wywiad

Stroiński: Nie ma jednej rosyjskiej duszy | Rozmawia Przemysław Poznański

Rosja to nie kraj, a stan umysłu. Najlepiej widzisz to w chwili, kiedy prowadzą cię w samolocie do klasy biznes, a tam na fotelach siedzą… kury – opowiada Maciej Stroiński, autor książki „To jest taki russian style!”.

Maciej Stroiński, fot. Krzysztof Niewiadomski

Przemysław Poznański: Gdybyś miał wskazać jedną cechę rosyjskiej duszy, to…

Maciej Stroiński: To byłoby to okropnie trudne. Po pierwsze dlatego, że specjalistów od rosyjskiej duszy jest w Polsce ledwie kilku, a Jacek Hugo-Bader jest najwybitniejszym z nich. Po drugie dlatego, że te dusze, które ja poznałem, były skrajnie różne. Ale kiedy tak o nich myślę, to chyba cechą wspólną każdego Rosjanina jest romantyzm. Wyjątki jedynie potwierdzają tę regułę.

A najlepszy przejaw „russian style” to…

– Ooo… To szeroki temat. A ty chcesz, żebym zamknął to jednym słowem? Ok, spróbuję. Russian style to uniwersalne określenie, którego używaliśmy z Arkiem [organizator wyprawy Arkadiusz Kotliński  – red.] na wszystkie przejawy tego, o czym zazwyczaj myśliwym, gdy mówimy, że Rosja to nie kraj, a stan umysłu. Najlepszy przejaw, to ten moment kiedy prowadzą cię w samolocie do klasy biznes, a tam na fotelach siedzą… kury.

Jechałeś do Rosji jako dziennikarz i zapewne gdy otrzymałeś propozycję wyprawy 12 000 kilometrów tego kraju, uznałeś, że będzie to wspaniała zawodowa przygoda. Kiedy zorientowałeś się, że może to być też wyjazd niebezpieczny?

– Tak na serio, to chyba ani przez moment, przed wyjazdem, tak o tym nie myślałem. Myślałem o tym, że będzie nudno. Że nikogo ciekawego tam nie spotkamy, a najbardziej kręciła mnie perspektywa obejrzenia na żywo aktywnych wulkanów na Kamczatce. Ale życie to najlepszy nauczyciel, więc dostałem fantastyczną lekcję – wulkanów nie zobaczyłem, za to poznałem wielu świetnych ludzi. I powiem ci, że nawet w momentach, kiedy rzeczywiście można było się zacząć niepokoić, adrenalina robiła swoje i zmuszała do działania. Dopiero po czasie drżały kolana.

Miałeś taki moment, gdy myślałeś, że z tej wyprawy nie wrócisz? Na przykład gdy zatrzymano was na lotnisku pod zarzutem posiadania broni? Albo gdy okradli was ze wszystkiego nad Bajkałem?

– Zaskoczę cię, ale taka myśl przyszła mi podczas podróży autobusem z Magadanu do Jagodnoje. Zatrucie wodą, która była jak ściek, spowodowało, że dosłownie wiłem się z bólu. Chwilami „odpływałem”, a Arek z przerażoną miną pytał mnie czy wiem gdzie jestem. Wtedy pomyślałem, że to co robię to skrajna głupota i nieodpowiedzialność, bo zamiast zasuwać do szpitala w Magadanie, jadę sobie jakieś 500 kilometrów w głąb tajgi. Bez szans na szybką pomoc lekarską. Wtedy myślałem, że się przekręcę (śmiech).

Maciej Stroiński, fot. Krzysztof Niewiadomski

Spotkałeś podczas tej wyprawy wielu zwykłych ludzi, zamieszkujących Rosję. Miałeś więc możliwość ujrzenia całego przekroju zachowań, mentalności. Byli tacy, którzy chętnie pomagali wam podczas wędrówki, ale i tacy, którzy zupełnie bezinteresownie rzucali wam kłody pod nogi. Gdy dzisiaj myślisz „Rosjanin”, to kogo widzisz?

– Ksenię Makarową! (śmiech). Ksenia była niezwykła. Z jednej strony uroda, ale z drugiej – sposób bycia. Ona w zasadzie była bardzo europejska w tym zachowaniu, więc może to nienajlepszy przykład. To dam inny – Witalij. Facet, który zabrał nas do swojej kopalni złota. Ciężko i uczciwie pracujący Rosjanin, który odda ci połowę swojej porcji jedzenia i bez pytania o zapłatę przewiezie przez pół Syberii. Tylko dlatego, że go o to poprosisz. A do tego postawi na stole butelkę wódki i będzie przekonywał, że „my – Słowianie musimy się trzymać razem”. Spędziliśmy w sumie razem niewiele czasu, ale to był facet, który zrobił na mnie największe wrażenie.

W poszukiwaniu rosyjskiej duszy | Maciej Stroiński, To jest taki russian style!

Jest w książce moment, gdy sam używasz broni z arsenału „russian style”, powołując się na znajomość z wysoko postawioną osobą. Można powiedzieć, że działałeś w obronie własnej, ale pokazuje też to, że Rosja może zarażać. 

– To prawda… Kiedy już zawiodły wszystkie inne sposoby, uznałem że trzeba „załatwić” sprawę ich własną bronią. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaka to była radocha, gdy okazało się, że to działa.

Nie ukrywasz w książce swojego stosunku do przejawów „russian style”. Nie jesteś obiektywnym obserwatorem, lecz raczej aktywnym komentatorem obserwowanej rzeczywistości. Skąd taki pomysł na narrację?

– Przez ponad 25 lat pracowałem w mediach, w różnych redakcjach. Ale zawsze byłem dziennikarzem newsowym. Obiektywizm miałem zatem wpisany niemal w genotyp. Kiedy zakończyłem swoją przygodę z telewizją, wreszcie mogłem być nieobiektywny (śmiech). Pierwotny pomysł na tę książkę był taki, że to będzie klasyczny reportaż. Ale kiedy zacząłem rozmawiać z wydawcą o szczegółach, uznaliśmy, że to trochę książka przygodowa, a nawet awanturnicza. Wydawca zasugerował, żebym nie był zdystansowanym obserwatorem, a aktywnym uczestnikiem. To mi bardzo pasowało, bo ta wyprawa była niezwykłym doznaniem. Taką awanturą życia, odcisnęła się piętnem na wielu późniejszych moich decyzjach życiowych, choć nawet sam sobie z tego nie zdawałem sprawy.

Wyprawa miała miejsce kilkanaście lat temu, ale spisać ją postanowiłeś teraz. Dlaczego? Potrzebowałeś dystansu?

– Powodów jest cała litania. Z jednej strony, rzeczywiście ten dystans, o którym mówisz, był potrzebny. Zaraz po powrocie wszystkim opowiadałem o tych historiach, ale w takim chaosie, że teraz moja rodzina czyta książkę i mówi, że to całkiem nowa jakość. Z drugiej strony, to kwestia szukania odpowiedniego wydawcy i momentu. Wydawca idealny pojawił się nagle i niespodziewanie, a ja uznałem, że nigdy nie znajdę lepszego momentu. Usiadłem do komputera, wziąłem wszystkie moje notatki, a było ich mnóstwo, z najmniejszymi szczegółami, i opisałem ten świat, którego niedługo już nie będzie…

Maciej Stroiński, fot. Krzysztof Niewiadomski

Czy od tego czasu odwiedzałeś Rosję?

– Nie. Niestety nie. Moje drogi prowadziły w bardzo różnych kierunkach, ale żaden z nich to nie był kierunek 090, czyli w lotniczym języku – Wschód.

Dlaczego? Czy kiedyś się na to zdecydujesz?

– Chciałbym wrócić do Rosji i zobaczyć w końcu te cholerne wulkany na Kamczatce (śmiech). Ale nie wiem czy to będzie możliwe. Obserwuję z polskiego dystansu to co dzieje się w Rosji i mam wrażenie, że kierunek zmian w tym kraju nie sprzyja organizacji kolejnego wyjazdu dziennikarskiego. Pokusa jest ogromna, ale teraz chyba chciałbym zmienić środek lokomocji. Marzy mi się wyprawa samolotem. Wiem, że pewien polski podróżnik przygotowuje wyprawę „antkiem” czyli samolotem An-2 z Warszawy do Tokio. Znaczna część trasy tego przelotu, to właśnie Rosja. Ja bym skrócił tę podróż do Pietropawłowska Kamczackiego. Ale to dość nierealny plan. Choć czuję, że to byłby niezły russian style.

Rozmawiał Przemysław Poznański

Zdjęcia Krzysztof Niewiadomski

 

* Maciej Stroiński – były dziennikarz TVP, TVN i Polsatu, przez większość czasu pracujący jako reporter i korespondent. Rozmiłowany w lotnictwie, sam jest pilotem.

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.