wywiad

Kimi Cunningham Grant: Jesteśmy czymś więcej niż tylko naszym bólem | Rozmawia Przemysław Poznański

To na wiele sposobów historia, która każe nam się zastanowić, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, aby chronić to, co kochamy – mówi Kimi Cunningham Grant, autorka powieści „Milczenie lasu”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Kimi Cunningham Grant – pisarka, autorka trzech książek. „Silver Like Dust” to pamiętnik opisujący jej japońsko-amerykańskich dziadków i ich internowanie podczas II wojny światowej. Akcja jej drugiej książki, „Fallen Mountains”, rozgrywa się w małym miasteczku w Pensylwanii, gdzie właśnie rozpoczęło się szczelinowanie. Jej trzecia książka to „Milczenie lasu”. Mieszka, pisze i uczy w Pensylwanii.

Fot. Ann Bickel

Przemysław Poznański: Tym, co w „Milczeniu lasu” zwraca uwagę zaraz na początku jest atmosfera zamknięcia, odizolowania, ale i braku bezpieczeństwa, jakiej doświadczają bohaterowie. To oczywiście efekt sytuacji w jakiej znaleźli się bohaterowie, ale na ile wpływ na napisanie tej książki lub na opisany nastrój miała trwająca pandemia, zmuszająca nas do ograniczenia kontaktu z innymi?

Kimi Cunningham Grant: Cóż, książka została przyjęta przez amerykańskiego wydawcę w marcu 2020 roku, więc została w pełni napisana przed pandemią. Tak więc, szczerze mówiąc, pandemia nie ukształtowała mojego pisania. Zredagowaliśmy ją jednak latem 2020 roku, kiedy wszystko było zamknięte i kiedy po raz pierwszy w życiu myślałam o kupowaniu niektórych przedmiotów hurtowo, a nawet założyliśmy dający plony ogródek – tak na wszelki wypadek.

Pani powieść jest także opowieścią surwiwalową o ludziach żyjących w domku ukrytym w lasach Applachów. Pani Bohaterowie żyją dzięki wsparciu ze strony przyjaciela, ale jednocześnie potrafią sami zatroszczyć się o przeżycie, na przykład potrafią  polować na leśną zwierzynę. Porusza też choćby scena doskonale wyćwiczonego chowania się Finch, małej dziewczynki, przed zewnętrznym zagrożeniem. Skąd czerpała pani wiedzę i inspirację do takich scen?

– Mieszkam w lesie w Pensylwanii. Nie jest to miejsce tak odosobnione, jak to, w którym umieszczam Coopera i Finch, ale spędzam w lesie dużo czasu. Wędrujemy, jeździmy na rowerze, pływamy kajakiem, łowimy ryby. Sama nie jestem myśliwym, ale jest nim mój mąż. Tak więc spora część książki została zbudowana z tego, czym na co dzień żyję.

Bohaterowie, czyli wspominani Cooper i Finch to ojciec i córka. I zarazem niecodzienny duet. Jak dochodziła pani do tej historii, takich bohaterów? Co było na początku?

– Przed laty napisałam krótkie opowiadanie o mężczyźnie, który odebrał swoją córeczkę matce, stanowiącej dla dziecka, jak sądził, wielkie niebezpieczeństwo. W tej historii ojciec zabrał dziewczynkę do domu przyjaciela, a potem sam poszedł do lasu. Ta historia została przez wydawców odrzucona, ale otrzymałam od nich jednocześnie kilka miłych komentarzy, więc postanowiłam to zinterpretować jako znak, że sama opowieść nie jest do końca zła. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy ta historia mogłaby zostać wymyślona na nowo, z innymi szczegółami i inną sytuacją. Co by było, gdyby punkt wyjścia był trochę inny? A gdyby mężczyzna zabrał ze sobą córeczkę do lasu? Kiedy zaczęłam nad tym myśleć, weszłam w zupełnie inną opowieść.

Przeczytaj także:

Poza Finch najważniejszymi bohaterami powieści są mężczyźni: Cooper i Szkot. Postaci kobiet pojawiają się tu epizodycznie. Czy to stanowiło dla pani pisarskie wyzwanie?

– Nie. To może zabrzmieć dziwnie, ale myślę, że zawsze miałam większe problemy z opisywaniem kobiet. Może trochę się denerwuję, że ludzie w kobietach z moich książkach zobaczą mnie? Ale miejmy nadzieję, że twórczo dojrzewam i w końcu się z tym problemem uporam. (Staram się! Projekt, nad którym teraz pracuję, ma bohaterkę! Proszę trzymać kciuki.)

Cooper jest weteranem z Afganistanu. Pokazuje pani jego traumatyczne wojenne przeżycia.  Weteranem – z Wietnamu – jest też Szkot. Jak budowała pani psychologiczną prawdę o takich postaciach? Postaciach, które żyją traumami, ale potrafią też wyjść poza nie. 

– Mój tata jest weteranem i chociaż na szczęście nie cierpiał jak Cooper, to bardzo ważne było dla mnie oddanie doświadczenia wojny i zespołu stresu pourazowego z wielką dokładnością i szacunkiem. Mam nadzieję, że udało mi się to zrobić w tej powieści. Musiałam zbadać ataki paniki. W szczególności chciałam wiedzieć, jak dana osoba może sobie z nimi poradzić, gdy na przykład jest całkowicie poza siecią, z dala od jakiegokolwiek wsparcia. Zanim książka została opublikowana, wysłałam wszystkie sceny z wojny i te dotyczące zespołu stresu pourazowego do przyjaciela, który był w siłach specjalnych i który służył w wielu turach na „Wojnie z terrorem”. Pomógł mi dopracować szczegóły, które według niego nie brzmiały odpowiednio.

I tak, uwielbiam sposób, w jaki to pan ujął – ostatecznie bohaterowie działają w sposób, który odbiega od zachowania wynikającego z ich wojennych traum. Wierzę, że ludzie mogą sobie z traumami poradzić. Uważam, że rany naszej przeszłości nie muszą nas definiować. Są częścią nas, ale jesteśmy czymś więcej niż tylko naszym bólem.

Jest pani stypendystką Pennsylvania Council on the Arts w zakresie tworzenia literatury faktu. Jednocześnie „Milczenie lasu” to powieść opowiadająca o zdarzeniach fikcyjnych i pani trzecia powieść w ogóle. W „Silver Like Dust” pisze pani o swoich japońskich korzeniach oraz o traumach wynikających z amerykańsko-japońskiej wojny, w „Fallen Mountains” i teraz w „Milczeniu lasu” idzie pani zdecydowanie bardziej w kierunku fikcji. A może jednak i te powieści mają w sobie element non-fiction?

– Tak, dokonałam przejścia od literatury faktu do fikcji, kiedy zdecydowałam się napisać „Fallen Mountains”. To przejście nie było tak łatwe, jak myślałam – napisanie tej powieści zajęło mi sześć lat i wymagało ode mnie sporo nauki! Myślę, że cała moja praca jako pisarki zawsze zawiera w sobie jakiś element mojego życia lub światopoglądu, nawet jeśli jest w bardzo małym lub nieistotnym stopniu. Jak wspomniałam wcześniej, mieszkam w lesie, co jest widoczne w „Milczeniu lasu”. W książce „Fallen Mountains”, która również rozgrywa się w Pensylwanii, piszę o skutkach szczelinowania jakie niesie ono dla małego miasteczka. Kiedy to pisałam, mój mąż, ekolog, badał wpływ szczelinowania na ekosystemy strumieni. Tak więc fragmenty mojego życia zawsze wydają się wkradać do mojego pisarstwa!

Dokonałam przejścia od literatury faktu do fikcji, kiedy zdecydowałam się napisać „Fallen Mountains”. To przejście nie było tak łatwe, jak myślałam – napisanie tej powieści zajęło mi sześć lat i wymagało ode mnie sporo nauki! Myślę, że cała moja praca jako pisarki zawsze zawiera w sobie jakiś element mojego życia lub światopoglądu, nawet jeśli jest w bardzo małym lub nieistotnym stopniu.

Gdy myślę o tej książce, dochodzę do wniosku, że tym, co  łączy poszczególne wątki i wypełniające je emocje, okazuje się być gniew – na bezsilność wobec procedur, aparatu administracji, który chce rozdzielić bliskie osoby. To jednak także gniew bohatera skierowany wobec samego siebie – gniew na własną niedoskonałość, rozumianą choćby jako nieumiejętność dostatecznej ochrony tych, za których wzięło się odpowiedzialność. Co sądzi pani o takim rozumieniu tej powieści?

– To naprawdę ciekawe odczytanie powieści. Podoba mi się. Zgadzam się, że postacie są przyparte do muru przez okoliczności. Cooper reaguje na sytuacje, które prawdopodobnie są niesprawiedliwe, i podejmuje bardzo wątpliwe decyzje. Miejmy jednak nadzieję, że czytelnicy patrzą na Coopera i, choć mogą nie zgadzać się z jego wyborami, myślą: „Co mógłbym zrobić w takiej sytuacji?” To tak naprawdę, i na wiele sposobów historia, która każe nam się zastanowić, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, aby chronić to, co kochamy.

Pani powieść pokazuje też inną rzecz: że w dzisiejszych czasach wiara w to, że można uciec od cywilizacji, od świata, musi prędzej czy później okazać się utopią. Bohaterowie muszą choćby uważać na coś tak oczywistego jak monitoring na stacji benzynowej, czy parkingu. Pomijając aspekty fabularne – czy w ogóle istnieje jeszcze możliwość życia w „milczących lasach”, życia w wyciszeniu?

– To zabawne – wszyscy moi polscy rozmówcy w ten czy inny sposób zadają mi to pytanie! Oto, co powiem. Myślę, że gdybyśmy chcieli zniknąć w dzisiejszych czasach, absolutnie musielibyśmy zerwać wszystkie więzi ze każdym, kogo znamy, i musielibyśmy być całkowicie poza siecią. Powrót do cywilizacji zawsze stanowiłby wielkie zagrożenie. Zniknięcie wymagałoby skrajnej izolacji i silnego oddania się samodzielnemu utrzymaniu.

Wierzę, że ludzie mogą sobie z traumami poradzić. Uważam, że rany naszej przeszłości nie muszą nas definiować. Są częścią nas, ale jesteśmy czymś więcej niż tylko naszym bólem.

Jest pani nie tylko autorką non-fiction i fikcji, ale i poezji. Dwa razy wygrała pani nagrodę Dorothy Sargent Rosenberg Memorial Prize in Poetry. Na ile pisanie prozy i poezji wymaga od pani innego rodzaju skupienia, innego trybu pracy? Co decyduje, że siada pani do komputera i pisze akurat prozę, albo tworzy poezję?

– Już nie piszę poezji. Nie wiem, dlaczego przestałam. To było tak jakby mój mózg nagle zmienił bieg. Nadal ją czytam i wierzę, że czytanie poezji pomaga mi doskonalić moje pisarskie rzemiosło.

I pytanie, od którego nie można uciec, bo czekają na tę odpowiedź wierni czytelnicy. Nad czym pani teraz pracuje?

– Mój obecny projekt to powieść o kobiecie, która, wbrew logice, wędruje daleko w dzikie ostępy amerykańskiego Zachodu ze swoim eks — wszystko po to, by ocalić zaginiętą przyjaciółkę. Ale im głębiej zagłębia się w las, tym bardziej zaczyna podejrzewać, że jej były coś ukrywa i że jej przyjaciółka może nie być jedyną osobą, która znajduje się w niebezpieczeństwie.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: