fragment książki

Celeste Ng, „Nasze zaginione serca” – przeczytaj fragment | Książka już w księgarniach

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Relacja publikujemy fragment powieści Celeste Ng „Nasze zaginione serca”.

To najnowsza powieść autorki „Małych ognisk”. Po straszliwym kryzysie ekonomicznym w USA powstaje represyjny system rządów, w ramach którego władze mogą przesiedlać dzieci dysydentów, szczególnie tych o azjatyckim pochodzeniu. Jednym z takich dzieci jest dwunastoletni Bird, który mieszka z ojcem, emerytowanym profesorem Harvardu zdegradowanym do pracy w bibliotece.
Bird za wszelką cenę chcę się dowiedzieć, co stało się z jego zaginioną trzy lata wcześniej matką, poetką chińskiego pochodzenia.

Kiedy chłopak otrzymuje tajemniczy list z zaszyfrowanym rysunkiem, zostaje wciągnięty w jej poszukiwania. Zetknie się z zakazanymi ludowymi przypowieściami, wejdzie do podziemia działalności bibliotek i pozna historie dzieci zabranych rodzicom.

Jak to możliwe, że pozornie cywilizowana społeczność ignoruje jawną niesprawiedliwość? Co jest w stanie zrobić matka, aby ochronić swoje dziecko? „Nasze zaginione serca” to opowieść o świecie, w którym szukano winnych kryzysu, i o świecie, w którym ich znaleziono. Zawsze są przecież jacyś oni, jacyś inni, odzierani z godności, pozbawiani tożsamości.

***

Po szkole powinien wrócić prosto do domu. Zostań w mieszkaniu, poucza ojciec. I zrób zadanie. Jednak dziś nie trzyma się wyznaczonej ścieżki. Skręca w Broadway, idzie nią w stronę liceum, do którego będzie musiał pójść za kilka lat, do stojącej obok dużej biblioteki publicznej, gdzie nigdy wcześniej nie był.

Od greckich słów biblion i thēkē, wyjaśnił mu raz ojciec. To pierwsze oznacza książki. Natomiast po łacinie książki to liber, od innego słowa oznaczającego wewnętrzną stronę kory drzewnej, które z kolei powstało od czasownika zdzierać, obierać. Dawne ludy odrywały kawałki kory, by móc na nich pisać. Pewien jesienny spacer. Dłoń ojca muskała łuszczącą się brzozową korę, której białe jak papier kędziorki odstawały od smukłego pnia.

Ale ja lubię myśleć, że to słowo wiąże się ze zdzieraniem kolejnych warstw. I ujawnianiem kolejnych pokładów znaczeń.

W muzeum nauki, dawno temu: olbrzymi plaster odkrojony z pnia, wyższy od ojca. Karmelowe pierścienie na tle kremowego drewna. Policzyli je, od zewnętrznej krawędzi do samego środka i z powrotem. Palec ojca przesuwający się po słojach. To wtedy drzewo zostało zasadzone, George Washington był jeszcze chłopcem. To wojna secesyjna, pierwsza wojna światowa, druga wojna światowa. Tutaj urodził się̨ jego ojciec. Tutaj wszystko się̨ rozpadło.

Widzisz?, rzucił ojciec. One noszą w sobie nasze historie. Zedrzyj wystarczająco wiele warstw, a wszystko ci wyjaśnią.

Jest jak zamek, mówiła mu Sadie. Odwiedzała bibliotekę codziennie, pięć minut wykradzione po drodze ze szkoły. Truchtała, by jak najszybciej znaleźć się na miejscu, sprintem wracała do domu, by dotrzeć na czas, zamarudziwszy najdłużej, jak się odważyła. Sadie, myślę, że powinnaś zacząć częściej brać prysznic, uznawała jej matka zastępcza, gdy dziewczyna zjawiała się w domu spocona i wygnieciona. Złapią cię, ostrzegał Bird, lecz Sadie była niewzruszona. Rodzice czytali jej każdego wieczoru i podczas gdy we wspomnieniach chłopca opowieści były niczym piach, w jej wspomnieniach przypominały odżywczy balsam. Zamek, upierała się w rozmowach z Birdem i głos puchł jej z zachwytu. Przewracał oczami, ale teraz widzi, że miała z grubsza rację: biblioteka to ogromny gmach z piaskowca z łukami i wieżyczką, choć dobudowano do niego także nowsze przeszklone skrzydło, same ostre kąty i połyskujące szyby, i z tego względu Bird, wspinając się po schodach, ma poczucie, jakby jakimś sposobem wkraczał jednocześnie w przeszłość i przyszłość.

Od greckich słów biblion i thēkē, wyjaśnił mu raz ojciec. To pierwsze oznacza książki. Natomiast po łacinie książki to liber, od innego słowa oznaczającego wewnętrzną stronę kory drzewnej, które z kolei powstało od czasownika zdzierać, obierać. Dawne ludy odrywały kawałki kory, by móc na nich pisać. Pewien jesienny spacer. Dłoń ojca muskała łuszczącą się brzozową korę, której białe jak papier kędziorki odstawały od smukłego pnia.

Rzadko otacza go tak wiele książek i przez chwilę aż kręci mu się w głowie. Całe mnóstwo regałów. Tyle że można by się wśród nich zgubić. Bibliotekarka – ciemnowłosa kobieta w różowym swetrze – zerka zza lady w jego stronę. Mierzy go wzrokiem znad okularów, jakby wiedziała, że tu nie pasuje, i Bird szybko czmycha między półki, schodząc jej z oczu. Z bliska zauważa, że tu i ówdzie jakieś książki usunięto, zostały po nich szczerby jak po brakujących zębach. Mimo to czuje, że kryją się tu odpowiedzi, schwytane gdzieś między strony i skatalogowane. Musi je tylko znaleźć.

Na końcach regałów wiszą plakietki z listą tematów zamieszkujących daną alejkę, ponumerowanych w konsternujący sposób i ułożonych wedle nieodgadnionego klucza. Niektóre działy są wciąż bujne i kwitnące: Transport. Sport. Węże/Jaszczurki/ Ryby. Inne to wyschnięte pustynie: gdy Bird dociera do dziewięćsetek, nie ma tam prawie nic, tylko rzędy szkieletowych półek tnących światło słoneczne na kwadraty. Tych kilka książek, które się uchowały, to zaledwie małe ciemne plamy na tle tej całej pustki. Chińsko-koreańska oś i nowa zimna wojna: zagrożenie wewnętrzne. Koniec Ameryki: Chiny rosną w siłę.

Kiedy tak błądzi, zauważa coś jeszcze: biblioteka jest całkiem wyludniona. Jest tu jedynym odwiedzającym. Na piętrze stoją rzędy pustych biurek do czytania i długie stoły z drewnianymi krzesłami, wszystkie wolne. Aż do podziemi nic, tylko puste siedzenia i żałosna tablica z napisem: Zmieniłeś zdanie? Odłóż niechciane książki na wózek poniżej. Nie ma już żadnego wózka, jedynie nagi kawałek linoleum. To miasto duchów, a on, wciąż żywy, bezprawnie wkracza do krainy zmarłych. Przeciąga palcem po pustej półce, zostawiając czystą jasną linię w gęstym futerku kurzu.

Daleko w dole, w kąciku na tyłach, znajduje dział poezji, przeczesuje wzrokiem regały, dopóki nie dotrze do M. Christopher Marlowe. Andrew Marvell. Edna St. Vincent Millay. Nie zaskakuje go odkrycie, że półka od Miltona przechodzi prosto do Montagu, ale smutno mu, że nie znalazł jej nazwiska.

Przyjście tu było błędem, myśli. Ma poczucie, że to zakazane miejsce, że całe to przedsięwzięcie jest nierozważne. W jego nozdrzach ostra woń żelaza i gorąca. Powolutku zbliża się ku frontowi budynku, gdzie za ladą bibliotekarka z bezwzględną skutecznością sortuje książki ze skrzyni. Bird boi się znów zwrócić na siebie jej uwagę. Gdy kobieta się odwróci, postanawia, on się wyśliźnie.

Obserwuje ją przez szparę między półkami, czekając na sposobność. Bibliotekarka wyjmuje kolejną książkę z niebieskiego plastikowego pojemnika na blacie, sprawdza listę, stawia ptaszka. Następnie – i to zdumiewa Birda – szybko przegląda tom, kartkuje go, jakby to był kineograf, a potem zatrzaskuje i odkłada na stertę. Z kolejną książką robi to samo. I z następną. Szuka czegoś, uświadamia sobie Bird, i kilka książek później znajduje. Tym razem lustruje listę raz i drugi, po czym odkłada długopis. Wyraźnie widać, że tego tytułu nie ma w spisie. Powoli przerzuca kartki i w pewnym momencie przestaje, by wydobyć spomiędzy nich biały świstek.

Przyjście tu było błędem, myśli. Ma poczucie, że to zakazane miejsce, że całe to przedsięwzięcie jest nierozważne. W jego nozdrzach ostra woń żelaza i gorąca. Powolutku zbliża się ku frontowi budynku, gdzie za ladą bibliotekarka z bezwzględną skutecznością sortuje książki ze skrzyni. Bird boi się znów zwrócić na siebie jej uwagę. Gdy kobieta się odwróci, postanawia, on się wyśliźnie.

Ze swojego miejsca Bird dostrzega jedynie, że nabazgrano na nim kilka linijek. Wychyla się zza regału, próbując dojrzeć więcej, i właśnie w tym momencie bibliotekarka podnosi głowę i zauważa go, wyglądającego zza mebla.

Szybko składa karteczkę na pół, chowa ją przed wzrokiem i podchodzi do niego energicznie.

Hej, rzuca. Co ty tam robisz? Tak, ty. Widzę cię. Wstań. No już, wstawaj.

Pociąga go w górę za łokieć.

Od jak dawna tu jesteś, pyta. Co tam robiłeś? Z bliska wygląda jednocześnie starzej i młodziej, niż się spodziewał. Długie ciemnobrązowe włosy poprzetykane stalowoszarą siwizną. Starsza, uznaje chłopiec, niż byłaby teraz jego matka. Jednak kobieta ma też w sobie coś młodzieńczego: mały srebrny błysk w przekłutym nosie; na twarzy czujność, która kogoś mu przypomina. Po chwili uświadamia sobie kogo. Sadie. Ta sama wyzywająca iskierka w jej oczach.

Przepraszam, mówi Bird. Ja tylko… szukam pewnej opowieści. Nic więcej.

Bibliotekarka spogląda na niego znad okularów.

Pewnej opowieści, powtarza. Musisz być trochę bardziej precyzyjny.

Chłopiec rozgląda się po otaczającym ich labiryncie regałów, zerka na dłoń kobiety zaciśniętą na swoim ramieniu, na jej drugą rękę, zwiniętą w pięść – wokół czego? Jego twarz pokrywa się rumieńcem.

Nie znam tytułu, mówi. To historia… którą ktoś opowiedział mi dawno temu. Jest w niej chłopiec i mnóstwo kotów.

Tylko tyle wiesz?

Teraz go stąd wyrzuci. Albo wezwie policję i każe go aresztować. Jako dziecko instynktownie rozumie, jak arbitralna może być kara. Kciuk bibliotekarki mocniej wciska się w zagłębienie jego ramienia.

Potem kobieta przymyka oczy. W namyśle.

Chłopiec i mnóstwo kotów, mruczy. Uchwyt na jego ramieniu słabnie, aż całkiem odpuszcza. Hmm. Jest taka książka z obrazkami pod tytułem Millions of Cats. Mężczyzna i kobieta chcą najśliczniejszego kota na świecie. Setki kotów, tysiące kotów, miliony kotów. Coś ci się przypomina?

Opis nie brzmi znajomo, więc Bird zaprzecza ruchem głowy. W mojej opowieści jest chłopiec, powtarza. Chłopiec i szafka. Szafka? Bibliotekarka przygryza wargę. Nagle oczy jej rozbłyskują, otacza ją aura gotowości, jakby sama była kotem, który wyruszył na łów z postawionymi uszami i drgającymi wibrysami. Cóż, w Sam, Bangs and Moonshine występuje chłopiec, mówi, ale o ile dobrze pamiętam, nie ma tam żadnej szafki. U Beatrix Potter mamy sporo kotów, ale żadnych chłopców. To książka ilu- strowana czy powieść?

Nie wiem, przyznaje Bird. Nigdy nie słyszał o żadnej z pozycji wymienionych przez bibliotekarkę i wszystkie te historie, o których istnieniu nie miał pojęcia, przyprawiają go o lekkie zawroty głowy. To tak, jakby się dowiedział, że są nowe kolory, których nigdy nie widział. Tak naprawdę nigdy jej nie czytałem, ciągnie. Myślę, że to może być baśń. Ktoś mi ją kiedyś opowiadał.

Chłopiec i mnóstwo kotów, mruczy. Uchwyt na jego ramieniu słabnie, aż całkiem odpuszcza. Hmm. Jest taka książka z obrazkami pod tytułem Millions of Cats. Mężczyzna i kobieta chcą najśliczniejszego kota na świecie. Setki kotów, tysiące kotów, miliony kotów. Coś ci się przypomina?

Hmm.

Bibliotekarka z zaskakującym entuzjazmem obraca się na pięcie. Zobaczmy, rzuca i odmaszerowuje, dyskretnie wsuwając złożony skrawek papieru do kieszeni.

Idzie tak szybko, że chłopiec niemal ją gubi. Obok, regał za regałem, przemyka świat w mikrokosmosie: Zwyczaje i etykieta. Kostiumy i moda. To świat, pojmuje Bird, który ta kobieta zna jak własną kieszeń, mapa, po której podróżowała tyle razy, że może ją narysować z pamięci.

Jesteśmy, oznajmia bibliotekarka. Folklor.

Bębniąc palcami po grzbietach, przeszukuje półkę, w głowie oceniając i odhaczając każdą z książek.

Wiem, że istnieje baśń zatytułowana Kocia skórka, mówi i ściąga z regału tom, który podaje Birdowi. Na okładce pozłacane litery i gromadka jasnowłosych dam oraz rycerzy.

Jest tu też coś, co nazywa się Spółka kota z myszą. Kończy się tak, jak można się spodziewać. Ale nie ma tam nic o chłopcu. Jest też oczywiście Kot w butach, ale sama nie wiem, czy syna młynarza nazwałabym chłopcem – i na pewno nie ma tam mowy o żadnej szafce. No i to tylko jeden kot.

Zanim Bird zdąży odpowiedzieć, ona już rusza dalej.

Zobaczmy: Hans Christian Andersen? Nie, nie sądzę. Jest taka stara legenda o kocie, który uspokajał małego Jezuska w żłóbku – żłóbek to trochę jak szafka. A może to był mit? Jest Freja i jej powóz zaprzężony w koty, no i oczywiście jest też Bastet, ale tam brak szafek oraz chłopców. I nie przypominam sobie, żeby Grecy jakoś dużo pisali o kotach.

Masuje skroń kościstym knykciem. Wydaje się niemal, myśli Bird, jakby o nim zapomniała, jakby mówiła do siebie. Albo do samych książek, jak gdyby były pełnoprawnymi bytami, które mogą udzielić odpowiedzi. Ku wielkiej uldze chłopca wygląda na to, że zapomniała też o jego szpiegowaniu i o tajemniczym świstku.

Nie pamiętasz nic więcej?, zagaduje.

Nie mogę, odpowiada Bird. To znaczy, nie pamiętam. Spogląda w dół, na trzymany w rękach zbiór baśni, odwraca go. Z tyłu: zabity smok niesiony na drągu z czerwonym językiem dyndającym z pyska niczym lina. Bird czuje w gardle coś gorącego i lepkiego, więc zamyka oczy i przełyka ślinę, próbując się tego pozbyć.

Zobaczmy: Hans Christian Andersen? Nie, nie sądzę. Jest taka stara legenda o kocie, który uspokajał małego Jezuska w żłóbku – żłóbek to trochę jak szafka. A może to był mit? Jest Freja i jej powóz zaprzężony w koty, no i oczywiście jest też Bastet, ale tam brak szafek oraz chłopców. I nie przypominam sobie, żeby Grecy jakoś dużo pisali o kotach.

Moja matka opowiedziała mi tę historię, odzywa się, dawno temu. Niech pani nie szuka. To nieważne.

Odwraca się, by odejść.

Wiesz, chyba pamiętam pewną starą książkę z obrazkami, stwierdza wtedy bibliotekarka. Zniża głos. Japońską opowieść ludową.

Milknie na moment, zerka na półkę, a potem na ekran do wyszukiwania znajdujący się na końcu rzędu.

Ale tu jej nie będzie.
Później pstryka palcami i celuje w Birda. Jakby to on wymyślił rozwiązanie.

Chodź ze mną, rozkazuje.

Zobaczmy: Hans Christian Andersen? Nie, nie sądzę. Jest taka stara legenda o kocie, który uspokajał małego Jezuska w żłóbku – żłóbek to trochę jak szafka. A może to był mit? Jest Freja i jej powóz zaprzężony w koty, no i oczywiście jest też Bastet, ale tam brak szafek oraz chłopców. I nie przypominam sobie, żeby Grecy jakoś dużo pisali o kotach.

Chłopiec podąża za nią między regałami do biura oznaczonego jako tylko dla personelu. Bibliotekarka unosi przypięty do smyczy klucz, otwiera drzwi. Pomieszczenie wypełniają stosy książek, na biurku piętrzą się wysokie sterty papierów. Szafki na dokumenty, wiatrak. Kurz. Oni jednak mijają biurko i podchodzą do zardzewiałych metalowych drzwi w szarozielonym odcieniu pleśni. Kobieta napiera na nie ramieniem, stopą przyciąga kosz na śmieci i blokuje nim drzwi. Po wgłębieniu w koszu widać, że pełni tę funkcję od lat.

Jest jeszcze jedno miejsce, gdzie możemy sprawdzić, oświadcza bibliotekarka i gestem zachęca Birda, by przestąpił próg.

To coś w rodzaju doku załadunkowego, który od świata zewnętrznego oddziela opuszczana metalowa siatka. Kiedyś ciężarówki zostawiały tu pewnie swój towar: książki, jak podejrzewa, przywiezione z innych bibliotek. Jednak sterty skrzyń i pudeł po obu stronach doku świadczą o tym, że od dobrych kilku lat go nie używano; nie ma mowy, żeby ciężarówka zdołała się tu chociaż zbliżyć.

Mamy teraz mniej wypożyczeń, odzywa się bibliotekarka. Jakąś skrzynkę tygodniowo. Łatwiej po prostu wynieść ją od frontu.

Zaczyna zdejmować pojemniki, a gdy Bird podchodzi, by jej pomóc, orientuje się, że poukładano je na czymś: to wielka drewniana szafa, większa niż komoda, którą ma w domu, złożona z dziesiątek malutkich szufladek.

Przestaliśmy jej używać lata temu, kiedy scyfryzowaliśmy katalog, wyjaśnia bibliotekarka, uprzątając dwie ostatnie skrzynie. Przenieśliśmy ją tutaj, żeby zaoszczędzić miejsce. Potem uderzył Kryzys. Do tej pory nie zwiększyli nam budżetu.

Miasto nie chce jej wziąć, a my nie mamy funduszy na opłacenie wywózki.

Przesuwa palcem po mosiężnych tabliczkach na szufladkach i zahacza palcem o jeden z uchwytów.

Tutaj, stwierdza. Zobaczmy. Książka, o której myślę, jest dość stara.

Ku zdumieniu Birda szufladka wypchana jest niewielkimi kartonikami pokrytymi schludną maszynową czcionką. Bibliotekarka przerzuca je z wprawą, tak szybko, że chłopiec ledwie rozróżnia słowa. Koty – literatura. Koty – mitologia. Każda z tych kart, zdaje sobie sprawę, to książka. Nie miał pojęcia, że może ich być tak dużo.

Ach, kobieta wzdycha z satysfakcją. Mówi tonem osoby, która rozwiązała łamigłówkę, rozszyfrowała zagadkę i znalazła skarb pod znakiem „X”. Wydobywa pojedynczą kartę i pokazuje ją Birdowi.

Koty – folklor – japoński – retelling. O chłopcu, który rysował koty.

W Birdzie dźwięczy rozpoznanie, wprawia go w drżenie niczym kamerton. Zduszony odgłos wzbiera mu w gardle.

To ta, wykrztusza. Myślę… myślę, że to ona.

Bibliotekarka odwraca kartę i skanuje jej tył.

Tego się obawiałam, wzdycha.

Nie macie jej?, pyta Bird, a ona kręci głową.

Została usunięta. Piszą tu, że trzy lata temu. Pewnie ktoś się poskarżył. Że wzbudza pozytywne sentymenty względem OPA czy coś w tym stylu. Niektórzy z naszych darczyńców mają… opinie. Na temat Chin albo, jak w tym przypadku, wszystkiego, co choćby mgliście się z nimi kojarzy. A my potrzebujemy ich hojności, by placówka mogła pozostać otwarta. Równie prawdopodobne, że ktoś nerwowy pozbył się jej na wszelki wypadek. My, publiczne biblioteki… wiele z nas po prostu nie może ryzykować. Jakiś zaniepokojony obywatel zbyt łatwo może nas oskarżyć o promowanie niepatriotycznego zachowania. Zbytnią sympatię do potencjalnych wrogów.

Ach, kobieta wzdycha z satysfakcją. Mówi tonem osoby, która rozwiązała łamigłówkę, rozszyfrowała zagadkę i znalazła skarb pod znakiem „X”. Wydobywa pojedynczą kartę i pokazuje ją Birdowi.

Wzdycha i wsuwa kartę z powrotem na miejsce.

Jest jeszcze inna książka, którą chciałem znaleźć, mówi Bird ostrożnie. Nasze zaginione serca.

Oczy bibliotekarki mkną w jego stronę. Kobieta przygląda mu się dłuższą chwilę. Ocenia.

Przykro mi, odpowiada szorstko. Tej pozycji już nie mamy. Wątpię, byś znalazł ją gdziekolwiek.

Z łoskotem zamyka długą cienką szufladkę.

Och, rzuca Bird. Wiedział, że szanse są nikłe, a mimo to w głębi duszy żywił iskierkę nadziei, która teraz wygasa, wzbudzając obłoczek sadzy.

Co z nimi robią, zagaja po chwili. Z tymi wszystkimi książkami.

Przypomina mu się zdjęcie z lekcji historii: góry książek na rynku jakiegoś miasta, w płomieniach. Zupełnie jakby czytała mu w myślach, kobieta zerka na niego z ukosa i chichocze.

Och, nie, nie palimy tu książek. To… to w końcu Ameryka. Prawda?

Unosi brew, spoglądając w jego stronę. Mówi serio czy z ironią? Chłopiec nie potrafi stwierdzić.

Nie palimy naszych książek, powtarza ona. Przerabiamy je na masę papierniczą. To dużo bardziej cywilizowane, nie? Rozcieramy je na miazgę i robimy z niej papier toaletowy. Tymi książkami ktoś już dawno temu podtarł sobie zadek.

Och, mówi Bird. A więc tak skończyły utwory jego matki. Wszystkie te słowa przemielone na spłowiałą szarą breję, spłukane do ścieków w mieszaninie gówna i uryny. Gdzieś za oczami czuje coś gorącego i mokrego.

Hej, zwraca się do niego bibliotekarka. Wszystko dobrze?

Bird pociąga nosem i kiwa głową. W porządku, zapewnia. Kobieta nie zadaje więcej pytań, nie naciska ani nie pyta, dlaczego płacze, tylko wyciąga z kieszeni chusteczkę, którą mu podaje.

Pieprzony PAKT, burczy cicho, a chłopcu odbiera mowę. Nie pamięta, by kiedykolwiek słyszał, jak ktoś dorosły przeklina.

Wiesz, odzywa się znów kobieta po minucie czy dwóch. Możliwe, że jakaś biblioteka wciąż ma w magazynie egzemplarz tej książki o kotach. Duża biblioteka, na przykład uniwersytecka. Czasem mogą trzymać rzeczy, których nam trzymać nie wolno, i uchodzi im to na sucho. Bo to do badań. Ale nawet gdyby ją mieli, musiałbyś poprosić o nią przy ladzie. Pokazać dokumenty i przedstawić powód, dla którego chcesz uzyskać do niej dostęp.

Bird kiwa głową.

Powodzenia, kończy bibliotekarka. Mam nadzieję, że ją znajdziesz. I, Bird? Gdybym mogła ci w czymkolwiek pomóc, wróć, a zrobię, co w mojej mocy.

Tak go to wzrusza, że dopiero dużo później przychodzi mu do głowy: ciekawe, skąd ona zna jego imię.

Celeste Ng, Zasze zaginione serca (Our missing hearts)
Przekład Elżbieta Jarnota
Wydawnictwo Relacja, 22 marca 2023
ISBN: 9788367555289

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: