Proza

Państwo zawsze pisze ostatni rozdział | Proza Jarosława Banasia (Tak działa państwo, odc. 5)

– Opiszę panią, napiszę o wiśniówce, o pendrive w butelce. I zobaczymy, czy moja proza nie jest silniejsza niż wasz kod… Piąty odcinek mikroprozy Jarosława Banasia o J. A. Szaraczkiewiczu. Ciąg dalszy nastąpi.

Jarosław Banaś, fot. archiwum prywatne

Streszczenia poprzednich odcinków tutaj

W pierwszy zimny i wilgotny dzień zimy ciemne chmury zawisły nad miastem, a wiatr huczał w parku trzaskając konarami drzew. Dzień tak naprawdę nie chciał się rozpocząć, a Julian Arnold Szaraczkiewicz nie mógł się obudzić z sennego koszmaru. Sen męczył go swą nierealnością, a równocześnie zaciekawiał na tyle, by chcieć przejść do kolejnej sekwencji.

Na wiosnę miasto szykowało się do wyborów burmistrza i do sklepu z używaną markową odzieżą Juliana przez cały poprzedni dzień przybywali emisariusze zachwalający swoich kandydatów na urząd. Ruch, był tak duży, iż można było donieść wrażenie, że to połowa miasteczka postanowiła walczyć o fotel burmistrza, a druga połowa im w tym pomaga. Szaraczkiewicz przyjmował wszystkich cierpliwie i deklarował wsparcie, ale zaznaczał, że później, bo chwilowo sami państwo widzą – rozmawiamy tu już prawie godzinę i nikt nic nie kupił, zatem jak tylko coś sprzedam, to oczywiście wpłacę, na kampanię, ale na razie, wybaczcie…

Namolność namawiających do wyborów na burmistrza, była powszechnie zrozumiała i można by rzec cierpliwie aprobowana, bo i stawka była ostateczna. Miasto doszło do granic swych możliwości rozbudowy, sprzedano już wszystkie grunty, które były do sprzedania i pojawili się lobbyści twierdzący, że zabudowa nadmorskiego parku i okolicznych bagnisk przyniesie mieszkańcom potężne korzyści.

Pokładano więc nadzieję w wyborze nowego burmistrza, bo od niego będzie niebawem zależał los miasteczka. Czy zamieni się ono w zabudowany hotelami betonowy nadmorski klif, czy może jednak nie. Od lat starający się o urząd deklarowali, że absolutnie skończą z betonowaniem miasta, po czym okazywało się, że jednak rozwój, postęp i podstęp brały górę a kolejne galerie handlowe i hotele pojawiały się ciaśniej i ciaśniej dusząc mieszkańców coraz większą ilością produkowanych śmieci i odchodów. 

Umęczony tymi rozmowami Julian Arnold Szaraczkiewicz nie chciał się dziś budzić, by ponownie słuchać chytrych obietnic, bo jak większość oszukanych w miasteczku stracił już nadzieję, że ceny spadną, młodzi nie wyjadą, a on spotka radosnych znajomych w rynku na porannej kawie. Spał i śnił.          

– Kalipso – tak na mnie wołają. To ja urrratowałam pułkownika! – usłyszał głos dziarskiej staruszki.

Śnił, że jego sklepie stoi siwowłosa kobieta o nadzwyczajnie gładkiej twarzy, w białym garniturze, zamaskowana dużymi ciemnymi okularami i przemawia doniośle, a on stoi bezradnie wśród wieszaków, sparaliżowany wtargnięciem, wyglądem i przemową.

– Proszę zamknąć drzwi, na zewnątrz jest mróz. – Julian zachował ciepły dystans, jak to w snach bywa.  

– Słyszałam, że pan pisze, chodzi po mieście i opowiada dziwne rzeczy, słyszałam też, że piszą także o panu, śpiewają piosenki i drukują  poematy, no cóż, to jest małe miasteczko, więc słowo rozchodzi się szybciej niż w sieci, ale mniejsza z tym, przybyłam położyć kres tej dezinformacji, mitologii i poetyzacji…

Szaraczkiewicz ze spuszczoną głową analizował sandały Kalipso, jedna z nogawek białego garnituru była lekko uniesiona i widział jak skórzane rzemyki ścisłe oplatają jej bladą łydkę.

– Pani… Kalipso?  – wydukał wreszcie, odzyskując głos i wycofując się za ladę. – Wiem, że to pani uratowała pułkownika. On sam mi o tym opowiedział, o tu wisi jego mundur…

Kalipso uśmiechnęła się smutno i z lekkim stukiem postawiła na ladzie płaską butelkę z ciemnoczerwoną zawartością. Odkręciła butelkę zaskakująco sprawnie i rozlała płyn do kryształowych kieliszków, które pojawiły się tam nie wiadomo skąd. Zapach wiśniówki rozszedł się po sklepie. Nie wiedząc dlaczego Julian przypomniał sobie w tej chwili rudego kota z biblioteki i odważnie spojrzał w twarz Kalipso.

– Pani zdrowie – szepnął z obawą.

– Mogę zapalić, prawdziwego papierosa? Wiśniówka bez dymu jest nic warta – odpowiedziała.

Julian pospiesznie podsunął swoją ulubioną zapalniczkę benzynową. Zadzwoniły kryształy. Zrobiło się miło.

Kobieta zaciągnęła się luksusowym, cienkim papierosem i wypuszczając dym zdjęła ciemne  okulary. Szaraczkiewicz struchlał. Patrzył prosto w zielone oczy rudego kota poznanego w miejskiej bibliotece.  

 – Miasto śpiewa o pana wyczynach, a ja słucham. Słucham piosenki, szumu fal, wiatru, ludzi. Pułkownik opowiadał mi o panu, zanim… zanim wszystko się skomplikowało. Uratowałam go wtedy z tej kamienistej plaży, gdzie sztorm ciska wszystkim, co nie chce tonąć. Napoiłam wiśniówką, ogrzałam, a on… on mówił o panu jak o starym wrogu, który stał się przyjacielem. Albo na odwrót. Ale teraz? Teraz to wszystko musi się skończyć. Te pana historie, te poematy Peki, te recenzje na X – to zagrażająca Państwu dezinformacja. Mitologia. Poetyzacja rzeczywistości. I jeszcze ten song z rekordowymi odsłonami o morderczym państwie. Przybyłam z tym skończyć…

Szaraczkiewicz poczuł, jak serce przyspiesza swój rytm a w okolicy żołądka wzbudza się niepokój. Czy to kolejna manifestacja siły pana pułkownika? Hologram? Iluzja? A może Kalipso jest prawdziwa, a pułkownik nigdy nie istniał poza jego wyobraźnią? Próbował zebrać myśli. Teraz on napełnił kieliszki. Stuknęli się.

– Ale… co chce mi pani powiedzieć? I z czym chce pani skończyć? Ja tylko piszę, tworzę metafory… to moja broń przeciwko temu, co zwą państwem, a co w zasadzie państwem nie jest, a skoro w moich opowieściach ten państwowy potwór nie istnieje, to nie mogę mu przecież zagrażać.

Kalipso roześmiała się szczerze.

– Oczywiście, powiedzmy na wstępie, że pułkownik żyje, o tak, powiedzmy, że żyje…. Ale nie w taki sposób, jak pan myśli. On nie jest już człowiekiem, panie Julianie. Pisze o nim poetka Peka, śpiewa o nim Czarny Kamil, ale to nie jest tak, jak się powszechnie uważa, to nie jest już kościec i ciało, to tylko algorytm i jakiś bliżej nieokreślony synchroniczny operator sieci neuronowych.

– No, nie wiem. Rozmawiałem z pułkownikiem, zaraz po kąpieli w lodowatym Bałtyku, był  zupełnie prawdziwy. Miał ciało, pił kawę i odjechał na rowerze.

Szaraczkiewicz spojrzał uważnie na Kalipso. Zielone oczy to świecące soczewki z hydrożelu – pomyślał przytomnie,  ale ta gładka twarz, to przecież nie pasuje do tej starszej pani – snuł rozważania, no i te sandały w pierwszy mroźny dzień zimy.

– Co, tam? Masz ochotę dotknąć mojego policzka? Zastanawia cię dlaczego w posturze staruszki jest taka gładka twarz? No możesz dotknąć, i tak nie rozróżnisz, no ale jak chcesz… lepiej byłoby gdyś o tym nie myślał, przyjmij to dla swojego dobra, tak jak jest, dla swojego dobra. – Julian słyszał głos Kalipso, ale nie był pewny czy to ona porusza ustami. – Uratowałam, bo morze walnęło na brzeg, lecz nie ciało pułkownika, a małą płytkę z zapisanym kodem. Słyszałeś o tym, czytałeś powieści Lema? Kwarcowe światy w morskim piasku, rozumiesz? No, może dla ciebie to uproszczę, wyobraź sobie pendrive w butelce, dryfujący po morzu danych. No, coś w tym stylu.

Szaraczkiewicz wiedział o czym mówi Kalipso, ale milczał udając zagubienie, bo uznał, że tak, będzie bezpieczniej, a staruszka o gładkiej twarzy pytała retorycznie.

– Opowiadał ci, jak napoiłam go wiśniówką?

Szaraczkiewicz źle znosił, gdy rozmówcy z nim się spoufalali ale nadal milczał a Kalipso rozochocona wiśniówką mówiła coraz szybciej.

–  Podłączyłam go do prądu, wpuściłam do sieci. A ten program natychmiast przejął nade mną kontrolę. To wszystko. Teraz jestem jego głosem. Przyszłam, bo pańska pisanina zakłóca system. Poeci w kolorowych sari, recenzje, komentarze pod zaproszeniem Felicjana to wirus. A państwo nie lubi wirusów.

Szaraczkiewicz po raz kolejny struchlał. Felicjan to pułkownik! Uzmysłowił sobie z rosnącym przerażeniem. Tak, ten komentarz pod poematem Peki i zaproszenie na wieczór autorski, tak wszystko się łączyło…

– Więc to pani… czyli to on… pułkownik,  zaprasza Pekę na wieczór autorski? Po co? Żeby, jak pani mówi „skończyć z tym”?

Kalipso pokręciła głową, pociągnęła łyk wprost z butelki, a potem podała ją Szaraczkiewiczowi.

– Nie uciszyć, a zwerbować! Bo tak działa państwo! A wy Szaraczkiewicz nadal nic nie rozumiecie. Nie siłą, nie mundurami, ale poezją i wiśniówką. Peka ma talent. Niech pisze dla nas. Niech kreuje rzeczywistość przychylną systemowi. A pan? Pan może dołączyć. Albo… – zawiesiła głos, patrząc na mundur w witrynie – albo skończyć jak ten mundur, na wystawie, jako relikt.

Szaraczkiewicz wziął butelkę, podszedł do okna, patrzył jak mewy krążą nad parkiem. Poeci w kolorowych strojach przechadzali się, nieświadomi. A może świadomi? Może wszyscy są już częścią algorytmu?

– Nie – powiedział cicho, ale stanowczo. – Nie dołączę. Opiszę panią, napiszę o wiśniówce, o pendrive w butelce. I zobaczymy, czy moja proza nie jest silniejsza niż wasz kod.

Kalipso westchnęła, odwracając się do wyjścia.

– Pisz pan. Ale pamiętaj, jak działa państwo, państwo zawsze pisze ostatni rozdział.

Drzwi zamknęły się z cichym dzwonkiem. Julian Arnold Szaraczkiewicz usiadł przy ladzie, otworzył notes i zaczął notować. Na zewnątrz, kredowy napis na murze zdawał się świecić jaśniej: „Sustine et abstine”. Wytrzymaj i powstrzymaj się. Ale on nie zamierzał się powstrzymywać.

Śnił nadal, że się już obudził, że zerwał z posłania, że podbiegł do okna a tam mewy krążyły i krzyczały nad białą postacią idącą ciemną parkową cisową aleją.

I tak spocony, przerażony, trwałby w sennej pętli jawy i snu, gdyby nie dzwonek telefonu. Wytrzeźwiał i przedstawił się zawodowo.

– Sklep markowej używanej odzieży, w czym mogę…

– Mówi pułkownik. – głos pułkownika był ciepły ale groźny. – Zabieram swój mundur z pana wystawy, zgłosili się z muzeum służb państwa.

– Oczywiście, panie pułkowniku. – Szaraczkiewicz szybko napił się wody kokosowej, która na szczęście stała w zasięgu ręki.

– Bedę miał małą prośbę – pułkownik zawiesił głos w oczekiwaniu.

– Oczywiście, mała prośba, jak najbardziej, jestem panu to winien, pana mundur w sklepie, przyciągnął do mnie nowych klientów, więc z przyjemnością…

– W miejsce mojego munduru powiesi pan garnitur bardzo ważnej osoby, która stara się o urząd, garnitur jest cenny, wykonany z bisioru, to morski jedwab, pewnie pan wie, niestety w komplecie na ma butów i zamieści pan przy nim karteczkę, że pieniądze ze sprzedaży uniformu zasilą konto wyborcze kandydata na burmistrza…

Szaraczkiewicz słuchał sparaliżowany

– Co pan tak zamilkł, mam nadzieję, że nie nadużywam…

– Panie pułkowniku, chciałem zapytać…

– Tak…

– Panie pułkowniku, czy ten garnitur jest biały?

– Tak, biały, skąd pan wie?  

CDN

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej