felieton

Zakazane miłości | Felieton Dawida Kornagi | #przerwanysenkornagi

Po obejrzeniu — chwytającego przynajmniej mnie za serce — filmu „Świat, który nadejdzie”, z ciekawością zapoznałem się z jego recenzjami. Szczególnie ubodło mnie twierdzenie, że to historia miłości niemożliwej. Bo co? Bo między dwiema kobietami? Dwiema mężatkami? Dwiema żonami farmerów, na amerykańskim pustkowiu, w połowie dziewiętnastego wieku? Że to było niemożliwe? Tak jak miłość dwóch kowbojów z „Tajemnicy Brokeback Mountain”. Nie wierzcie recenzentom i „mahatmom gandhim” stuprocentowych zapewnień, że ta miłość była niemożliwa. Miłość z założenia jest niemożliwa, a wciąż się zdarza. Bez znaczenia, kto z kim i kto kogo, miłość jest bezwarunkowa, bezkompromisowa, wręcz totalitarna, by wbrew wszystkiemu wyjść na swoje – pisze we wrześniowo-październikowym felietonie Dawid Kornaga.

Dawid Kornaga, fot. Rafał Meszka dla zupelnieinnaopowiesc.com

Łatwiej jej w przypadku heteroseksualnym. Co potwierdza choćby biblijna „Pieśń na Pieśniami”. Role rozdane, zresztą zgodnie z naturą i prokreacją. Do roboty marsz, kochać się, związywać ze sobą, dzieci robić, państwo tworzyć. Mniej więcej ten deseń, adekwatny praktycznie dla każdej nacji. I nic w tym dziwnego czy szczególnego. Robota musi zostać wykonana w imię przedłużania gatunku, tyle. Jest w tym siła przetrwania, jest w tym również nieuchronność relacji i poniekąd oczywistość bliskości fizycznej. Żeby wbić gwóźdź, potrzebny jest młotek. Nie tacy przed nami robili, co musieli, nie tacy po nas będą to kontynuować.

Miłość do przedstawiciela własnej płci to jest dopiero wyzwanie, które wyrasta poza zwyczajną miłość, tak oczywistą i tak akceptowaną od tysiącleci. Miłość kobiety do kobiety, miłość mężczyzny do mężczyzny — to też jest jak najbardziej zgodne z naturą, skoro ta na to pozwala, koduje to w DNA wybranych jednostek biologicznych. Ma w tym swój cel, by sublimować nasz gatunek, różnicować go i wzbogacać, konsekwentnie nie pozwalając zastygnąć mu w „raz danych” oczywistościach. Dlatego to jest właśnie ten świat, który szczęśliwie już nadszedł, kiedy społeczeństwa na całej planecie, wbrew mentalnym talibom ze swoich podwórek, w pełni zaakceptowały różnorodność miłości. Ta uwaga dotyczy jednak ustrojów cywilizowanych, nie ma bowiem co się oszukiwać, że na wielu szerokościach i długościach geograficznych ten świat jeszcze nie nadszedł i długo nie nadejdzie. Nie znaczy to, że mamy odpuszczać.

Miłość do przedstawiciela własnej płci to jest dopiero wyzwanie, które wyrasta poza zwyczajną miłość, tak oczywistą i tak akceptowaną od tysiącleci. Miłość kobiety do kobiety, miłość mężczyzny do mężczyzny — to też jest jak najbardziej zgodne z naturą, skoro ta na to pozwala, koduje to w DNA wybranych jednostek biologicznych.

Więc tym bardziej dziwię się, że ludzie wierzący w Boga mają problemy z zaakceptowaniem, no właśnie, nie inności! Tylko po prostu swoich bliźnich. Skoro są tacy, jacy są, to co im do tego? Wolą zmusić, naznaczyć, upokorzyć, wykluczyć? Naprawdę tak uważacie, wy, pewni swojej wiary i przekonań? Usiłujecie zabronić miłości, a więc czegoś, co buduje, niekoniecznie kolejnym potomkiem, tych i tak już prawie osiem miliardów, naprawdę Ziemia kiedyś tego nie wytrzyma i ześle na nas jeszcze tak oczyszczające populację wirusy, o jakich nie śniło się wszystkim razem wziętym ministrom zdrowia wszystkich krajów na całej planecie.

Literatura potrafi w niezwykle sugestywny sposób przybliżyć odczucia innego. Niektóre filmy potrafią to jednak jeszcze bardziej. Jak właśnie wspomniany „Świat, który nadejdzie” (USA 2020, reż. Mona Fastvold), zresztą adaptacja prozy Jima Sheparda. By nie spoilerować, tylko parę faktów: spokojny, wręcz kojący głos narratorki. A potem 51 minuta, kiedy wszystko tylko z pozoru staje na głowie. Poza tym na pierwszym i drugim planie intensywny głód miłości. Tak ogromny, że sam miałem ochotę przenieść się w tamte czasy, w tamte sekwencje zdarzeń i pocieszyć nasze dwie ujmujące bohaterki. Pomóc im jakoś, usunąć wszelkie przeszkody, żeby mogły być ze sobą. Bo mogłyby jak najbardziej, gdyby żyły w świecie, który nadszedł. Tam, w kiecach farmerskich żon nie miały szans wydostać się z klatki. I nie chodzi o to, że były więźniarkami patriarchatu — jeszcze większymi byli ich mężowie. Jeden skazany na totalną podległość nakazom, drugi z jakąś migoczącą nadzieją, że jest choć trochę poza tym. Również dzięki swojej „niesfornej” żonie.

Zakazane miłości, od wieków drylowane ze swojego autentyzmu czy nieuchronności, miłości sterowane, miłości gniecione w dłoniach panów hierarchii życia niczym kawałki rozdartego papieru — dzisiaj łatwiej nam zrozumieć motywacje, zaakceptować inność, która wcale nie jest innością, a po prostu rozszerzoną przez naturę różnorodnością. Mimo to wciąż będą pojawiać się tacy, którzy nie chcą, by ten świat nadszedł; wydaje się im, że wyłącznie ich wybór jest wyborem uniwersalnym. W rzeczywistości nie mają żadnego wyboru. Tacy są, żądlące osy w mentalnym kloszu dwa na dwa centymetry.

Zakazane miłości, od wieków drylowane ze swojego autentyzmu czy nieuchronności, miłości sterowane, miłości gniecione w dłoniach panów hierarchii życia niczym kawałki rozdartego papieru — dzisiaj łatwiej nam zrozumieć motywacje, zaakceptować inność, która wcale nie jest innością, a po prostu rozszerzoną przez naturę różnorodnością.

Nie ma zakazanych miłości. To mit, który np. w Hollywood pielęgnują głodni finansowych bonusów marketingowcy: sprzedać inność w opakowaniu, które wzbudzi wzmożoną zachłanność konsumentów. Inne z założenia zawsze przyciąga. Co też oni tam wyprawiają w sosie własnym, pytają sprawiedliwi tego świata. Według siebie sprawiedliwi, bo w rzeczy samej przypominają nazioli czy ziobrystów, to bez znaczenia, naziole czy ziobryści to już synonimy tego samego antyludzkiego odczuwania i piętnowania każdego, kto nie jest taki sam jak oni/my.

Tak jak są „przegięci” heterycy, tak są przegięci „homosie”. Czy to jednak źle świadczy o tych czy tamtych? Dlaczego jednym wolno więcej, a drugim mniej, a jak coś tam jeszcze ogarną po swojemu, to zaraz są właśnie „przegięci”? Nie ma sensu odpowiadać na te pytania, ponieważ prowadzą z kolei do taniej publicystyki i ahistorycznej fali żądań bez pokrycia.

Pozostaje raczej opcja postawienia na swoim. Bez względu na koszty, jak zrobiły to bohaterki „Świata, który nadejdzie”. Miłość, kiedy zaczynają ci ją dawkować, ustawiać wedle swojej mody, w ramach sprzeciwu może przejść gładko w terroryzm. A wtedy uważajcie, niezakochani tego świata. Dziś zakazujecie wy, jutro zakażą wam.

I was.

Przeczytaj także:

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: