artykuł

Małecki: Mówienie wprost jest banalne | Premiera powieści „Nikt nie idzie”

– Jedynie sensowne i uczciwe jest pisanie tak jak się czuje. W Polsce wychodzi jakieś trzydzieści siedem tysięcy nowych tytułów rocznie i jedyne, co mogę dać czytelniom, by się wyróżnić, to napisać książkę o tym, co mnie naprawdę fascynuje, na punkcie czego mam obsesję, co kocham – mówił Jakub Małecki w czasie premiery swojej najnowszej książki „Nikt nie idzie” (Wydawnictwo SQN).

Jakub Małecki, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Jakub Małecki to jedno z najważniejszych nazwisk polskiej literatury. Za powieść „Dygot” nominowany był do Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus i Poznańskiej Nagrody Literackiej, został laureatem Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego. Za „Ślady” został nominowany do Nagrody Literackiej „Nike” 2017. A jednak, jak przekonywał podczas spotkania prowadzonego przez Sylwię Chutnik, wciąż nie wierzy w to jaki odbiór mają jego książki.

– Jak widzę przed sobą kolejkę ludzi na targach, to mam przekonanie, że na pewno gdzieś za mną siedzi Jerzy Pilch i on wszyscy idą do niego – śmiał się. Bo nigdy nie zamierzał zostać pisarzem.

– Książki były dla mnie zawsze ważne, nawet jak jeszcze byłem dresiarzem, siedzącym z kolegami przed blokiem. I chciałem być Mariuszem Pudzianowskim, to było moje marzenie. Więc gdy wracałem do domu i czytałem książkę, i sprawiało mi to przyjemność, to byłem sobą ogromnie rozczarowany. Na każdym kroku musiałem dbać o to, żeby rozmawiając z kolegami nie zdradzić się mądrzejszym słowem – opowiadał pisarz. Takie poczucie nieprzystawalności towarzyszyło mu zresztą także później.

– W czasie studiów byłem z kolei tym chłopakiem spod bloku, z jego nawykami. Dość powiedzieć, że poczułem się zszokowany, gdy mój kolega wyciągnął nagle z plecaka „Politykę” i czytał ją dla przyjemności. My czytaliśmy dla przyjemności gazety z kulturystami, albo te, w który w ogóle nie ma mężczyzn – śmiał się Jakub Małecki.

Jakub Małecki, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

„Nikt nie idzie” to dla pisarza nowy literacki rozdział. Jak sam przyznawał, dotychczas jego książki były dość mocno rozpięte czasowo i zazwyczaj rozgrywały się w mniejszych miejscowościach. Tym razem jest inaczej, choćby dlatego, że umieszcza akcję w Warszawie.

– Zawsze wydawało mi się, że pisząc o tym co tu i teraz, i o bohaterze, który jest podobny do mnie, łatwo popaść w banał. Z drugiej strony staram się dostosowywać miejsce i czas akcji książek do tej opowieści, którą mam przedstawić. Ta konkretna opowieść o samotności w wielkim mieście nie mogłaby się zatem rozegrać w innej scenerii – tłumaczył autor „Nikt nie idzie”. I dodawał: – Warszawa jest jednym z bohaterów książki, bo miejsce, w którym żyjemy, determinuje sposób w jaki żyjemy. Opisanie Warszawy było trudnym zadaniem, bo każda pokazana w książce dzielnica to osobne miasto, które dodatkowo istnieje w różnych momentach życia bohaterki – przekonywał Małecki.

Jakub Małecki, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Początkowo chciał dać książce tytuł „Nauka latania” (pozostał jako tytuł jednego z rozdziałów). Ta fraza oznacza bowiem dla pisarza wchodzenie w dorosłość, rezygnację z niektórych marzeń, tych dziecinnych, mierzenie się z dorosłością. Ostatecznie uznał jednak, że taki tytuł będzie zbyt oczywisty. Podobnie jak zbyt dosłowne wydało mu się ostatnie zdanie, które zaplanował, a które ostatecznie wykreślił.

Małecki poświęca bowiem sporo czasu na poprawianie swojej prozy. Najnowsza powieść – jak mówił – powstawała trzykrotnie.

– Najpierw opowiedziałem tę fabułę językiem narratora trzecioosobowego, wszechwiedzącego, ale była to historia tylko jednej bohaterki. Kiedy skończyłem, kiedy już niemal otwierałem szampana, uznałem, że uczciwiej byłoby, gdyby bohaterka opowiadała wszystko swoimi słowami. I napisałem książkę od nowa w narracji pierwszoosobowej, co oznaczało choćby, że nie mogłem opisać sytuacji, w których bohaterka nie uczestniczyła. Ale gdy skończyłem, zdałem sobie sprawę, że dwójka pobocznych bohaterów – Klemens i Igor – mają w tej wersji za mało miejsca. Rozbudowałem ich wątki, po czym uznałem, że takiej historii nie może opowiadać tylko jedna osoba, w związku z czym napisałem powieść raz jeszcze – wyznawał autor.

Jakub Małecki, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Czas poprawiania książki jest w jego przypadku jest zawsze dłuższy, niż czas pisania.

– Mam obsesję, żeby w książce nie było żadnych zbędnych scen. Chcę pozostawić czytelnikowi do wyobrażenia sobie większość tego, co się dzieje w książce, bo mówienie wprost jest banalne – przekonywał autor „Nikt nie idzie”. Jego zdaniem to wyraz szacunku dla tego, kto będzie tę książkę czytał. Podobnie jak uczciwość podczas pisania.

– Jedynie sensowne i uczciwe jest pisanie tak jak się czuje. W Polsce wychodzi jakieś trzydzieści siedem tysięcy nowych tytułów rocznie i jedyne, co mogę dać czytelniom, by się wyróżnić, to napisać książkę o tym, co mnie naprawdę fascynuje, na punkcie czego mam obsesję, co kocham.

Sylwia Chutnik, Jakub Małecki i Agnieszka Wiedłocha, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Premiera powieści „Nikt nie idzie”

Prowadzenie Sylwia Chutnik

Fragmenty czytała Agnieszka Więdłocha

barStudio, 29 października 2018

Reklamy

2 komentarze

  1. Coś co jest niepodważalne, to fakt, że autor naprawdę dał czytelnikowi, a właściwie jego wyobraźni pole do popisu. Dla mnie, jako czytelnika spoza Warszawy, istotne było, że mogę iść przez stolicę razem z postaciami powieści i mimo, że nie znam tych miejsc. Dzięki autorowi mogłam sobie wszystko imaginować 😉 no i zakończenie… tutaj wyobraźnia może wszystko 😀 niebanalność, to znak rozpoznawczy „Nikt nie idzie”.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.