felieton

Lockdownersi | Felieton Dawida Kornagi | #przerwanysenkornagi

Przeistaczamy się. Z ludzi aktywnych w ludzi, delikatnie mówiąc, mniej mobilnych. Rozrastają się nam tyłki. Od przesytu online psuje się wzrok, w końcu oczy przydawały się naszym praprzodkom do polowań, wyhaczania najbardziej dorodnych mamutów ze stada, by je celne ubić maczugami, a nie do nieustannego wpatrywania się w ekrany różnej szerokości i długości. Rośnie też zużycie wody, prądu i papieru toaletowego przez ustawiczne przebywanie w czterech ścianach. Próbujemy udawać, że to się za chwilę skończy, jeszcze tylko czwarta fala, piąta i potem odpływ totalny – pisze w swoim marcowym felietonie Dawid Kornaga.

Nie pomagają przy tym obywatele wierzący we wszelkie ostateczne końce świata, brutalne w swoim przebiegu apokalipsy, „wy po prawicy, wy zaś po lewicy”, holokaustowe rozliczenia mściwych bogów z wiernymi. Wbrew ich masochistyczno-sadystycznym intencjom świat nadal się trzyma, trochę znokautowany, co nie znaczy, że zszedł z ringu. Niedoczekanie wasze, orędownicy pomoru, rozliczenia i wygaszenia życia na tej planecie. Ratuje ją na pewno nasza niezgoda na nudę. No i jej pogromca, biznes, który — czy pandemia, wojna czy inna golgota — musi się toczyć. Sprawiedliwy i niesprawiedliwy kapitał, to otwierany, to zamykany, wciąż upomina się o swoje, o robienie pieniędzy, bo bez nich duch pracy by zgasł, razem z nim latarnie, na ulicy zrobiłoby się ciemno i wyszłyby wszelkie złe wilki, które by nas pożarły.

Nas, lockdownersów.

Pewnie paru mistrzów kreowania dystopii już o tym pisało, dorzucę jednak swoją cegiełkę. Wyobraźmy sobie, że jest to, co jest, ale nie ma sociali. Nie ma VOD. Nie ma zakupów w sieci. Wyobraźmy sobie to choć przez chwilę. I co, przechodzą ciary? Taka pandemia w latach 90., załóżmy. Dziś mało kto odważyłby się wspominać najntisy, gdyby przydarzyło się nam to, co się teraz dzieje. Dzięki technologii staliśmy się mimo wszystko bardziej odporni. Możemy się „teleportować” w normalny świat. Zachować jego namiastkę. Kilkanaście lat temu nie mielibyśmy nic, zapędzeni do jaskiń komunikacji i odbioru jednoznacznych kanałów telewizyjnych. Dziś my, lockdownersi, choć kina zamknięte, trochę pojęczymy i ponarzekamy, by ostatecznie wybrać  się na seans do jednego z serwisów. Namiastka, owszem. Lepsze to czy nic? Tu można zabawić się w wyliczankę optymisty, lecz nie o pociechę chodzi, „co by było, gdyby nic nie było, ale jest na szczęście”. Po prostu trzeba nam, w miarę możliwości, każdej dawki optymizmu.

Przeistaczamy się. Z ludzi aktywnych w ludzi, delikatnie mówiąc, mniej mobilnych. Rozrastają się nam tyłki.

Inaczej zwariujemy.

Jesteśmy lockdownersami. Na różnych poziomach zostaliśmy zmuszeni do wygaszenia naszego dotychczasowego lifestyle’u. Trzyma nas nadzieja, że to się skończy. Nie jutro, nie pojutrze, ale się skończy. Kiedy ogląda się na YouTubie teledyski z muzyką EDM, na których falują stadionowe tłumy, można naprawdę się zdołować. Czy rzeczywiście to wszystko wróci? Jeszcze w takim bizantyjskim stylu? Parada Miłości. Para Wolności. Demonstracje bez masek. A do tego cudowny ścisk w shotowniach, który choć drażnił, dzisiaj jako wspomnienie wywołuje tęskną łezkę w oku. Pamiętam, jak w legendarnych Przekąskach Zakąskach przy Krakowskim Przedmieściu, praktycznie naprzeciwko Pałacu Prezydenckiego, w którym obecnie mieszka jakimś dziwnym zrządzeniem złego losu autentyczny półgłówek, do tego behawioralny błazen, w każdym razie, niezależnie od tego nieświadomego swojego matołectwa matołka, wtedy w Przekąskach Zakąskach to się działo, zakochania od pierwszego kieliszka, debaty, deliberacje, wyznania, nowe przyjaźnie — to wszystko możliwe było bezpośrednio, nie na łączach, po prostu stary dobry homo sapiens w akcji, na polowaniu ulotnych chwil, zaspokajaniu biologicznych potrzeb, celebracji nałogów, umiłowaniu małości, poniżenia wyższości, zwyczajowego wyluzowania tak teraz niezbędnego.

Jesteśmy lockdownersami. Na różnych poziomach zostaliśmy zmuszeni do wygaszenia naszego dotychczasowego lifestyle’u. Trzyma nas nadzieja, że to się skończy. Nie jutro, nie pojutrze, ale się skończy.

I tak teraz nieosiągalnego dla nas, lockdownersów.

Nawet solidarni, mamy potąd tej paniki, przewrażliwienia, jakiejś takiej systemowej hipochondrii. Źle nam z tym, zaczynamy przekornie pytać, co ważniejsze, paręnaście tysięcy zgonów, czy komfort milionów? A może nie komfort. To brzmi małostkowo. Dalsze życie i rozwój. Tak właśnie w podniosłym tonie.

Lockdownersi próbują każdego dnia, pogodzeni z tym, co jest, właśnie jakoś nie oszaleć. Nie iść w tango autodestrukcji.

A o nie bardzo łatwo. Niekiedy z błahych powodów. Trzeci raz z rzędu przywieziono ci słabo wypieczoną pizzę, więc masz tego dosyć, przeżuwając zakalcowe ciasto. Chcesz wybrać się wieczorem do prawdziwej pizzerii. Usiąść przy stoliku i zamówić swoją ulubioną z podwójną ilością salami i zielonych oliwek, którą przyniesie ci kelner, nie kurier. I potem wznieść toast. Czwarty, szósty. Cieszyć się atmosferą miejsca, gdzie inni goście w pobliżu. Nawet łobuzujące dzieciaki ci nie przeszkadzają, rozmarzasz się. Są słodką, rozwrzeszczaną częścią krajobrazu. Nic z tego. Tymczasem kolejna zamówiona pizza znów nie smakuje, przywieźli praktycznie zimną.

Poddajesz się; jako wielomiesięczny lockdowners podgrzewasz ją w piekarniku.

A ty jakim jesteś lockdownersem?

Zupełnie Inna Opowieść jest platformą pasjonatów literatury. Za opinie wyrażone w recenzjach, wywiadach i artykułach odpowiadają wyłącznie ich autorzy.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: