wywiad

Przemek Corso: To moja najważniejsza książka | Rozmawia Przemysław Poznański

Jeśli znajdziesz w „Serca twego chłód” tylko literaturę rozrywkową, to dobrze. Cieszę się i życzę ci żeby była satysfakcjonująca. Jeśli odkryjesz komentarz społeczny dotyczący tego kim i gdzie jesteśmy jako społeczeństwo, to dobrze. Jeśli zastanowisz się nad istotą człowieczeństwem, to dobrze. Jeśli zastanowisz się nad swoim związkiem, małżeństwem, to bardzo, bardzo dobrze. Bo to książka o miłości, stracie i odpowiedzialności, a mordercy to tylko pretekst – mówi autor powieści Przemek Corso*. Rozmawia Przemysław Poznański.

Przemek Corso, fot. Daniel Szulda

Przemysław Poznański: Skąd się bierze seryjny morderca? Bo przecież nie znikąd – ani w społeczeństwie, ani w głowie pisarza.

Przemek Corso: Ludzie szukają wytłumaczenia, powodu, przyczyny, sensu nawet tam, gdzie go nie ma. To najbardziej fascynujący, a zarazem przerażający wniosek z całego researchu, który zrobiłem, pracując przy „Serca twego chłód”. Seryjny morderca, bo o seryjnych mowa, po prostu się rodzi i taki zostaje. I nie najmniejszego dowodu na to, że można go „naprawić”, czy uleczyć. Co więcej: psychopaci z żądzą mordu w dna, podczas terapii mogą się nauczyć jak jeszcze bardziej manipulować ludźmi. To był jeden z punktów wyjścia do napisania tej książki. Sam pomysł na Kubę przyszedł mi w miarę wcześnie, bo miałem siedemnaście lat, gdy napisałem opowiadanie pod tytułem „Potwór, czyli teoria potwornego szczęścia w życiu codziennym”. To opowiadanie jest króciutkie i mówi o gościu, który ma ułożone, harmonijne życie, odniósł sukces, ma pieniądze. I tylko od czas do czasu kogoś zabija. Po kilkunastu latach, w tym dziesięciu małżeństwa, po tym jak zostałem ojcem, zrozumiałem jak duży potencjał tak naprawdę ma ta historia. Bo widzisz „Serca twego chłód” to w pewnym sensie zabawa tym wizerunkiem seryjnego mordercy, który już się utarł w popkulturze, czyli mordercy, z którym sympatyzujemy, mordercy, którego – jak nam się zdaje – rozumiemy, mordercy, którym się trochę fascynujemy. Mordercy zakorzenionego w popkulturze. Spodobała mi się koncepcja, żeby to złamać, zagrać oczekiwaniami czytelnika. Bo książkowy Kuba, czyli właśnie seryjny morderca, którego tak pokochali czytelnicy, jest zwyczajnie zły, nieważne jak bardzo byśmy go nie polubili czy nie próbowali go tłumaczyć, on pozostaje zły, po prostu zły.

I przerażająco prawdziwy.

– Dla miłośników gatunku seryjni mordercy, czy psychopaci to trochę chleb powszedni. Znają Hannibala z książek Thomasa Harrisa, Dextera z książek Jeffa Lindseya, czy Patricka z książki Breta Ellisa. I to trochę walka z wiatrakami, bo czytelnicy znają te archetypy, a także wszystko to co z nich wyrosło. Dlatego ja zacząłem trochę z drugiej strony. Czytałem opracowania i wywiady z wypiekami na twarzy. Oglądałem filmy dokumentalne, sprawdzałem jak się zachowują psychopaci, jak mówią. Przerażający był ich brak skruchy, ich czarujący uśmiech, jak u Dirty Johna czy Teda Bundy’ego. To osoby czarujące, które oplatają ludzi swoimi metaforycznymi mackami. Psychopata nie musi być nieczułym, aspołecznym człowiekiem, może być wysoko funkcjonalny, ale równocześnie bezwzględny, nieempatyczny. Co ważniejsze jednak… psychopata nie musi być seryjnym mordercą, Może być drapieżnikiem, który krzywdzi ludzi psychicznie.

Twoja manipulacja – o czym pisałem w recenzji – polega na tym, że choć Kuba jest zły, to zbudowałeś go w taki sposób, by w sumie nie dało się go nie lubić. Jak go spotykasz po raz pierwszy, to mu kibicujesz.

– Rozmawiałem z psychoterapeutą, który przeczytał „Serca twego chłód”. Powiedział mi, że przeraża go to, jak bardzo czytelnicy sympatyzują z Kubą. Że – to są jego słowa – w kontekście profilu psychologicznego można by o Kubie zrobić wykład, bo Kuba racjonalizuje każdy swój nawet najgorszy uczynek, a fascynacja tą postacią wynika z faktu, że jego motywacje przedstawione są po prostu bardzo logicznie. Kuba reprezentuje siłę i opanowanie. Ma kontrolę.

Przeczytaj także:

Jest w książce fenomenalna pierwsza scena w biurze, gdzie Kuba dopuszcza się słownej przemocy wobec jednego z pracowników. Morderstwo nie jest tu potrzebne do tego, byśmy zobaczyli, że mamy do czynienia z psychopatą.

– Właśnie to miałem na myśli. Ta struktura korporacyjna też jest ważna dla książki, bo „korpo” bardzo często kojarzy się z czymś bezdusznym. Ktoś taki, jaki Kuba idealnie by się w takiej strukturze odnalazła. A co do sceny o której mówisz, tak… Kuba bawi się swoją ofiarą. Upokarza gą, grozi, że ją zwolni, napawa się tym. A morderstwo to tylko formalność. Tu bardziej chodzi o satysfakcję z grania wszystkim na nosie, w tym policji. No bo przecież… to był tylko wypadek w pracy.

Ale jednocześnie wiemy, że ten człowiek, którego Kuba niszczy, dopuścił się drobnego nadużycia finansowego. Nie jest więc postacią krystaliczną. To dlatego wpuszczasz nas w maliny, bo pierwszym odruchem może być kibicowanie Kubie, skoro jest takim „czyścicielem”. Trochę jak Hannibal Lecter czy serialowy Dexter.

– To kwestia czytelniczego sumienia. Pamiętajmy, że Hannibal Lecter potrafił zamordować jednego z członków filharmonii tylko za to, że ten fałszował.

Żadna przewina.

– U mnie pierwsza ofiara zdefraudowała pieniądze w korporacji X, która nawet nie wiadomo, czym się zajmuje. Starałem się czytelnikowi dać przestrzeń, żeby mógł decydować o tym, jak ocenia zło. Ja sam nie oceniam Kuby, daję tylko pewne informacje o nim. Ciekawe jest to, że ludzie kibicują Kubie, a nie Andrzejowi, który jest postacią dobrą… ale tragiczną. Nie zrobił nikomu nic złego, wręcz przeciwnie, jest po prostu bohaterem po przejściach.

Psychopata nie musi być nieczułym, aspołecznym człowiekiem, może być wysoko funkcjonalny, ale równocześnie bezwzględny, nieempatyczny. Co ważniejsze jednak… psychopata nie musi być seryjnym mordercą, Może być drapieżnikiem, który krzywdzi ludzi psychicznie.

Jesteś jednak trochę niesprawiedliwy wobec czytelników, bo przecież właśnie tak konstruujesz postaci, że ta pierwsza reakcja nasuwa się sama. Pokazujesz Andrzeja w taki sposób, że na początku nie da się go lubić. To klasyczny przykład zapijaczonego, zaćpanego policjanta po przejściach. Oczywiście, z czasem dowiadujemy się, dlaczego on taki jest, ale nie zmienia to faktu, że to typ nieprzyjemny dla rodziny, dla siebie samego, autodestrukcyjny.

– W tym jest sedno całej tej opowieści, że rozstawiłem tych bohaterów na szachownicy, a potem zacząłem ich ze sobą zderzać. I to co mówisz, jest dowodem na to, że zawsze wybierzemy to co ładne, jak zdjęcie na Instagramie, czyli odruchowo polecimy na pozory. Na tym polega pułapka, którą zastawiłem na czytelnika.

Pokazujesz nas, czytelników, jako tych, którzy na co dzień ślepo podążają za owymi instagramowymi obrazkami. Chcesz, żebyśmy się otrząsnęli z tej ułudy?

– Jeśli znajdziesz w „Serca twego chłód” tylko literaturę rozrywkową, to dobrze. Cieszę się i życzę ci żeby była satysfakcjonująca. Jeśli odkryjesz komentarz społeczny dotyczący tego kim i gdzie jesteśmy jako społeczeństwo, to dobrze. Jeśli zastanowisz się nad istotą człowieczeństwem, to dobrze. Jeśli zastanowisz się nad swoim związkiem, małżeństwem, to bardzo, bardzo dobrze. Bo to książka o miłości, stracie i odpowiedzialności, a mordercy to tylko pretekst.

Mówiłeś o zderzaniu bohaterów. Tak naprawdę konfrontujesz ze sobą cztery osoby, ale skupmy się na dwóch konfrontacjach: Kuby z Andrzejem i Kuby z Panem Żartownisiem.

– Konflikt Kuby z Andrzejem, który od początku podejrzewa go o to, że jest zabójcą, był główną osią, która sprawiła, że zacząłem pisać tę książkę. Zbudowałem tych bohaterów i ich rodziny na zasadzie yin i yang – z jednej strony mamy piękną rodzinę Kuby, jak z instagramowego obrazka, w której jednak nie ma miłości, jest zimno, z drugiej – dysfunkcyjną rodzinę Andrzeja, którą jednak spaja miłość. Takich bohaterów chciałem zderzyć ze oba, sprawdzić jak wiele mogą się od siebie nauczyć. Bo morałem tej opowieści jest to, że Kuba musi się stać trochę jak Andrzej, a Andrzej trochę jak Kuba. Dzięki temu obaj staną się trochę bardziej ludzcy, co oznacza zachowanie równowagi między dobrem a złem, bez przechylania szali w żadną stronę. Bo Andrzej musi stać się trochę zły, żeby być szczęśliwym. A mówiąc „zły” mam na myśli to, że musi stać się trochę bardziej obojętny na krzywdę. Tak dużo złego dzieje się na świecie, jest tyle smutku, tragedii, że gdybyś jako osoba bardzo empatyczna przejmował się tym wszystkim, to byś oszalał. A Andrzej jest właśnie takim człowiekiem za bardzo empatycznym. Ten jego alkohol i narkotyki to właśnie sposób kontrolowania emocji, bo zobaczył w życiu zbyt dużo zła. Dlatego gdyby stał się trochę jak Kuba, mniej empatyczny, to z pewnością ułatwiłoby mu to życie.

A drugi pojedynek – z Panem Żartownisiem?

– On jest po to, żeby Kuba się czegoś nauczył. Żeby wyciągnął wnioski. Bo w książkach najważniejsi są ludzie i ich przemiana. Nieważne czy piszesz o statkach kosmicznych, o seryjnych mordercach czy o krasnalach, ważne, jaką drogę pokonują bohaterowie i gdzie kończą. To taka moja mała obsesja dotycząca finałów.

Przemek Corso, fot. Daniel Szulda

To jak odbieramy Kubę, jest też pochodną stosowanej przez ciebie narracji – pierwszoosobowej. Mamy tu też narrację trzecioosobową, ale to ta pierwszoosobowa każe nam patrzeć na bohatera jego oczami.

– To było największe wyzwanie, a zarazem najbardziej ekscytujące doświadczenie. Podobny zabieg zastosowałem pisząc biografię GrubSona. Oddawałem mu możliwość wypowiadania się we własnym imieniu i dodawałem warstwę trzecioosobową, która sprawiała, że czytelnik odnosił wrażenie, jakby siedział z nami i mógł trochę obserwować świat moimi oczami. A pomiędzy rozdziałami dodawałem jeszcze wywiady, które trochę kontrowały to, co GrubSon mówił w rozdziale. To zadziałało, bo opowieść o tym, że robienie muzyki to ciężka robota, stała się znacznie bardziej ciekawa. Już wtedy pomyślałem, że można by w ten sposób zbudować powieść. I dać sobie dzięki temu przestrzeń na manipulację. Gdyby książka została opowiedziana tylko z perspektywy Kuby, albo z pierwszoosobowej perspektywy różnych bohaterów, nie była tak dobra. To była brawurowa decyzja, żeby narrację pierwszoosobowa oddać podręcznikowemu psychopacie, ale się opłaciła. Brawurowa, bo wielu autorów zrobiło to wcześniej bardzo dobrze, a ja niejako skazałem się na porównania.

A jak ci szło samo pisanie – językiem Kuby, językiem psychopaty?

– Stworzenie konstruktu psychologicznego Kuby było znacznie większym problemem, niż jego język. Podobnie z Andrzejem. Bo widzisz, ja znacznie więcej czasu poświęcam na planowanie pisania, niż na samo pisanie. Jak już znalazłem klucz do postaci, kiedy wszystkie klocki trafiły na swoje miejsce, to reszta była formalnością.

Zostając przy języku i pisaniu. Jesteś autorem biografii, książek przygodowych, teraz thrillera. Kim jest literacko Przemek Corso?

– Potrafię się odnaleźć w różnego rodzaju przestrzeniach, ale „Serca twego chłód” był dla mnie tak ważny, bo miałem poczucie, że po wielu latach pisania np. biografii, albo pisania za innych jako ghostwriter, muszę znowu napisać coś od początku do końca swojego. Oczywiście napisałem wcześniej serię przygodową o archeologu Robercie Karczu, ale to było pisanie trochę pod moją córkę, trochę świadome poruszanie się w ciasnych ramach. To wszystko były kroki, które prowadziły do tego, żebym mógł teraz powiedzieć: oto napisałem „Serca twego chłód”, moją najważniejszą książkę.

Bo morałem tej opowieści jest to, że Kuba musi się stać trochę jak Andrzej, a Andrzej trochę jak Kuba. Dzięki temu obaj staną się trochę bardziej ludzcy, co oznacza zachowanie równowagi między dobrem a złem, bez przechylania szali w żadną stronę.

Zostaniesz w tym gatunku?

– Do listy gatunków, które mam na koncie, dopisz książki dla dzieci – właśnie podpisałem umowę na książki o leśniczym Gałązce. Zostawiam też w swojej głowie przestrzeń, żeby skończyć serię o Karczu dla tych czytelników, którzy we mnie wierzyli przez cały ten czas i czekali na dalsze przygody tego bohatera. Będę więc nadal pisał różne rzeczy, ale na pewno będę kontynuował „Serca twego chłód”, bo chcę spełniać swoje ambicje jako powieściopisarz dla dorosłych i nadal opowiadać historie, które choć zanurzone w popkulturze, być może dają do myślenia.

Ale odnalazłeś siebie pisarsko?

– Tak, myślę że tak. To cholernie satysfakcjonujące móc powiedzieć, że biorę za „Serca twego chłód” pełną odpowiedzialność. Jak się komuś nie spodoba, to przynajmniej wiem, że to wynik decyzji które podjąłem. Bo nie pozwoliłem na zmiany. Wyczekałem swoje i wywalczyłem tych bohaterów. Bo pisałem „Serca” tak jak chciałem, a nie pod publikę, czy oczekiwania rynkowe. Napisałem książkę, którą być może sam chciałbym przeczytać.

Rozmawiał Przemysław Poznański

*Przemek Corso pisarz, konsultant artystyczny, promotor, konferansjer, felietonista, głos radiowy, scenarzysta teledysków, autor tekstów piosenek i bajek dla dzieci, w tym słuchowiska „Niedźwiedź prawie polarny”. Wydał kilka książek, m.in. serię sensacyjno-przygodową o awanturniku i złodzieju zabytków Robercie Karczu, a także dwie bestsellerowe biografie: „GrubSon – na szczycie” i „Rahim – ludzie z tylnego siedzenia”. „Serca twego chłód” to jego pierwsza po latach powieść dla dorosłych.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: