artykuł

Lotnicy, szpiedzy i bywalcy barów | Premiera „Śledztwa ostatniej szansy” Grzegorza Kalinowskiego

– Kocham Warszawę, sądzę, że mam sporą wiedzę na jej temat i cały czas uważam, że jest ona tematem godnym eksplorowania – mówił Grzegorz Kalinowski, autor powieści „Śledztwo ostatniej szansy”. A że premierę jego książki zorganizowano podczas Festiwalu Wódki i Zakąski, pisarz przybliżył przedwojenny „alkoholowy archipelag” stolicy.

Grzegorz Kalinowski, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Kalinowski przyznał, że jego książka ewoluowała od klasycznego kryminału retro do powieści kryminalno-szpiegowskiej. Oto bowiem w Warszawie roku 1931 spadają samoloty i giną konstruktorzy.

– Dzieje się coś, co można wytłumaczyć albo fatalnym stanem polskiego lotnictwa, albo działaniem obcej agentury. Jedno i drugie wchodzi w grę, bo stan polskiego lotnictwa był gorszy, niż na to wskazywała fasada, a sowiecki wywiad działał w Warszawie bardzo prężnie i z dużymi sukcesami – zaznaczał pisarz.

W to wszystko wrzucony zostaje znany już wcześniejszych powieści Kalinowskiego – szczególnie z „Pogromcy grzeszników” – policjant Kornel Strasburger, który w najnowszej powieści ma problem z przełożonymi, bo jest niesubordynowany, chadza własnymi ścieżkami, a na dodatek ma kłopoty osobiste. I te kłopoty – jak przekonywał Grzegorz Kalinowski – nierozerwalnie łączyły się z „alkoholowym archipelagiem” przedwojennej Warszawy.

– Facet próbuje wyrównać stan swojego ducha wyrównując stan alkoholu we krwi – śmiał się pisarz.

Prowadzący spotkanie Maciej Ulewicz, Grzegorz Kalinowski i Maciej Jabłoński czytający fragmenty powieści, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Całe tło historyczne książki, a nawet niektóre postaci, są prawdziwe. Autor misternie odtworzył choćby świat kulinarny stolicy początku lat 30. XX wieku, z takimi potrawami jak minóg, katolik z cebulką (czyli śledź z cebulką), które nazwa wzięła się prawdopodobnie stąd, że było to żydowskie danie najbardziej upodobane przez katolików. Pojawia się też pejsachówka, czyli żydowska wódka, śliwowica o mocy ponad 70 proc., teoretycznie zakazana, a wszelkie alkohole piło się z kieliszków nazywanych w zależności od pojemności szczeniaczkami, angielkami lub mikadkami.

A wszystko to podawano w mniej lub bardziej eleganckich lokalach.

Grzegorz Kalinowski, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

– Były tzw. restauracje drugiego rzędu, w lokalach o niskim czynszu, a więc i marnym położeniu, mniej wystawne, gdzie podawano dania domowe. Były też mleczarnie, prawdziwe sieci barów, których wcale nie wymyślił PRL. Takim miejscem ważnym była „Udziałowa”, popularna wśród literatów, która mogła rywalizować nawet ze słynną „Ziemiańską” – wyliczał pisarz.

Warto było przed wojną zajść też do baru „Metropol”, prowadzonego przez bundowców na  Tłomackiem 13, gdzie żydowcy socjaliści pokazywali, że są wolnomyślicielami i nie podlegają narzucanym rygorom religijnym.

– Objawiało się to .in. tym, że można było tam zjeść schabowego i wątróbkę ze skwarkami – mówił Kalinowski.

Grzegorz Kalinowski, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

Kultowym lokalem była herbaciarnia U Grubego Joska, czyli Józefa Ładowskiego, człowieka owianego tajemnicą, bo zmarł w roku 1932 będąc po trzydziestce, choć jednocześnie w 1905 roku miał być towarzyszem ówczesnych bojowców.

– Popisowym numerem Joska było wypicie flaszki wódki w ramach zakładu, który z reguły wygrywał. To było działanie szczytne, bo przegrany musiał przeznaczyć pieniądze na zacny cel, np. na żydowski sierociniec – opowiadał pisarz.

Pokusił się o przedstawienie przykładowego szlaku, jaki odwiedziliby w sobotni wieczór mieszkańcy przedwojennej Warszawy:

– Warto byłoby zacząć u „Simona i Steckiego” na Krakowskim Przedmieściu, potem pójść na przedstawienie operowe, a może jeszcze załapać na drugie przedstawienie w „Qui Pro Quo” w Galerii Luxemburga, o ile byłoby to w pierwszej połowie 1931 roku, przed bankructwem – zaznaczał autor „Śledztwa ostatniej szansy”. – Na pewno warto byłoby zajść do „Oazy”, gdzie o godz. 21 zaczynało się życie, gdzie Petersburski i Gold grali jazz i śpiewali popularni artyści. Choć trzeba było uważać: pewnego sylwestra w „Oazie” pułkownik wojska polskiego zastrzelił tureckiego studenta – mówił pisarz. Po zamknięciu „Oazy” pozostał „Atlas” na Powiślu, gdzie można było zobaczyć prawdziwych apaszy, którzy biją się o panie. – Co było oczywiście występem aranżowanym dla frajerów – śmiał się pisarz.

Prowadzący spotkanie Maciej Ulewicz, Grzegorz Kalinowski i Maciej Jabłoński czytający fragmenty powieści, fot. Przemysław Poznański/zupelnieinnaopowiesc.com

 

Premiera „Śledztwa ostatniej szansy” | Festiwal Wódki i Zakąski

prowadził Maciej Ulewicz

Festiwal Wódki i Zakąski

20 października 2018

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.