felieton

Abonament na miłość | Felieton Dawida Kornagi | #przerwanysenkornagi

Powstaje serwis, taki „interwirtualno-realtime-ezoteryczny”, wsparty najnowszymi botami, zdolnymi wczepić się w implikacje naszej empatii. Serwis dla wszystkich szukających prawdziwej miłości. Opłacisz abonament na rok z góry i masz zagwarantowane, że ktoś cię pokocha. Nawet przez maseczkę. Po prostu – pisze w swoim najnowszym felietonie Dawid Kornaga.

Wypożyczamy samochody, żyjemy w wynajmowanych mieszkaniach, w których oglądamy filmy i seriale z serwisów streamingowych” – głosi kolejny z serii postów wyjaśniających na miękko rzeczywistość na LinkedIn. Po czym informuje z entuzjazmem, że właśnie pojawiła się w sieci jakaś zaradna pani z ofertą skrojoną podobnie jak Spotify czy Netflix, w identycznym modelu biznesowym. Z tą różnicą, że u niej można wypożyczać na bieżąco nie piosenki, nie filmy, ale tylko i aż ubrania. 

Nie pierwsze lepsze fatałaszki; to nie żaden vintage ani second-hand czy inny patent na proekologiczny recycling tekstyliów. Nic z tych akcji, że w ramach troski o planetę nabywamy noszone kiedyś przez kogoś odzienie, więc i część jego duszy gdzieś pod prawym rękawem. Tutaj można wypożyczyć, tak, nie kupić czy odkupić, tylko wypożyczyć na dokładnie cztery dni: ultratop, markowe, więc solidnie drogie, sukienki, spódnice, torebki, do tego biżuterię i epickie komplety, które śmiało założysz na bankiet, galę, jakieś prestiżowe przyjęcie. To znaczy, aktualnie to na bankiet, galę i prestiżowe przyjęcie w opcji online, lub – przy złym wietrze – w szpitalu polowym na Stadionie Narodowym. Chciałoby się rzec, nie dla psa Covidka prawdziwe eventy. One zamarły jak nadzieja na szybką szczepionkę przeciwko C-19. Nie zmienia to faktu, że bizneswoman od sharowania ciuchów de luxe wyczuła trend, rozwinęła go marketingowo i logistycznie. Kolejny sukces w czasach nowoczesnej zarazy. Czy na długo, zobaczymy.

Cloth on demand

Działa to identycznie jak wspomniane serwisy. Musisz mieć subskrypcję na te niezwyczajne konfekcje, wymyślne nosidełka, fantastyczne błyskotki. Do wyboru różne poziomy miesięcznych opłat oraz limitów wypożyczanych sztuk. Kiedy zaczniesz regularnie płacić, już nigdy nie poczujesz wstydu z powodu tego, jak wyglądasz na Teamsach, Meet czy Zoomie. Twój Instagram, kiedy tydzień w tydzień konsekwentnie przez kilkudziesiąt postów objawisz się w zjawiskowych kreacjach, zostanie zakwalifikowany przez boga algorytmu do tych vipowskich. Dziadówy przecież nie byłoby stać na tak szykowne fashion od największych projektantów tego świata. Hasztagi bowiem nie kłamią. Tylko wmawiają.

Tak swoją drogą, czy rzeczywiście jest to Netflix wypożyczania ubrań? Skoro są limity ilości, to jednak jest to raczej coś w rodzaju serwisu VoD, w tym przypadku cloth on demand. 

„Nic” też kosztuje

Ale to jest myśl, jeszcze więcej abonamentów! Oczywiście, są już na e-booki czy filmy. Opłaty za dostęp do gazet, czasopism oraz dziesiątek innych serwisów. Prawdopodobnie za chwilę nic już nie będziemy posiadać, a wszystko subskrybować. Nagi przychodzisz na świat i nagi z niego odchodzisz. Ta biblijna myśl nabierze nowego, podwójnie dosłownego znaczenia. Dał serwis, zabrał serwis. Kolejne, wychowane na abonamentach pokolenie przestanie przejmować się własnością. Sny komunistów staną się realnością. Dziś moje, jutro twoje. Lub i moje, i twoje. Nie mam nic i nie będę mieć nic.

Byle tylko pozwolić sobie na to „nic”, to będzie sztuka przyszłych pokoleń. Ponieważ nic też kosztuje. Nauczyć się żyć z tą przewspaniałą możliwością posiadania i równoczesnego nieposiadania. Wkrótce pojawią się nowi filozofowie „ideologii subskrypcji”.

Uczucia w wersji premium

Uwzniośleni tymi utopijnymi planami, a może całkiem realnymi, idźmy dalej. Leasing materii ma w sobie coś diabelnie kuszącego. Co jednak z potrzebami serca, tak zwanego ducha? On też czegoś pragnie od życia. Na pewno braku monotonii, więc nieustannego smakowania nowych wrażeń. A to mogłaby zapewnić tylko jakaś niesamowita subskrypcja.

Taki abonament na miłość.

Właśnie miłość. Wiadomo, seks gdzieś tam może się wydarzyć, lecz nie jest obligatoryjny. To tak, jakby nagle zacząć wierzyć w reklamy; można czegoś się od niech dowiedzieć, ale na pewno nie brać za pewnik. W większości są pięknie udekorowanym szambem.

Powstaje serwis, taki „interwirtualno-realtime-ezoteryczny”, wsparty najnowszymi botami, zdolnymi wczepić się w implikacje naszej empatii. Serwis dla wszystkich szukających prawdziwych miłości. Nie da ci tego żaden Tinder, Datezone czy Zbiornik. Da ci to tylko nasz. Opłacisz abonament na rok z góry i masz zagwarantowane, że ktoś cię pokocha. Nawet przez maseczkę. Po prostu. A ty jego. Gdyż skoro płacisz, to się angażujesz.

A jak ci się znudzi obiekt zakochania, złożysz w naszej obszernej bibliotece polecenie znalezienia kolejnej jednostki biologicznej, która znów coś do ciebie poczuje. Dopłacisz do opcji premium, to masz zagwarantowane, że ona/on musi cię kochać, lecz ty ją/jego — niekoniecznie.

Zostańmy przy rozrywce

Bez wątpienia są na tym świecie tacy, którzy dzięki maestrii swojego cynizmu oraz wyrachowaniu godnemu tłumaczeń Heideggera, czemu poparł Hitlera, mogą sobie pozwolić na abonament na miłość zupełnie bez kosztów. Co więcej, nie tylko nie płacą, ale to im jest płacone. Cudzym zaufaniem, cudzą wiernością, cudzym poświęceniem. Jak oni to robią? Czy chcielibyśmy tacy być? Czasem, dla kreowania fabuły czy doświadczenia pewnych stanów na pewno. Czy jednak na stałe? Żeby codziennie widzieć w lustrze odbicie kłamcy, który nie tyle udaje, że nim nie jest, ile wierzy, że nim nie jest.

Może więc pozostańmy przy bezpiecznym abonamencie na rozrywkę. Rozrywka w przeciwieństwie do miłości nie ukrywa, czego chce naprawdę. Do wypożyczania tak często jak ubrania na cztery dni.

#przerwanysenkornagi

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: