Reklamy
książki

Piekło choroby | Izabela Morska, Znikanie

Miarą zdrowia społeczeństwa jest to, jak traktuje chorych i słabych, jakie oferuje im wsparcie i co przysługuje im w ramach systemu ochrony zdrowia. Książka Izabeli Morskiej „Znikanie” boleśnie udowadnia, że zmagania z systemem obowiązującym w Polsce są dużo większym wyzwaniem niż sama choroba. Ta smutna konstatacja może być z całą pewnością rozszerzona na całe wsparcie instytucji państwowych, które w dobie koronawirusa przechodzą bezprecedensowy egzamin.

Izabela Morska (wcześniej Filipiak) to pisarka, krytyczka, eseistka, jedna z pierwszych znanych postaci, które określiły się w mediach jako lesbijki. W zbiorze es­­ejów, które sama nazywa humanistyką medyczną, opisuje swoje przeżycia jako pacjentki, pechowo doświadczającej choroby trudnej zarówno na etapie diagnozy, jak i leczenia. W „Znikaniu” opisuje powolną degradację człowieka – w niezliczonych aspektach i kategoriach, które zwykle bierzemy za nierozerwalnie związane z naszą tożsamością. Książka w tym momencie naszego zbiorowego doświadczenia zyskuje nowe płaszczyzny interpretacyjne, a czytelnicy ze zdziwieniem mogą spostrzec, że sami również ulegają powolnemu, konsekwentnemu procesowi znikania. Co traci bohaterka?

Praca

ŻEBROWSKA: Bohaterka/narratorka/autorka jest wykładowczynią, jej głównym źródłem utrzymania są zajęcia na uczelni. Choroba powoduje ogromne trudności w poruszaniu się, w pisaniu, jej ataki wyłączają ją z życia – do tego stopnia, że nie jest w stanie przejść samodzielnie kilku kroków: „Przypomina to klątwę. Ktoś, gdzieś obok, w mieszkaniu niebogatym, w blokowisku, i jakoś łatwiej wyobrażam sobie przy tym kobietę, wbija igiełki w szmacianą lalkę. Najpierw ręce, żebym już nic nie mogła napisać. Nogi, żebym już nigdzie nie mogła dojść”. Kobieta tęskni za pracą, za atmosferą uczelni, bardzo źle się czuje w przymusowej izolacji. Osoba, która uważa pracę za niezwykle istotną część swego życia, cierpi – nawet jeśli nie musi jednocześnie znosić niewyobrażalnego bólu, o niewiadomym pochodzeniu. Brzmi znajomo? Sami w tym momencie odczuwamy ten brak – niestety, koszty psychiczne, które ponosimy jako społeczeństwo, nie są i nie będą zaopiekowane.

NIEWIŃSKA: Okrutny jest system akademicki w Polsce, co jaskrawo pokazuje przykład autorki. System ten traktuje ludzi niemal wyłącznie jak cyfry w statystykach, nie wyłączając kadry nauczycielskiej. Morska zmaga się z brakiem zrozumienia oraz brakiem możliwości zadbania o własne zdrowie przy jednoczesnym utrzymaniu źródła zarobkowania. Mam wrażenie, że nie jest na nauczycielskim kontrakcie, ale na umowie śmieciowej. Brak zrozumienia zdaje się obejmować wszystkich członków systemu – także jej współpracownicy, wykładowcy nie rozumieją powagi sytuacji. Zupełnie, jakby człowiek był o tyle istotny, o ile jest zdolny do sprawnego wykonywania swoich obowiązków. Brakuje empatii, pochylenia się nad trudną sytuacją jednostki. Nie wspominając już zupełnie o braku elementarnego wsparcia pochodzącym ze strony drugiego, współczującego człowieka. Zupełnie, jakby inni ludzie nie doświadczali chorób i dolegliwości. Czy to pokłosie najbardziej cenionej w Polsce postawy czyli wymogu pójścia do pracy nawet z gorączką i wyraźnymi objawami choroby? Czy wszyscy uwierzyli, że praca czyni wolnym?

Przerażający jest ten obraz zaszczucia, którego jesteśmy świadkami w książce Morskiej. Dopiero czytając o objawach jej choroby dostrzegamy człowieka, który cierpi. W swoim cierpieniu jest samotny i zaszczuty jak zwierzę w klatce.

Poczucie sprawczości

ŻEBROWSKA: Wtłoczona w system, w którym pacjent spełnia rolę przedmiotu, jednego z wielu bezimiennych elementów wpuszczanych na taśmę i modyfikowanych według widzimisię kolejnych medyków, Morska nie ma możliwości decydowania o sobie i kolejnych krokach, które w efekcie mają przynieść upragnione ozdrowienie. Rzeczywistość sunie po niej jak walec, nie zostawiając szansy na zaczerpnięcie tchu między kolejnymi kuracjami, inwazyjnymi zabiegami, pomysłami, które natychmiast należy wprowadzić w życie, mimo że nie dają absolutnie żadnej gwarancji na poprawę stanu zdrowia. Autorka traktowana jest jak osoba, która nie jest zdolna do autorefleksji i myślenia abstrakcyjnego.

Pacjentce się nie ufa – niezależnie od tego, jaki jest jej potencjał intelektualny, doświadczenie życiowe czy tytuł naukowy. Pacjentka, w momencie przekroczenia drzwi gabinetu lekarskiego, staje się kolejnym „przypadkiem”, jednostką chorobową.

NIEWIŃSKA: Pacjenci są traktowani jak dzieci w jednostce resocjalizacyjnej. Zupełnie, jakby choroba była karą za społeczną niesubordynację. Przed wykonaniem badań pacjenci poddawani są rozpoznaniu psychiatrycznemu, które – mam takie subiektywne wrażenie – ma na celu zmniejszyć liczbę pacjentów dzięki uznaniu, że cześć z nich symuluje objawy i jest niestabilna psychicznie, co od razu odbiera im prawo do godnego rozpoznania choroby i podważa wiarygodność opisywanych przez pacjenta doświadczeń choroby. Dodatkowo Morska przytacza badania naukowe, które jasno pokazują, że kobiecy ból jest dla lekarzy mniej istotny, a kobiety jako pacjentki mało wiarygodne. Morska przerażająco pokazuje, jak pacjentka, kobieta, staje się Innym, który już z racji swojej odmienności ma mniej praw niż cała reszta. Nakłada się na to trudność z rozpoznaniem choroby, która dodatkowo odbiera jej punkty. W pewnym momencie mam wrażenie, że wędrówka Morskiej po gabinetach lekarskich zmienia się w jakąś koszmarną grę, w której można zebrać lub utracić punkty, te zaś decydują o powodzeniu lub niepowodzeniu całej misji. To już nie jest świat, w którym jasne są zasady i reguły – to jest nieuczciwa gra znaczonym kartami.

Pieniądze

ŻEBROWSKA: Trzeba mieć zdrowie, by chorować w Polsce. I pieniądze, dużo pieniędzy. Im bardziej tajemnicza choroba, tym więcej. Pieniądze kończą się szybciej niż się spodziewamy na początku okresu znaczonego chorobą. Tu trzysta złotych, tam pięćset, kolejna konsultacja – znowu trzysta; wszystko w kraju, który szczyci się bezpłatnym i powszechnym dostępem do ochrony zdrowia. Niestety, wszyscy my, którzy doświadczyliśmy piekła choroby przewlekłej, wiemy, jak wielka to kpina. Morska opisuje krok po kroku rozmiar wydatków i obniżenie standardu życia, który w pewnym momencie jest ograniczony do dachu nad głową i minimalnych racji żywnościowych. Choroba nie bierze jeńców i nie różnicuje na bardziej i mniej uprzywilejowanych – każdy z nas może wylądować na bruku, jeśli ma pecha zapaść na ciężką i nietypową chorobę. Dosłownie każde pieniądze można wydać na leczenie, górny limit nie istnieje.

NIEWIŃSKA: Zastanawiająca jest niemal frywolność kolejnych lekarzy w stawianiu przypuszczeń zamiast diagnoz lekarskich i oczekiwanie, że pacjent ot tak wyjmie kolejnych kilka stów z portfela i za chwilę wróci z wynikami kolejnych badań, żeby kontynuować poszukiwania. Całkowity brak kompetencji lekarskich polegających na przyjrzeniu się holistycznie wszystkim objawom i zobaczeniu organizmu chorego jako jednej całości sprawia, że pacjent biega od specjalisty do specjalisty i dostaje sprzeczne ze sobą przypuszczenia co do źródła choroby.

Trzeba mieć pieniądze na badania, ale chyba także na prywatne studia lekarskie, żeby samemu zrozumieć, z czym ma się do czynienia. Przypadek Morskiej bardzo dobitnie to pokazuje. Oczywiście widać tu też jak na dłoni, że najdłużej i najciężej chorują ludzie, którzy nie mają innego wyjścia, jak tylko korzystać z publicznej służby zdrowia.

Donoszenie kolejnych wyników badań zrobionych w prywatnych gabinetach, żeby przyspieszyć proces postawienia właściwej diagnozy właściwie niewiele daje. Pacjent nadal pozostaje bez rozwiązania, ale za to portfel jest pusty. Konieczność rezygnowania z podstawowych potrzeb obnaża niewydolność systemu opieki zdrowotnej. Jak widać, jest to wyłącznie zmartwienie pacjenta, nikogo więcej. 

Wiarygodność

ŻEBROWSKA: Moim zdaniem, to strata najbardziej dojmująca, jako czytelniczka odbieram ją jako najbardziej bolesną i świadczącą o naszym systemie ochrony zdrowia jak najgorzej. Mimo że wydaje się to zupełnie niemożliwe, lekarze bohaterki stali się jej oprawcami, w momencie gdy w historii jej choroby zaczęto podawać w wątpliwość jej istnienie. W toku czytania moje oczy otwierały się coraz szerzej ze zdziwienia: jak to możliwe, że w XXI wieku powraca niczym złowrogie echo temat kobiecej „histerii” i „chęci zwrócenia na siebie uwagi” poprzez wymyślanie objawów choroby? Owszem, istnieje szereg chorób psychosomatycznych, jednak naznaczanie z klucza pacjentki neurologicznej mianem osoby niezrównoważonej, manipulowanie jej wypowiedziami, wpędzanie jej (osoby cierpiącej fizyczne katusze) w poczucie braku zaufania do samej siebie – to zbrodnia.

Niestety, z tego, co zrozumiałam, taka procedura jest powszechna, a jej ofiarami padają najczęściej kobiety. Samotne lub w związkach homoseksualnych – mają tym gorzej.

W społeczeństwie patriarchalnym nie ma ich kto obronić. I z tym smutnym wnioskiem pozostałam po lekturze „Znikania”. Walczymy w niechcianych, niepotrzebnych bitwach, a ci, którzy mają nam pomóc, dodają cierpienia, brutalnie obchodząc się z tym, co nas boli.

NIEWIŃSKA: Bohaterka traci coś jeszcze – wiarę w siebie, w to, że kiedyś jeszcze będzie zdrowa i że będzie miała normalne życie. Jej środowisko zawodowe, znajomi i przyjaciele, lekarze i pielęgniarki zaczynają postrzegać ją jako osobę niewiarygodną, ułomną i niezdolną do funkcjonowania w społeczeństwie. Morska, poprzez doświadczenie choroby, wypadła z kolein społecznych gier, norm i reguł. Zakwestionowała porządek świata, w którym system opieki zdrowotnej sprawnie obsługuje pacjenta, by ten po szybkim okresie leczenia wrócił do pełnienia przyznanej mu roli. 

Morska szuka dla siebie ratunku w snuciu opowieści i odkrywaniu kolejnych faktów na temat nękających ją chorób. Otrzymuje wsparcie od anonimowych pacjentów, z którymi przecież nie łączy jej żadna zażyłość. Nie powstaje jednak z tego nowy świat, a powrót do świata dawnego, sprzed choroby, jest po prostu niemożliwy.

Ta historia obnaża nie tylko system – opieki zdrowotnej, akademicki, społeczny – ale także nas jako ludzi. Nie chodzi mi o słabość jednostki w obliczu choroby – chodzi mi o tych, którzy nie umieją pozostać ludźmi, współczującymi i rozumiejącymi, za to doskonale wchodzą w swoje role, dzięki którym mogą pozostać obojętni na cudze cierpienie i zmagania o odzyskanie zdrowia i godności. Rzeczywistość pokazała, że należy do nich przytłaczająca większość.

ŻEBROWSKA: „Znikanie”, mimo że tematyka tej książki jest trudna i często powoduje wręcz fizyczne odczuwanie bólu, to proza, po którą trzeba sięgnąć, ważny komentarz naszej rzeczywistości. Bogata w dygresje, odniesienia do różnorodnych dzieł kultury oraz rozważania socjologiczne, pomaga nam w usystematyzowaniu tego, co obecnie doświadczamy. Mistrzowski język oraz niezwykły talent do pomieszczenia różnorodnej tematyki w ramach dziennika sprawiają, że książkę czyta się lekko i przyjemnie. Gdy weźmiemy pod uwagę w jak trudne obszary zabiera nas pisarka, staje się to tym bardziej istotne.

Izabela Morska, Znikanie
Wydawnictwo Znak 2019

Reklamy

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: