje się, że maskonur widzi to inaczej” – spuentuje James, odkrywając tym samym sedno problemu: tak wielkie przekonanie przybysza o własnej wyższości, własnym prawie do decydowania o losie innych, że nie ma już miejsca na autorefleksję, na ocenę skutków działań. Egocentryzm – nawet jeśli przybierający maskę troski – staje się, podobnie jak język, barierą nie do przejścia, kolejną barykadą narastającego konfliktu.
„Kolonia” – zakwalifikowana zresztą w 2022 roku na długą listę Bookera – to opowieść bogata w znaczenia, stawiająca pytania, poszukująca odpowiedzi. Poruszająca, zarówno na poziomie opowieści o losach mieszkańców pewnej wyspy, która tylko z pozoru okazuje się być odcięta od świata, jak i na poziomie uniwersalnej narracji o złu niesionym przez przekonanie mocarstw o danym im prawie do podboju: militarnego, ekonomicznego, językowego, kulturowego. Opowieść wciąż niezmiennie aktualna.
Audrey Magee, Kolonia (The Colony)
Przełożyła Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Poznańskie, 13 marca 2024
ISBN: 9788368045116
Island and guests | Audrey Magee’s intimate, story quickly becomes a metaphor for the Northern Irish conflict of the 1970s, and in fact its main cause – the colonial ambitions of great powers claiming the right to decide for others. „The Colony” is reviewed by Przemysław Poznański.

