filmy

O powtarzalności i chaosie | Fokstrot, reż. Samuel Maoz

„Fokstrot” opowiada o śmierci i o przeżywaniu jej przez żyjących, włączając w to tych, którzy się do owej śmierci w jakimś stopniu przyczynili. Ale bardziej może nawet jest to opowieść o chaosie, wkradającym się niespodziewanie w codzienną powtarzalność. Chaosie, który nadchodzi mimo naszego przekonania, że właśnie zrobiliśmy wszystko, by go uniknąć. Samuel Maoz mówi nam o tym w konwencji tragifarsy zamkniętej w trzech aktach.

Jest w filmie przytoczona genialna anegdota o przekazywanym z pokolenia na pokolenie artefakcie, z Holokaustem i obozowym numerem w tle, która z pozoru pokazuje niezmienność tradycji, by nagle – w komicznych okolicznościach – przekształcić się w swoistą parodię tej samej opowieści, będącą jednak apoteozą tego, co bardziej ludzkie. I mam wrażenie, że cały film jest o tym właśnie: o pozornie bezpiecznej powtarzalności, w którą wkrada się, często przypadkowy, element chaosu. I wywraca wszystko do góry nogami.

Tytułowy „Fokstrot” to istotny dla filmu wojskowy kryptonim, ale to przecież także taniec wyróżniający się prostymi, powtarzalnymi krokami: w przód, w bok, w tył, w bok i znowu w przód. „Dokąd byś nie poszedł, zawsze wracasz do punktu wyjścia” – opisuje zasady tańca Michael Feldman, ojciec rodziny, na którego pewnego dnia spada wiadomość, że jego syn Jonathan – służący w izraelskiej armii – zginął na posterunku. Tak zaczyna się ten filmowy taniec i wydaje się, że rzeczywiście jest mocno powtarzalny: wiadomość przyniesiona przez dwóch żołnierzy, histeria, rozpacz, mdlenie, wizyta przedstawiciela rabinatu (z klepaną z pamięci, powtarzalną do bólu agendą ceremonii pogrzebu), brat ojca, zamawiający telefonicznie nekrolog – wszystko to znamy, wszystko to widzieliśmy i słyszeliśmy nie raz. A jednak w tę część opowieści zaczyna wciskać się powoli element farsy, komedii – Samuel Maoz wprowadza go subtelnie, ukrywając z początku pod płaszczykiem zwykłego elementu opowieści o armii, (jak zawsze) chcącej zrobić wszystko, by zaopiekować się rodziną poległego żołnierza. Oto jeden z wojskowych ustawia w komórce Michaela alarm, który co godzinę zawiadamia go, że ma wypić szklankę wody. Ten sam ruch, to samo zadanie, powtarzalne jak kroki w fokstrocie. Do czasu. W pewnym momencie szklanka z wodą zostaje rozbita, a historia zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Nagle nic nie jest powtarzalne i zaczyna się chaos. Tyle akt pierwszy.

Z miłości do książek | Księgarnia z marzeniami, reż. Isabel Coixet

Bo w akcie drugim niespodziewanie wracamy do powtarzalności, choć w zupełnie innym, bardziej groteskowym stylu. Oto posterunek wojskowy na totalnym zadupiu, gdzie za wieżę wartowniczą służy wymalowana furgonetka, a szlaban unoszony jest najczęściej po to, żeby przepuścić zbłąkanego wielbłąda. Tu każdy dzień jest dokładnie tak samo nijaki, jedyną rozrywkę stanowi sprawdzanie stopnia przechylenia baraku mieszkalnego oraz nieco sadystyczne zatrzymywanie samochodów z bogu ducha winnymi obywatelami i drobiazgowe (dla zabicia czasu) sprawdzanie ich dokumentów na wysłużonym komputerze. To zresztą najlepsza część filmu, wpływająca na odbiór całości. Zarówno dzięki elementom podkreślającym powtarzalność, jak i tym wyrywającym się jej, z – o dziwo – zupełnie niepowtarzalnym w tym przypadku fokstrotem. I tu jednak wszystko trwa do czasu. Wiemy, że nastąpi zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. I znowu zacznie się chaos.

Zbędny bunt | Morderstwo w hotelu Hilton, reż. Tarik Saleh

Akt trzeci od chaosu się zaczyna – choć rozumiemy, gdzie jesteśmy, to nie rozumiemy kiedy. Co się stało?  Dlaczego wszystko, co obserwujemy, oderwane jest od naszej wiedzy? Tu – à rebours – poszczególne elementy wskoczą w końcu na swoje miejsce, by tym razem dążyć do tego, co znamy, co akceptujemy jako element codzienności. Można odnieść wrażenie, że reżyser postanowił dać nam na koniec swoistą apoteozę powtarzalności. I znowu do czasu – puenta obnaża mylność naszego przekonania o powtarzalności ludzkich losów, rzuca pewien zabarwiony ironią cień na całą filmową opowieść.

Ukryte dobro | Mężczyzna imieniem Ove, reż. Hannes Holm

„Fokstrot” opowiada o śmierci i o przeżywaniu jej przez żyjących, włączając w to tych, którzy się do owej śmierci w jakimś stopniu przyczynili. Ale bardziej może nawet jest to opowieść o chaosie, wkradającym się niespodziewanie w codzienną powtarzalność właśnie. Chaosie, który nadchodzi mimo naszego przekonania, że właśnie zrobiliśmy wszystko, by go uniknąć. Jak w tańcu, którego powtarzalne kroki pomylimy właśnie wtedy, gdy uznamy, że opanowaliśmy je już do perfekcji.

  

Fokstrot (Foxtrot, פוֹקְסטְרוֹט), reż. Samuel Maoz

Izrael, Niemcy, Francja, Szwajcaria 2018

Premiera 7 września 2018

dystr. Aurora Films

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.