Prawda i wyobraźnia Hanny Cygler | Z autorką powieści „Tylko kochanka” rozmawia Przemysław Poznański

Przez okna sieciowej kawiarni w centrum Warszawy widać fasadę dziewiętnastowiecznej Hali Mirowskiej, nowoczesność miesza się z historią. Dokładnie tak jak w twórczości Hanny Cygler, autorki osiemnastu powieści, z których właśnie na rynku ukazała się najnowsza „Tylko kochanka”. Lektura książki skłania mnie do zadania pytania, które chyba zaskakuje pisarkę. Podnosi właśnie do ust filiżankę kawy, ale jej dłoń zatrzymuje się w połowie drogi. „Co bardziej cię fascynuje: życie czy fabuły książek?”, pytam. „Zdecydowanie życie”, odpowiada Hanna Cygler. „ Owszem, czasem zdarza się, że coś napiszę, a potem wydarza się to w prawdziwym życiu. Można wtedy odnieść wrażenie, że życie naśladuje literaturę, że pisarz okazuje się wieszczem. Prawda jest jednak taka, że nie przewiduję przyszłości, lecz i w życiu, i w literaturze obecne są pewne schematy. Pisarz jest w stanie je odnaleźć i się nimi posłużyć”, dodaje.

 

Przemysław Poznański: Pytam o to, bo twoja najnowsza, osiemnasta już powieść, „Tylko kochanka” w dużym stopniu oparta jest na biografii istniejącej osoby.

Hanna Cygler*:  Tak, to w zasadzie druga książka w mojej twórczości , która jest tak bardzo związana z prawdziwymi losami konkretnych osób.

Pierwszą była „Grecka mozaika”?

– W „Greckiej mozaice” w dużej mierze oparłam się o prawdziwy życiorys męża mojej kuzynki. Słyszałam tę historię przez lata, aż zdecydowałam się ją opisać. Oczywiście zawsze inspirację czerpię z życia. Nawet w przypadku książek historycznych szukam w źródłach czegoś, co mnie uwiedzie, szukam emocji, które sprawią, że książka wyda się prawdziwa. Od pewnego czasu pracuję nad trzecim tomem mojej „cudzej” sagi – „Na cudzym chlebie”. Wcześniej wpadłam na pomysł, by jej fabułę umieścić w Stanach Zjednoczonych i że będzie to związane z tą częścią rodziny Hallmannów, którzy wyjechali do Ameryki. Ale dopiero w zeszłym roku podczas pobytu w  Stanach, w muzeum polskim w Winonie, usłyszałam z ust prowadzącego je księdza Paula Brezy opowieści o emigrantach. To sprawiło, że nagle cała książka ułożyła mi się w głowie. Zresztą nie chodzi tylko o historyczne źródła, ale także o krajobraz i o spotkanych tam ludzi, których emocje łatwo przenieść w przeszłość.

Kiedy zrozumiałaś, że musisz napisać „Tylko kochankę”? Co o tym zdecydowało?

– W przypadku „Tylko kochanki” było inaczej, niż choćby w przypadku „Greckiej mozaiki”. Ta historia pojawiła się w moim życiu zupełnie niespodziewanie i nieoczekiwanie. Przebywałam w pewnej miejscowości – to nie był obecny w powieści Gniew – na zaproszenie biblioteki miejskiej. Mieszkałam w miejscowym pensjonacie, prowadzonym przez samotną kobietę. „Pani Haniu, ta pani gospodyni to jest jak postać z pani książek. Jak pani bohaterka”, oznajmiła mi dyrektorka biblioteki, gdy tylko dowiedziała się, gdzie mieszkam. I uraczyła mnie bardzo krótką historią owej hotelarki. Wysłuchałam jej, ale choć stwierdziłam, że to ciekawy życiorys, to z początku wcale nie przypuszczałam, że wyjdzie z tego książka. Nigdy tak od razu się nie zapalam do zasłyszanych historii.

Tym bardziej że takich opowieści jest pewnie wiele wokół ciebie?

– Dlatego w historii coś musi zaiskrzyć. Muszę być pewna, że jest to coś więcej niż płaska, powtarzalna opowieść. Musi być tak, że po jakimś czasie ten pomysł wciąż będzie trwał, tkwił w mojej głowie. Musi zacząć żyć własnym życiem, zacząć rozwijać się w fabułę. I tak stało się w tym przypadku. Pomysł nosiłam w sobie pół roku i nie dawał o sobie zapomnieć. Może ziarno zasiały słowa, jakie usłyszałam nazajutrz przy śniadaniu od mojej pani hotelarki: „W zeszłym tygodniu wróciłam z Dubaju”. Niby nic, a zaimponowała mi tym. Nie wyglądała na osobę odbywającą takie podróże. Z drugiej strony współgrało to z jej dynamiczną osobowością. Pomyślałam, choć dużo później, że może faktycznie fajnie by  było napisać o takiej osobie. W końcu skontaktowałam się z dyrektorką biblioteki, która przekazała pani hotelarce mój numer telefonu. I tu pojawia się kolejna niezwykła historia: na ogół unikam odbierania telefonów, których nie znam, a zwłaszcza przed spotkaniami w bibliotece, a tego dnia miałam pięć minut do spotkania i nagle dzwoni ktoś, kogo nie znam. Coś mnie jednak skłoniło do tego, żeby odebrać. To była moja przyszła bohaterka, która zadzwoniła z informacją, że zgadza się na opisanie jej losów. I tak zaczęła rodzić się moja Lena.

Trochę odbieram to jako moją misję autorki książek. Chcę pokazywać kobiety, które mimo przeciwności losu są w stanie wyjść na prostą, mają w sobie dość siły i samozaparcia, by konkurować z mężczyznami i wygrywać.

Pojechałam do niej, rozmawiałyśmy trzy dni. Oczywiście „Tylko kochanka” nie jest biografią tamtej hotelarki, to efekt mojej wyobraźni, ale postać Leny była inspirowana prawdziwą postacią. Z kolei postać Jakuba to już w całości mój pomysł, przeniosłam też akcję do innego miasta. Kierowałam się tym, by tej oryginalnej „Leny” nie skrzywdzić. Powiedziałam jej, że zmienię miejscowość, choćby po to, by nie miała kłopotów. By ludzie, którzy jej wcześniej zaszkodzili, nie zaszkodzili jej znowu, ze zwykłej zawiści. „A o nich to możesz z nazwiska”, śmiała się hotelarka. Ale nie skorzystałam. Napisałam powieść, fikcję, nie biografię.

I po raz kolejny umieściłaś w centrum silną kobietę, co jest twoim znakiem rozpoznawczym już od debiutu, czyli „3 razy R”. Lubisz takie postaci?

– Trochę odbieram to jako moją misję autorki książek. Chcę pokazywać kobiety, które mimo przeciwności losu są w stanie wyjść na prostą, mają w sobie dość siły i samozaparcia, by konkurować z mężczyznami i wygrywać. Powieściowa Lena z „Tylko kochanki” jest mocną kobietą, choć nie oznacza to, że na pewno sobie zawsze ze wszystkim poradzi. Dopadają ją kryzysy i smutki. Jej siła polega na tym, że jest w stanie nie pokazywać światu swojego bólu.

Takich postaci szukają czytelnicy?

– Trzeba by pewnie spytać czytelników. Na pewno chcą, by postaci wydawały się prawdziwe. Myślę, że powinni w książce znaleźć i dobrą rozrywkę, i inspirację do pochylenia się nad pewnymi kwestiami moralnymi.

Tylko kochanka jest powieścią o drugiej szansie, o tym, że nie wolno rezygnować, że trzeba szukać rozwiązania. I gdy druga szansa nadchodzi, musimy umieć z niej skorzystać.

– Musimy się sprężyć, żeby ją powitać z godnością. Co więcej: pasywne zachowanie uniemożliwia nadejście tej drugiej szansy. Poddawanie się jest złą strategią, bo jeśli nie wynika z jakichś ograniczeń życiowych, choćby śmierci czy choroby, to warto pomyśleć czy nie jest tak, że sami stawiamy opór tej drugiej szansie. Mnie życie ciągle pozytywnie zaskakuje, bo pozwalam mu na to.

Zaczynałaś pisać w latach 90. W najnowszej powieści też wracasz do tamtych czasów. Co cię w nich fascynuje?

– Czasy przejściowe to właśnie czasy „drugiej szansy”, pozwalające pokazać bohaterów w działaniu. Pamiętam, jak w latach 90. upadały firmy, zostawiając całe miasteczka bez źródła zarobku. Duże miasta sobie lepiej radziły, ale w małych ludzie boleśnie doświadczali tych zmian. Dla mojej bohaterki to też istotny okres, bo umiała wykorzystać ten czas na rozwiniecie własnego biznesu. Trochę wzorowałam się na własnych doświadczeniach: ja musiałam w tamtym czasie założyć biuro tłumaczeń i pójść zupełnie inną ścieżką, niż wcześniej zakładałam.

Charakter twojej bohaterki kształtowały też trudne lata 80. Opisujesz doświadczenia związane z emigracją zarobkową.

– W tych scenach zlały się różnego rodzaju doświadczenia i prawdziwej Leny i moje własne. Ja co prawda nie wyjeżdżałam na stałe w latach 80., ale jeszcze przed stanem wojennym pracowałam legalnie, jako studentka skandynawistyki, w szpitalu w Szwecji i pamiętam dobrze towarzyszącą temu atmosferę. Część osób, która pracowała ze mną, została w latach 80. za granicą. Miałam koleżankę ze studiów, która została, by pracować nadal jako sprzątaczka. Ja tak nie chciałam, w końcu studiowałam, myślałam o innej przyszłości. Oczywiście nie spodziewałam się, że za chwilę wprowadzony zostanie stan wojenny. Ale potem, w późnych latach 80. też wyjeżdżałam do pracy na Zachodzie, m. in. do Anglii zbierać jabłka, prowadziłam sklep spożywczy w Sztokholmie, ale zawsze wracałam. Doskonale jednak znam tych ludzi, którzy zostawali na stałe, widziałam jak wyglądała ich tułaczka poza ojczyzną.

 Trzeba mieć niebagatelny bagaż doświadczeń i sprawdzone narzędzia, aby pomysł przekuć w powieść

Widziałaś, a może przeżyłaś też ten szok poznawczy, który doskonale opisujesz na przykładzie Leny, gdy najlepsze ciuchy zabrane z Polski okazywały się np. w Niemczech powodem do wstydu.

– Tak, dobrze to pamiętam. Z własnego doświadczenia wiem też, jak wyglądała ta pierwsza paczka wysyłana z Zachodu do domu. Dziś rzadko o tym pamiętamy, że w Polsce nie było wtedy niczego. Krewni i znajomi cieszyli się z kostki przesłanego im mydła, tym bardziej że tak pięknie pachniało. Pisanie o tych czasach to też próba przypomnienia sobie i innym tych pierwszych smaków Zachodu, tego, co nas tak uwodziło, co się tak podobało. Bo dziś już tego nie pamiętamy.

Miewasz emocjonalny stosunek do swoich postaci? Mówisz do nich: „Lubię cię, nienawidzę cię”?

– Nie oceniam moich postaci. Bo co, siebie mam oceniać? W istotnym stopniu one wszystkie pochodzą przecież z mojej głowy i noszą w sobie odpryski mojego charakteru.

Pytam, bo Lena jest mocną, niezależną kobietą, ale nie jest wzorem cnót. Pierwsze pieniądze zarabia jako utrzymanka milionera.

– Postać musi budzić emocje. W przypadku „Czasu zamkniętego” i „Pokonanych” postacią, którą najłatwiej mi się pisało, był Feliks Hirsch, który był czarnym charakterem.

W „Tylko kochance” jest taką postacią pewna osoba, która pod płaszczykiem przyjaźni tak naprawdę szkodzi Lenie.

– Za każdym razem aż cieszę się na myśl, że wkrótce opiszę sceny z udziałem takich postaci. Są bardziej fascynujące, bo wielowymiarowe. Postać jedynie dobra jest nudna, bo wiadomo od początku do końca, co będzie robiła. Nie przepadam za takimi.

„Tylko kochanka” jest powieścią autonomiczną, tymczasem twoi czytelnicy przyzwyczaili się, że dajesz im całe serie jak choćby dyptyk „Czas zamknięty „ i „Pokonani” czy serię rozpoczętą powieścią „W cudzym domu”. Nawet pozornie zamknięta „Grecka mozaika” ma mieć kontynuację.

– Czasem tworzę też także autonomiczne powieści, jak choćby „Złodziejki czasu”. Ale dla uważnego czytelnika zostawiam pewne tropy, które sprawiają, że każda książka jest de facto elementem większej układanki. W przypadku „Tylko kochanki” też jest taka „zahaczka”: Jakub jest kuzynem Anny Folton, znanej właśnie ze „Złodziejek czasu”. To dla mnie jest ważne, by dać bohaterom biografie, które rozciągają się też na inne książki, dać im krewnych czy znajomych, których czytelnik już zna. Dzięki temu te nowe postaci są od razu bardziej prawdziwe, bardziej „znajome”. Ale to prawda, że lubię pisać serie, bo mogę obracać się w już raz stworzonym świecie. Staram się jednak nie wracać nigdy do dokładnie tego samego – chcę, żeby nawet książki z tej samej serii różniły się między sobą. „Na cudzym chlebie” nazywam na swoje potrzeby „kaszubskim westernem”, bo będzie się różnił od wcześniejszych książek także gatunkowo. Mam napisaną mniej więcej jedną trzecią tej książki i już wiem, że będzie nieco  grubsza od poprzednich. Poza tym będzie ją można czytać zupełnie niezależnie od pozostałych tomów.

Nie powinno to dziwić nikogo, kto zna twoją twórczość. Bardzo często wychodzisz poza sztywne granice gatunku, mieszając powieść obyczajową z kryminałem czy thrillerem.

– Używam takich gatunków, jakie pasują do danego wątku. W nowej książcepojawi się więc wątek kryminalny, ale i znajdziemy trochę miłości. Być może wynika to z mojej osobowości, z tego, że nie mogę i nie chcę się decydować na jeden gatunek, że chcę więcej. Nie zawsze było to doceniane. Kiedy próbowałam wydać pierwsze książki, spotykałam się z odmową, argumentowaną właśnie tym, że są niejednoznaczne gatunkowe, że to hybrydy. Na szczęście szybko okazało się, że czytelnicy właśnie taką prozę lubią.

Czy pojawiło się coś, co już zainspirowało cię do napisania kolejnej książki?

– Pomysł, inspiracja, to jedno. Ważna jest też otwartość na drugiego człowieka. . Ale wydaje mi się, że trzeba mieć również niebagatelny bagaż doświadczeń i sprawdzone narzędzia, aby pomysł przekuć w powieść. Gdy pisałam pierwszą książkę, „Tryb warunkowy”, gdzieś w połowie zrozumiałam, że nie wiem, o czym dalej pisać i zarzuciłam tę książkę na kilka lat. Nie miałam wystarczającej wiedzy o życiu, by bohaterowie byli prawdziwi. Cóż, teraz mam odwrotny problem: mam za dużo pomysłów i już wiem, że nie jestem w stanie napisać wszystkiego.

 

Rozmawiał Przemysław Poznański

Zdjęcia Andrzej Kaczmarek

wszelkie prawa zastrzeżone

 

*Hanna Cygler – autorka kilkunastu powieści, m.in. „Tryb warunkowy”, „Czas zamknięty”, „Pokonani”, „Grecka mozaika”, „Złodziejki czasu”, „W cudzym domu” i „Za cudze grzechy” oraz najnowszej „Tylko kochanka”. Absolwentka wydziału skandynawistyki Uniwersytetu Gdańskiego, pracowała w gdańskim oddziale Polskiej Agencji Informacyjnej i na Uniwersytecie Gdańskim. Od 1993 zajmuje się zawodowo tłumaczeniami z języka szwedzkiego i angielskiego. Prowadzi własne biuro tłumaczeń.

Dziękujemy restauracji St. Antonio za pomoc w realizacji sesji zdjęciowej