wywiad

Wojciech Gunia: Piszę krwią i żółcią | Rozmawia Jacek Szafranowicz

Wojciech Gunia, jeden z najważniejszych głosów rodzimej literatury z pogranicza dziwności i grozy, zaledwie rok po wydaniu ostatniego zbioru opowiadań pt. „Dom wszystkich snów” ― z którego nowelę „Dom Motta” doceniono przed chwilą prestiżową nagrodą im. Jerzego Żuławskiego ― wraca z nowym materiałem. „Złe wszechświaty”, bo o nich będzie tu mowa, właśnie ukazały się nakładem Wydawnictwa IX. Na tle dotychczasowego dorobku pisarskiego Guni jest to książka przełomowa, dostajemy tu bowiem oprócz prozy efekty drugiej pasji pisarza, zwanej przez niego z przekąsem „bieganiem
z aparatem”. Gunia robi zdjęcia dłużej niż pisze, i, jak widać, postanowił wreszcie potraktować hobby na tyle poważnie, aby pożenić je z literaturą, odsłaniając w ten sposób kolejną warstwę swojego bezkompromisowego, literackiego świata, co bez wątpienia na rynku wydawniczym czyni w tym roku „Złe wszechświaty” propozycję jedyną w swoim rodzaju.

Wojciech Gunia, fot. materiały prasowe

Jacek Szafranowicz: Bardzo ładne te „Złe wszechświaty”. Pozostawiają niedosyt, więc chyba lepiej być nie może. Idealny prezent na urodziny. Pod warunkiem, że nie jest się przewrażliwionym na widok martwych ptaków (śmiech).

Wojciech Gunia: Jakoś tak się składa, że te martwe ptaki mnie prześladują (śmiech). Serio, nie szukam takich widoków, i nie cieszą mnie one, ale statystycznie zdarzają mi się pewnie nieco częściej niż innym ludziom, no i – co zrobić – są na ogół fotogeniczne. Jak mam pod ręką aparat, to na ogół nie mogę się powstrzymać, żeby nie zrobić kilku zdjęć. Co oczywiście prowokuje dziwne spojrzenia na ulicy, bo widok ubranego na czarno typa w kapturze, który pochyla się nad ptasim truchłem, to raczej nie jest coś, co wygląda do końca normalnie (śmiech). Wiem, że to może się wydawać niezdrowe, ale – ostatecznie – fotografowanie martwych ptaków nie jest chyba tak szkodliwe, jak na przykład oglądanie reality show.

„Złe wszechświaty” to niewątpliwie przełom, i nie chodzi mi tu tylko o to, że po raz pierwszy pokazujesz swoje fotografie w zwartej publikacji, bowiem sama proza, często krótka i szybka, także mocno różni się od tego, co opublikowałeś do tej pory. Powiem ci, że taka krótka forma wychodzi ci rewelacyjnie. Czemu więc dopiero teraz dostajemy coś takiego, jak „Złe wszechświaty” i jak to się w ogóle zaczęło?

– Tak naprawdę, to kiedy Edipresse wydało niesławną księgę „Za hajs matki baluj”, postanowiłem, że zrobię coś podobnego, tyle że nie dla imprezowiczów, ale dla nihilistów (śmiech). A tak serio, cała afera z tą książką zaczęła się już dawno, od mojego bloga [„Labirynt z liści” – przyp. JSZ]. Wrzucałem tam sobie takie krótkie notki, na ogół pisane
w stanach, w których musiałem z siebie coś szybko wyrzucić, żeby mnie od środka nie rozerwało, i to się tak zbierało i zbierało. Sam pomysł na tego rodzaju krótkie, fragmentaryczne formy to pewnie efekt częstego obcowania z Pessoą, Cioranem i kilkoma innymi pisarzami. Na przykład z poematami prozą Francisa Ponge’a, z krótkimi prozami Andrzeja Bursy, jak i również z prozą poetycką Zbigniewa Herberta. Podoba mi się w takiej formie jej syntetyczność, bo tu trzeba zawrzeć myśl albo emocję w sposób bardzo precyzyjny, jak i pewien komfort pisarski, wynikający z tego, że nie trzeba danej myśli ubierać od razu
w rozbudowaną fabułę. Wiesz, ja nie jestem pisarzem, który za bardzo lubi pisać; nie mam jakiejś szczególnej frajdy z klepania w klawiaturę, kreowania świata tekstu, postaci i wżywania się w nie, aby o nich opowiedzieć. W tym przypadku musiałem po prostu zaczekać, aż uzbiera mi się odpowiednio dużo tego rodzaju materiału na pełną książkę. Na szczęście, sam proces składania tego w całość znacznie przyspieszył, kiedy pomyślałem o tym, aby pożenić te formy
z fotografiami. To znaczy, odkąd nabrałem odpowiedniej pewności siebie jako fotograf, żeby przestać obawiać się wystawienia na widok publiczny zdjęć, które robię. Mam też wrażenie, że to może być, w jakimś tam sensie, wynik uczestnictwa w kulturze obrazkowej Internetu, gdzie tekst stanowi uzupełnienie obrazu, albo na odwrót.

Długo moglibyśmy mówić o tym, jakie tematy i motywy poruszasz w warstwie tekstowej.
Z pewnością ci, co ciebie znają, nie będą wielce zaskoczeni, a ci, którzy cię nie znają, będą mieli okazję zacząć, jakby to ująć, od końca twojej drogi pisarskiej, co też nie jest złą opcją. Z mojej perspektywy, jesteś tu w najlepszej formie, bowiem ja akurat mierzę jakość pisarstwa, oprócz innych elementów, stopniem zwięzłości opowiadania. Czechow mawiał, że sztuka pisania to sztuka skracania, i moim zdaniem miał absolutną rację (śmiech).

– Z tą zwięzłością nie do końca się zgodzę. Twierdzenie Czechowa jest aksjomatyczne i przez to radykalne, a ja uważam, że w pewnych okolicznościach, wobec pewnych celów literackich, wobec pewnego projektowanego odbiorcy i wobec własnej wrażliwości, pisarstwo może, a nawet powinno, pozwalać sobie na rozpasanie, wręcz na hipertroficzność. Wszystko oczywiście zależy od tego, czy zachowujemy zasadę decorum, czy stylistyka i forma jest adekwatna do tematu. To temat oraz jego konteksty niejako je warunkują, i to jest już sytuacja, która wykracza poza ten aksjomat redukcji. Jednocześnie zgadzam się całkowicie z redukcją w odniesieniu do samej kompozycji; nic mnie tak nie drażni, jak książki przegadane, przeładowane wątkami, postaciami, jakby zamiast na idei czy myśli skupiano się na próbie zawarcia w sobie całego świata, z całą jego złożonością, która, niestety, w takim natłoku rzeczy zamienia się najczęściej w lanie wody. Choć oczywiście są wyjątki, jak na przykład „Młyny Boże” Truchanowskiego; to jest gargantuiczne właśnie przez ambicję Truchanowskiego, żeby dokonać całościowej syntezy świata. Ok, zabrnąłem w dygresję (śmiech). Mam na myśli, że nie do końca przemawia do mnie taka posunięta do skrajności ekonomiczność języka, ale z pewnością masz rację, że „Złe wszechświaty” to obydwie redukcje: języka i kompozycji. I z tego akurat jestem bardzo zadowolony, bo wydaje mi się, że taka proza się z fotografiami idealnie skleja i – co najważniejsze – nie ma w tej książce rzeczy zbędnych.

Uważam, że w pewnych okolicznościach, wobec pewnych celów literackich, wobec pewnego projektowanego odbiorcy i wobec własnej wrażliwości, pisarstwo może, a nawet powinno, pozwalać sobie na rozpasanie, wręcz na hipertroficzność. Wszystko oczywiście zależy od tego, czy zachowujemy zasadę decorum, czy stylistyka i forma jest adekwatna do tematu.

To jak więc wyglądał „przesiew” oraz redakcja tych krótkich form? Jestem pewien, że było ich więcej, aniżeli te, które ostatecznie trafiły do książki.

– Tak, tych utworów było więcej, ale po prostu nie wszystkie pasowały. Zależało mi na stworzeniu takiej „narracji poza narracją”, czyli żeby to się składało w jakąś spójną opowieść.
A może nie opowieść, a bardziej na obraz. Więc, naturalnie, usuwałem to, co nie pasowało. To jest oczywiście ―  jako poeta zdajesz sobie z tego sprawę ― trochę walka z wiatrakami, bo język z natury jest redundantny i taka też jest mechanika mówienia, czy w ogóle ekspresji. Ja starałem się pracować nad słowami tak, aby były ekwiwalentem kolorystyki: w tym przypadku redukcja słów i wątków musiała odpowiadać redukcji kolorów. I do tego dążyła też moja redakcja. Dam ci przykład: najkrótszy tekst z całego zbioru, „Krople”, skróciłem do bodaj sześciu słów, a kiedy je napisałem, miały słów aż osiem. A jednak te dwa słowa, ostatecznie usunięte, rozrzedzały tekst. Jak na ironię, tekst o wodzie (śmiech).

Można to traktować jako zapowiedź kierunku, w którym zamierzasz pójść w przyszłości?

– I tak, i nie. Kurde, to jest szersza kwestia. Ja generalnie dążę do tego, aby operować coraz oszczędniejszymi środkami, ale jednocześnie nie rezygnować z tego, co sobie założyłem, gdy zająłem się pisaniem i – powiedźmy – budowaniem swojego stylu. Jeśli jedną z cech podejścia w ten sposób do prozy jest pewna poetyckość stylu, to właśnie dlatego, że poezja pozwala na artykulację treści, które nie są możliwe do wypowiedzenia wprost, poezja jest wymyślaniem języka dla rzeczy, dla których nie ma języka. Z drugiej strony, nie mam już w sobie potrzeby budowania kilometrowych zdań naładowanych wszelkimi możliwymi środkami stylistycznymi. Więc kierunek dla stylu, który chciałbym przyjąć, to taka „poetycka oszczędność”; powiedźmy, że McCarthy z „Krwawego południka” byłby tu dobrym odniesieniem. Natomiast co do formy, to zamierzam pisać po prostu to, co mi siedzi w głowie. Nigdy nie wierzyłem w planowanie tekstu, w kierowanie swoim rozwojem autorskim, wierzę raczej w poddawanie się tekstowi, który chce być napisany w taki, a nie inny sposób. Jeśli „Złe wszechświaty” wskazują na jakiś kierunek, który mnie interesuje, to raczej na pewną intermedialność. Być może będę wykorzystywał w swojej pracy więcej fotografii, a może będę w większym stopniu korzystał z video. Z pewnością chciałbym spróbować kolaboracji literacko-muzycznej, jak na przykład te Ligottiego i Tibeta na płytach Current 93. Ale to są takie, wiesz, luźne plany. Książki, które mam w mniej lub bardziej konkretnych planach to raczej bardziej standardowe formy narracyjne, w tym jedna dość duża powieść.

Powiedziałeś mi, na długo zanim „Złe wszechświaty” miały swoją premierę, że to najbardziej osobista książka, jaką złożyłeś. Znając ciebie już trochę, traktowałem to z przymrużeniem oka. Przyznam jednak, że już w trakcie czytania, byłem zaskoczony, jak bardzo ta deklaracja się tutaj zgadza. Odnoszę wrażenie, że tak to pomyślałeś, żeby przez intymność przemyśleń i tematów – nieraz autobiograficznych – wciągnąć czytelnika.

– Tak, ale to wynika z tego, o czym mówiłem ci wcześniej. Ja te teksty pisałem, że tak to górnolotnie określę, krwią i żółcią, w stanach, w których taka ekspresja była po prostu sposobem na zapanowanie nad tym, co działo mi się w głowie. Skoro to się bierze wszystko z bardzo silnych emocji, to jest oczywiste, że kontekst tych emocji musi być bardzo osobisty, stąd dużo wątków, nazwijmy je, autobiograficznych. Aczkolwiek nie chciałem ani przez moment, aby ktoś traktował tę prozę w sposób autobiograficzny. Pisanie autobiograficzne per se w ogóle mnie nie interesuje, chyba, że czerpię z materii, jaką jest moje życie i z niego wówczas staram się ukształtować coś, co wychodzi ku kwestiom bardziej uniwersalnym. Tworzenie wnikliwych autobiografii, których podmiot z siebie samego tworzy przedmiot, zalatuje mi narcyzmem, jakimś lekko żałosnym skupianiem uwagi na samym sobie, a ja, jeśli faktycznie skupiam uwagę na samym sobie, to raczej po to, aby w sobie zobaczyć to, co na mnie samym się odciska, żeby z tego, jak jestem ukształtowany, wyciągnąć i zrozumieć to, co mnie kształtuje. Więc ty wiesz, co nawiązuje do kawałków przeszłych z mojego życia, bo o tym rozmawialiśmy, ale nie musi wiedzieć o tym czytelnik, zresztą nie sądzę, aby ta wiedza była mu potrzebna do czytania tej książki. Wręcz odwrotnie. Natomiast jeśli coś w tej książce wciąga, to na pewno jej emocjonalność, bo to jest z moich książek rzecz najbardziej emocjonalna. Nawet, jeśli te emocje sprawiają wrażenie cedzonych przez zaciśnięte zęby albo artykułowanych z grobowym spokojem (śmiech).

Wojciech Gunia, fot. materiały prasowe

Z wydawcą Krzysztofem Bilińskim miałeś już wcześniej okazję współpracować przy wznowieniu „Powrotu” [debiutancki zbiór opowiadań Guni ― przyp. JSZ], więc zdążyliście się już poznać na linii autor ― redaktor. Jak tym razem układała się Wasza współpraca? Co było największym wyzwaniem i o co dbaliście najbardziej przy dopinaniu tego projektu?

– Jak zauważyłeś, z Krzyśkiem poznaliśmy się już dość dobrze zarówno na linii autor ― wydawca, jak i też na płaszczyźnie osobistej, tak więc wiedzieliśmy obydwaj, jaki mamy tryb działania, na co zwracamy uwagę, i ― przede wszystkim ― jakie mamy priorytety. Jesteśmy też pod wieloma względami ludźmi podobnymi charakterologicznie; przykładamy wagę do podobnych wartości i mamy podobną etykę pracy. Toteż współpraca układała się bezproblemowo. W przypadku „Złych wszechświatów” największym wyzwaniem było przede wszystkim opracowanie spójnej formy wizualnej dla takiego połączenia słów z obrazami. Zazwyczaj mamy albumy uzupełnione tekstem albo teksty ilustrowane materiałami wizualnymi. W tym przypadku jest trochę inaczej, ponieważ tu zarówno teksty, jak i zdjęcia są tak samo ważne, obydwie warstwy tworzą własne narracje, a jednocześnie „pracują” ze sobą. Zatem poukładanie tego, a następnie opracowanie graficzne ― począwszy od formatu książki, okładki autorstwa Klaudii Kieliszczyk, a skończywszy na składzie zrobionym przez Krzyśka ― było o wiele ważniejsze niż w przypadku „zwykłej” książki. Ten proces trochę potrwał. Kolejnym wyzwaniem było zagwarantowanie odpowiedniej jakości druku. Moje fotografie są bardzo kontrastowe, a jednocześnie przykładam dużą wagę do zachowania odpowiedniej rozpiętości tonalnej zdjęć. Niestety, paleta RGB na ekranie komputera ― nawet w przypadku zdjęć czarno-białych – ma o wiele bogatsze możliwości niż paleta drukarska na papierze. Więc przystosowanie tych fotografii do druku tak, aby nie straciły charakteru i jakości, wymagało od Krzysztofa naprawdę sporej gimnastyki. Tym bardziej, że kiedy robię zdjęcia, to korzystam z różnych aparatów. Zdjęcia do „Złych wszechświatów” były robione przy pomocy chyba pięciu różnych systemów, dwóch mobilnych, dwóch lustrzanych (w tym jednego pełnoklatkowego i jednego APS-C) i jednego bezlusterkowego APS-C. Każdy system to inna specyfika plików, co przekłada się na dość zróżnicowane rezultaty, którym tutaj trzeba było nadać spójny charakter.

Pisanie autobiograficzne per se w ogóle mnie nie interesuje, chyba, że czerpię z materii, jaką jest moje życie i z niego wówczas staram się ukształtować coś, co wychodzi ku kwestiom bardziej uniwersalnym. Tworzenie wnikliwych autobiografii, których podmiot z siebie samego tworzy przedmiot, zalatuje mi narcyzmem, jakimś lekko żałosnym skupianiem uwagi na samym sobie, a ja, jeśli faktycznie skupiam uwagę na samym sobie, to raczej po to, aby w sobie zobaczyć to, co na mnie samym się odciska, żeby z tego, jak jestem ukształtowany, wyciągnąć i zrozumieć to, co mnie kształtuje.

Do tej pory tytuły Twoich książek były raczej niepozorne i/albo stylistycznie oszczędne, a „Złe wszechświaty” wręcz narzucają się epickością, dosłownie walą nią między oczy (śmiech). Dlaczego dobór akurat takiego tytułu?

– Z tą epickością jest o tyle zabawnie, że „Złe wszechświaty” to najoszczędniejsza fabularnie książka, jaką napisałem, przy czym „najoszczędniejsza” to w tym przypadku ładny eufemizm na słowo „afabularna”. Natomiast tytuł pochodzi od jednego z tekstów, który na tle pozostałych wyróżnia się tym, że są w nim jakieś przebłyski humoru. Cóż, mi też zdarzają się chwile słabości. Pierwotnie książka miała nosić tytuł „Obecność nieusprawiedliwiona”, ale na pewnym etapie komponowania całości uznałem, że w gruncie rzeczy nie chodzi o to, że człowiek jest winny swojej obecności w świecie (bo przecież nikt nie znalazł się tu z własnej winy bądź nieuwagi, najwyżej z cudzej), tylko o to, że ten świat ma takie, jakby to powiedzieć, wyjątkowo upierdliwe wady konstrukcyjne. A że pewien mądry człowiek powiedział, że „żyjemy w najlepszym ze światów”, i ja postanowiłem wyjść z tego założenia, to łatwo sobie odpowiedzieć na pytanie, jak mogą wyglądać pozostałe. Czyli do dupy. A przyznasz że tytuł „Wszechświaty do dupy” prezentowałby się dość dyskusyjnie (śmiech). Ale tak już całkiem serio, to po prostu szukałem tytułu, który byłby i adekwatny i dostatecznie chwytliwy. Może nawet efekciarski, a to chyba ważne, jeśli forma książki też należy do niecodziennych.

Przenieśmy się na moment do przeszłości. Wspominałeś mi raz, że fotografią zainteresowałeś się zanim debiutowałeś prasowo. Co było tym pierwszym impulsem, za sprawą którego postanowiłeś sięgnąć po aparat? Popraw mnie jeśli się mylę, ale chyba ówczesne mieszkanie w Belgradzie było sporą inspiracją. Sądząc po niektórych motywach i atmosferze Twojej prozy, to by się zgadzało (śmiech).

– Ta fotografia gdzieś się zawsze w moim życiu przewijała, począwszy od lat dziecięcych, gdy znalazłem w domowym schowku z różnościami stary aparat, taki jeszcze w pełni analogowy ― na film, wiadomo, ale całkowicie mechaniczny, bez żadnej elektroniki, z ręcznym przewijaniem błony światłoczułej. Potrafiłem godzinami przeglądać negatywy zdjęć z wypraw górskich moich rodziców, sama estetyka negatywu bardzo mnie wtedy fascynowała. Potem tej fotografii było mniej, aczkolwiek wróciła do mnie za sprawą małżonki, która dość intensywnie interesowała się tematem, i tak ja się też w to wkręciłem. Ale to było takie tam pstrykanie. Impuls do tego, żeby zacząć się w tym kierunku rozwijać rzeczywiście dał mi pobyt w Serbii. Belgrad potrafi zrobić cholernie przytłaczające wrażenie. Zwłaszcza zimą i jesienią, gdy wyłazi ta cała betonowa szarość miasta, kontrapunktowana zaciekami i korozją. Przeprowadzka tam była dla mnie dość intensywnym przeżyciem, a sam fakt emigracji okazał się psychicznie dotkliwy, więc te belgradzkie krajobrazy poniekąd były doskonałą scenerią dla emocji, jakie w sobie wtedy dusiłem. Wyciąganie poprzez fotografię esencji tego subiektywnego patrzenia na świat, ta fotograficzna psychotopografia, okazały się dla mnie bardzo oczyszczające. Więc były dwa czynniki: pierwszy z uwagi na Belgrad ze swoimi powojennymi ruinami straszącymi w samym środku miasta, twierdzą Kalemegdan i brutalistyczną architekturą to fotograficzny samograj. Drugi czynnik był zawodowy: mój ówczesny szef stwierdził, że po pierwsze, mam zająć się obsługą fotograficzną Ambasady ― bo pracowałem w Ambasadzie ― a po drugie otrzymałem zadanie przygotowania wystawy fotograficznej. Dodajmy ― plenerowej i w dużych formatach. Do pierwszego zadania dostałem nowy aparat ― pierwszy „poważny” system lustrzankowy i Photoshopa. Mam tak, że jeśli ktoś stwarza mi pewne możliwości, to jest dla mnie sprawą honorową, aby się do roboty przyłożyć, więc zacząłem dość intensywnie uczyć się pracy z tymi narzędziami. Obowiązek zrobienia wystawy był też dla mnie okazją do przyspieszonego kursu z tematów takich jak rozmiar, rozdzielczość i ogólne przygotowanie zdjęć do druku. No i tak się przez tę krzyżówkę okoliczności zawodowych z miejscem, w którym wylądowałem, wkręciłem w temat fotografii już na serio.

Swoją drogą, był jakiś konkretny album z tekstem, albo album, który zainspirował Twój obecny kierunek? Jeśli nie liczyć albumów uznanych fotografów z dołączonym esejem, taki miks form raczej rzadko się spotyka…

– Album z tekstem w zasadzie nie, za to z pewnością mógłbym powiedzieć o fotografach, których praca mnie inspirowała, i takim numerem jeden jest bez wątpienia Edward Hartwig, zwłaszcza jego album „Wierzby” z 1989 roku. Oczywiście, w czasach, kiedy tworzył Hartwig, technika fotograficzna znajdowała się nie tyle na innym poziomie, co po prostu podlegała zupełnie innym prawom ― mówimy wszak o zdjęciach w pełni analogowych, na kliszach o minimalnej w porównaniu z dzisiejszymi matrycami światłoczułości, wykonywanych przy pomocy optyki, której daleko do współczesnych, superostrych i bardzo elastycznych w pracy konstrukcji. A jednak te fotografie Hartwiga mają w sobie tę trudno definiowalną magię; coś, co sprawia, że zaklęła się w nich esencja tematu. Genialne kompozycje, to na pewno, ale też wydobyta światłocieniem faktura powierzchni, a także wylewająca się z kadru niesamowitość ― bo to jest ten rodzaj fotografii krajobrazowej, która nie tyle pokazuje wiernie krajobraz, ile wyodrębnia z niego to, co niezwykłe, niesamowite. Być może Hartwig tak mocno do mnie trafił, ponieważ przypomniał mi dwa inne bodźce, które kiedyś zrobiły na mnie bardzo mocne wrażenie; pierwszy trop to oczywiście dzielące tytuł, ale po części także nastrój z jego „Wierzbami” opowiadanie Algernona Blackwooda, jeden z tych kanonicznych utworów literatury grozy. Drugi to „Begotten” Eliasa E. Merhige’a, czyli też horror ― tyle że monochromatyczny, ceremonialny. Więc tak, zdjęcia Hartwiga mają w sobie ― oprócz piękna ― coś niezwykle niepokojącego. Ogromne wrażenie zawsze robiły też na mnie fotografie Zdzisława Beksińskiego. Powiem szczerze, że malarstwo Beksińskiego z biegiem czasu coraz słabiej do mnie przemawia, ono stało się jakiegoś rodzaju internetowym memem, natomiast o ile Beksiński-malarz coraz słabiej do mnie mówi, o tyle coraz bardziej doceniam właśnie jego twórczość fotograficzną i prozatorską. Bardzo silne wrażenie zrobił też na mnie fotoesej Tomasza Gudzowatego pt. „Shipwreckers”; to było naprawdę niezwykłe, bardzo organiczne zespolenie człowieka z ogromnymi, korodującymi kolosami ze stali. Oczywiście, ci wszyscy fotografowie robią zupełnie inne zdjęcia, interesują ich inne tematy, a ja sam nie śmiałbym się do nich w żaden sposób porównywać. Po prostu te ich kadry wryły mi się w głowę i stanowią pewne źródło odniesienia, kiedy sam robię zdjęcia ― na pewno dążę do wydobycia tej organiczności z fotografowanych powierzchni, i pewnie dlatego preferuję jednak fotografię czarno-białą.

Przeczytaj także:

Nie boisz się głosów, że „Złe wszechświaty” zostaną odebrane jako pretensjonalne dzieło gościa, który chce poszerzyć grono odbiorców, uprawiając teraz coś na rodzaj „horroru fotograficznego”? W sumie nie powinienem podsuwać ludziom pomysłów… (śmiech)

– Szczerze? Mam to w dupie. Wiesz, ja od pewnych tematów ― dość ciemnych ― w swojej twórczości nie ucieknę, tak, jak nie ucieknę od swojego języka. To, czy środkiem jego wyrazu jest proza, czy fotografia, jest dla mnie drugorzędne, więc jeśli ktoś uzna „Złe wszechświaty” za twór pretensjonalny, to jest spore prawdopodobieństwo, że moje wcześniejsze prace również uważa za pretensjonalne. No trudno, po mnie to spływa. Jestem świadomy tego, co i jak chcę powiedzieć, i to jest dla mnie ważne, a nie to, czy się to komuś nie spodoba. Co do „poszerzania grona odbiorców”, co jest dla mnie zawsze równoznaczne z parciem na lans, to jest to akurat opinia, którą mógłby wygłosić ktoś, kto w ogóle mnie nie zna, a opinie takowych jednostek, które nie poznawszy przedmiotu opinii wygłaszają jakąś radykalną opinię, nie mają dla mnie żadnej wartości i jakiegokolwiek znaczenia.

Skupmy się jeszcze na chwilę na samych zdjęciach. Jak wygląda proces fotografowania u ciebie? Czy masz uprzednio pomysł i aranżujesz sytuację pod zdjęcie, czy raczej zdjęcie jest efektem czegoś niepowtarzalnego, na co akurat zwróciłeś uwagę i miałeś szczęście to uchwycić?

– Nie znoszę fotografii aranżowanych. Zdecydowana większość ujęć, które wykonuję, to zdjęcia czysto sytuacyjne: kombinacja tematu i niepowtarzalnego kontekstu, jaki na przykład daje światło o konkretnej porze dnia albo chmury. Oczywiście sam sobie teraz przeczę, bo jednak stałym motywem wokół którego jest zbudowana wizualna warstwa „Złych wszechświatów” są zdjęcia masek wiszących w powietrzu, płonących masek albo już na wpół spalonych masek. Nie wiem, czy powinienem o tym tu mówić, bo to może zabrzmieć dla niektórych osób zbyt dziwacznie, kiedy nie widzą, o czym mówię… (śmiech). Ale dobrze, jak już zacząłem, to skończę. Ja te maski musiałem przygotować, a potem gdzieś je ze sobą zabrać, podpalić, ułożyć, kadry jakoś skomponować, wybrać uprzednio odpowiedni obiektyw, potem w postprodukcji usunąć zbędne elementy. Jak widzisz, całkiem sporo pracy, jak na człowieka, który nie znosi zdjęć aranżowanych. Aczkolwiek tutaj też zostawiłem pewne pole dla działania przypadku i nie byłem pewien, jaki ostatecznie będzie rezultat. Zdjęcia spalonych masek leżących w błocie również są dziełem przypadku, nie planowałem ich. Natomiast, co do zasady, jestem raczej tym typem fotografa, który stara się łapać chwile i zdarzenia, czyli ― właśnie ― otwieram się na przypadek. Tak jest przecież ze zdjęciami martwych ptaków, bo chyba powinno być jasne, że ich nie uśmiercam po to, żeby mieć ładną fotografię (śmiech).

Te ostatnie dwa lata były u ciebie, przyznasz, dosyć intensywne. Planujesz wziąć pisarski urlop, czy niebawem możemy się spodziewać czegoś jeszcze?

– Te dwa lata były nie tyle intensywne, co wyczerpujące. Ale tak się stało trochę z mojej winy, po prostu wziąłem sobie na głowę za dużo projektów. Ale nie, nie planuję urlopu od pisania, raczej po spełnieniu zobowiązań, które mam, zamierzam ograniczyć poważnie liczbę nowych inicjatyw, i skupić się wyłącznie na pisaniu i tłumaczeniu. Ale jak znam życie i siebie, nic z tego nie wyjdzie i znowu sobie dowalę. Na pewno chcę popracować nad wznowieniem „Domu wszystkich snów” u nowego wydawcy.

To co, powodzenia z książką.

– Dzięki, przyda się. Świat ludzi robiących zdjęcia jest bardzo zabawny. Ludzie na forach fotograficznych potrafią sobie jechać od najgorszych w dyskusjach o tym, czy lepsze jest 28 mm czy 35 mm, i wszyscy szukają tej mitycznej „plastyki obrazu”, choć tak naprawdę nikt nie wie, co to oznacza. Fora polityczne w porównaniu z forami fotograficznymi to oazy spokoju, kultury i dystansu do siebie. Ale w sumie cieszy, że fotografia potrafi budzić takie intensywne emocje (śmiech).

Rozmawiał Jacek Szafranowicz

Wojciech Gunia  – absolwent Wydziału Polonistyki UJ. Prozaik, okazjonalnie publicysta i tłumacz. Debiutował w 2013 roku w antologii „Po drugiej stronie. Weird fiction po polsku”. Rok później ukazał się jego pełny zbiór opowiadań „Powrót”, uznany przez wielu czytelników i krytykę za jedną z najoryginalniejszych i najlepszych książek polskiej literatury grozy ostatnich lat. W 2016 roku ukazała się jego świetnie przyjęta powieść „Nie ma wędrowca”. Na początku 2018 r. do rąk czytelników trafiła trzecia książka Guni, „Miasto i rzeka”, zaś w 2020 r. „Dom wszystkich snów”, łączący zbiór opowiadań, powieść i poemat prozą. Najnowsza książka Guni, „Złe wszechświaty”, ukazała się w 2021 roku. Publikował w czasopismach „Histeria”, „OkoLica Strachu”, „Nowa Fantastyka”, „Trans/wizje” i „Fenix” oraz w antologiach „Jakie czasy, taki diabeł” i „Maszyna. Antologia horroru industrialnego”. Jest też redaktorem prowadzącym polskiego rocznika weird fiction „Sny umarłych”. Jest laureatem Nagrody im. Stefana Grabińskiego za powieść „Nie ma wędrowca” oraz przyznanych w 2021 r. nagród im. Macieja Parowskiego i Nagrody im. Jerzego Żuławskiego za powieść „Dom Motta”. Jako tłumacz przekładał głównie prozę Thomasa Ligottiego, obecnie pracuje nad tłumaczeniami opowiadań Jona Padgetta i Christophera Slatsky’ego – wschodzących gwiazd literackiego horroru w USA.

Cover photo – projekt graficzny Klaudia Kieliszczyk, fot. materiały prasowe

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: