Proza

Algorytm i mocz | Proza Jarosława Banasia (część 4)

„Niech pan czyta – zażądała – pisałam całą noc. To poemat. Mocne, prawda? – Pekę Witalską rozsadzała wyczuwalna spod luźnego deformacyjnego odzienia młodzieńcza energia”. Czwarty odcinek mikroprozy Jarosława Banasia o J.A Szaraczkiewiczu. Ciąg dalszy nastąpi.

We wcześniejszych odcinkach cyklu „Tak działa państwo”

Julian Arnold Szaraczkiewicz to zwykły, przeciętny człowiek, sprzedawca w sklepie z używaną odzieżą w nadmorskim kurorcie. Jego codzienność wypełniają rozmowy z klientami oraz wieczorne rozmyślania przy kokosowej wodzie. Kluczowym wydarzeniem w jego przeszłości jest służba wojskowa, podczas której odmówił werbunku do służb wewnętrznych, co wywołało konflikt z tajemniczym pułkownikiem. Od tego momentu pułkownik staje się wszechobecny w życiu Szaraczkiewicza, pojawiając się w rozmaitych rolach – od kapłana, przez komendanta policji, po posła, burmistrza, a nawet kobietę walczącą o prawa kobiet czy osobę próbującą go uwieść.

Za każdym razem pułkownik powtarza frazy: „Tak działa państwo” i „Szaraczkiewicz, wy nic nie rozumiecie”, wywołując w bohaterze niepokój i poczucie osaczenia. Szaraczkiewicz zaczyna wątpić w swoje zdrowie psychiczne i konsultuje się z psychiatrą, którym, ku jego zaskoczeniu, okazuje się pułkownikiem. Lęki bohatera nasilają się, gdy pułkownik zdaje się być obecny wszędzie, nawet po rzekomej rezygnacji i oddaniu swoich mundurów do sklepu Szaraczkiewicza.

Kulminacją jest dramatyczna scena na molo, gdzie Szaraczkiewicz, w obawie o samobójstwo pułkownika, zgadza się na współpracę z tajnymi służbami. Pułkownik jednak skacze w rozszalałe morze.

W drugiej części Szaraczkiewicz odkrywa, że pułkownik przeżył, uratowany przez kobietę zwaną „Kalipso”. Zainspirowany, bohater zaczyna pisać o pułkowniku, przekształcając swoje lęki w literacką kreację. Jego teksty zyskują popularność, a on sam nabiera pewności siebie, wierząc, że jego proza ma większą moc niż wpływy pułkownika. Podczas rozmowy w kawiarni Szaraczkiewicz deklaruje, że nie boi się już dawnego oprawcy, a jego pisarstwo jest formą buntu i tworzenia nowej rzeczywistości.

Pułkownik, tracąc pewność siebie, ostrzega, że służby kontrolują wszystko, lecz Szaraczkiewicz pozostaje nieugięty. Producentka filmowa, początkowo entuzjastycznie nastawiona do jego twórczości, sugeruje, by nie ujawniał mechanizmów swojej kreacji, co budzi w nim nowe wątpliwości. Szaraczkiewicz, rozdarty między buntem a lękiem, zastanawia się, czy pułkownik nie „zaraził” wszystkich swoją ideą państwa. Dochodzi do wniosku, że Klub Poetów może być ostatnią ostoją wolności.

W trzeciej części Szaraczkiewicz zmierza na spotkanie z poetami w bibliotece, chcąc zmobilizować ich do walki z wszechobecnością pułkownika poprzez literaturę. W przemowie zachęca do opisywania świata, by uwolnić go od wpływu służb, ale jego słowa spotykają się z milczeniem i opuszczeniem sali przez poetów. Rozczarowany, wychodzi i spotyka rudego kota, który prowadzi go nad rzekę. Tam ponownie pojawia się pułkownik, wyjawiając, że kot to hologram służb, a świat, łącznie z buntem Szaraczkiewicza, jest zaprogramowany.

Pułkownik przedstawia się jako „synchroniczny operator” sztucznej inteligencji, twierdząc, że to boty kontrolują ludzi, a państwo działa w sposób zaprogramowany i nieuchronny. Szaraczkiewicz, skonfrontowany z tą rewelacją, przeżywa szok, tracąc pewność, co jest rzeczywistością, a co iluzją.

Szaraczkiewicz ewoluuje od biernego, pełnego obaw everymana do człowieka, który próbuje przeciwstawić się systemowi poprzez literaturę. Jego bunt rodzi się z frustracji i lęku przed pułkownikiem, ale ostatecznie okazuje się, że nawet jego opór może być częścią większego planu. Pozostaje rozdarty między wiarą w moc twórczości a zwątpieniem w wolność jednostki.

Pułkownik to enigmatyczna, wszechobecna postać symbolizująca państwo i jego mechanizmy kontroli. Początkowo dominujący i wszechwiedzący, z czasem traci pewność siebie w obliczu literackiego buntu Szaraczkiewicza, ale ostatecznie ujawnia, że kontrola służb jest głębsza, niż bohater sądził, a on sam jest jedynie operatorem systemu.

Odcinek czwarty

Mijały dni miesiące i pory roku. Używana odzież, którą Julian Arnold Szaraczkiewicz sprzedawał w swoim sklepie, to taniała, to drożała. W końcu przestał się tym przejmować. Przestał też ścierać sentencje, które dziecięca dłoń, sądząc po charakterze pisma nanosiła kredą na murze obok szyby wystawowej. „Sustine et abstine” „czyli znoś i powstrzymuj się” to był najnowszy wpis tajemniczego nocnego łacinnika, a Szaraczkiewicz podnosząc rano rolety komentował:

– Tak, powstrzymuj się, łatwo powiedzieć, „abstine” powtarzał w myślach delektując się poranną kawą i przeglądając gazety.

Zawsze w południe w sklepie pojawiał się ktoś z nowym wierszem i kupował coś z ostatniej dostawy. Od czasu pamiętnego wystąpienia Szaraczkiewicza w miejskiej bibliotece, konspirowali z nim poeci. Układ był taki: poeci przynosili wiersze, Szaraczkiewicz je recenzował, a w zamian autorzy dokonywali niedużych zakupów. Im więcej nietypowej odzieży pojawiało się na ulicach miasta, tym więcej autorów otrzymywało dobre recenzje. Ale to była ścisła tajemnica dla kręgu wtajemniczonych.

Szaraczkiewicz pielęgnował w sobie nadzieję że kolorowe, często wykwintne odzienie poetów nabyte w jego sklepie, pójdzie na karb miejskiej egzotyczności i nie będzie demaskatorskim znakiem spisku, tak jak pamiętne drogie, markowe buty w dramacie Dürrenmatta „Wizyta starszej pani”. Przecież, on Szaraczkiewicz nigdy nie stanie się Klarą Zachanassian, a dziś na markowe ciuchy teoretyczne stać każdego, kto tylko wejdzie do jego sklepu z dobrym wierszem, choć – rozmyślał dalej – jednak poeci nosząc coraz to lepszą odzież, stają się moimi moralnymi wspólnikami, ale jednak – uspakajał się równocześnie  – kolorowa odzież poetów nie jest symbolem zdrady i upadku jak u Dürrenmatta a wręcz odwrotnie – to symbol niezależności od pułkownika Niezatapialnego.

Myśli kłębiły mu się  w głowie, ale było jeszcze przedpołudnie i nim przestanie wiać chłodna bryza Szaraczkiewicz będzie przeglądał gazety. Po dwa tytuły równocześnie dla równowagi, jeden liberalny, jeden konserwatywny, z USA, Niemiec i Francji i po jednym losowym z Hiszpanii, Włoch i Skandynawii. Krajową publicystkę czytał na końcu i to pobieżnie, bo większość publikacji to były opracowania artykułów, które czytał już wcześniej w tłumaczeniach.

Co było ciekawe, to że autorzy krajowi na ogół, nie podawali źródeł swojej wiedzy. Można było odnieść wrażenie, że czerpią ją wprost z miejsc światowych wydarzeń, że oddychają powietrzem gabinetów i rozmawiają w kuluarach z światowymi politykami, a nawet mają dostęp do ich życia prywatnego. Szaraczkiewicz przypuszczał jednak, że czytają te same co on gazety i korzystają z podobnych generowanych automatyczne streszczeń.

– Cóż, tak działają media. Trzeba to zrozumieć. – Szaraczkiewicz wspominał ostatnią rozmowę nad rzeką z pułkownikiem Niezatapialnym. Pułkownik tradycyjnie zarzucił mu wtedy po raz kolejny,  nierozumienia mechanizmów władzy, swym słynnym zawołaniem „tak działa państwo!”, ale od tego czasu ślad po nim zaginął i Szaraczkiewicz przypuszczał buńczucznie, że pułkownik nie wytrzymał siły jego argumentów. Zdezerterował, a może jego podwodny okręt zatonął? Szaraczkiewicz rozmarzył się i w przypływie dobrego samopoczucia postanowił zatelefonować, jak mówił „do świata”, by w delikatnych dygresjach, gdzieś między wierszami, usłyszeć puls polityki.

Czasami, także dla rozrywki, dzwonił do której z redakcji i gratulował publicystycznego  tekstu o świecie, nieraz udawało mu się w ten sposób trafić na autora.

– Kiedy pan wraca? – pytał obojętnie, po serii komplementów o przenikliwości tekstu.

– A nie wraca pan? Jest pan w Warszawie, a nawet pod Warszawą, dlaczego pytam, no  dzwonię, bo odniosłem wrażenie, że rozmawiał pan osobiście, tam na Manhattanie, w Le Bernardin, gdzie byliście na kolacji… a nie, nic takiego, rozumiem, a skąd pan wiedział, co powiedziano tam o cłach? Aha, czytał pan w gazecie, ja także czytałem, tu zawieszał znacząco głos, czytałem chyba wczoraj w „The New York Times”, tak chyba tam, ale jednak mimo to, jest to nadal świetny, przenikliwy i wiarygodny tekst, czytałem z przyjemnością, mimo, że jednak nie podaje pan źródła, no ale napisane jest jakby pan tam był.

Kończył rozmowę i już, żałował, czuł to niewątpliwie, że stracił czas. Przecież ten autor, ten streszczacz zagranicznych gazet, nawet przez chwilę nie domyśla się, że można pisać inaczej i on Szaraczkiewicz niestosowności multiplikowania cudzych sformułować na pewno mu nie uświadomi.

W końcu tak działa państwo! Szaraczkiewicz nadal uśmiechał się do galowego munduru pułkownika, ostatniego z kompletu, który wciąż wisiał w witrynie sklepu. Nie bał się już tego zaklęcia, rozumiał je, ale niezmiennie był przeciwny tej dyktatorskiej uzurpacji hasła „tak działa państwo”,  nagle Szaraczkiewiczowi wydało się, że słyszy jak gdzieś z ulicy, przez szum samochodów dobiega do niego echo głosu pułkownika, „Szaraczkiewicz, wy nadal nic nie rozumiecie, tak działa…. gdy raptem głośny dziewczęcy dyszkant  wyrwał go z zadumy.

– Algorytm i mocz! W sklepie stała poetka Peka, szaro-blada panna z czarnym makijażem i plikiem kartek.

– Niech pan czyta – zażądała – pisałam całą noc. To poemat. Mocne, prawda? – Pekę Witalską rozsadzała wyczuwalna spod luźnego deformacyjnego odzienia młodzieńcza energia. Szaraczkiewicz zamknął laptopa, chwycił podane mu kartki i wskazał jakoś ogólnie na wnętrze sklepu.

– Wczoraj przyjechały bardzo kolorowe stroje wprost z Indii, lekkie, wyrafinowane i pachnące, wprost na panią, proszę coś wybrać, a ja idę czytać. – I wybiegł do parku.

Dekadencki poemat Peki w młodopolskim klimacie opisywał mistyczne spotkanie milczącej grupy poetyckiej z natchnionym demaskatorem. Niewątpliwie źródłem inspiracji, było niedawne spotkanie Szaraczkiewicza w bibliotece z poetami, połączone wizyjnie z miejskim folklorem zniewalanym globalnie przez sztuczną inteligencję.

W tekście „Algorytmu i moczu” dało się także odczuć, że Peka pisząc, zna powieść Brunona Jasieńskiego „Palę Paryż” i być może rozmawiała z kimś, na kogo wpływ wywarła proza Hłaski pod dziwnym tytułem „Palcie ryż każdego dnia”. Jedna z postaci poematu miała bowiem na imię Esther. Szaraczkiewicz przypuszczał, że Peka usłyszała czyjś zachwyt na temat Hłaski i „odgapiła” styl dialogów, choć było to zupełnie „skibidi” i nie powinno „się zadziać” ale cóż, szlagworty z prozy Hłaski, same się przyklejają, czego chcemy czy nie. Wystarczy jedno dobre zdanie, jeden błysk i już. Szarczkiewicz takie wtrącenia wyczuwał instynktownie.  Kto bowiem raz przeczyta prozę Hłaski wieczorem, ten już następnego dnia od rana, swój styl ma naznaczony Hłaską do końca dni. Dlatego pragnącym pisać, Szaraczkiewicz zawsze charytatywnie  radził: nie czytajcie prozy Hłaski, oczywiście wieczorem.   

Do parku wjechała kosiarka traw. Był to lokalny prototyp, urządzenia dużego i hałaśliwego niczym kombajn żniwny. Cięła trawy do gołej ziemi niczym jeździec Apokalipsy ogłaszający zagładę parku w mieście na końcu świata. Był to dziwny lokalny zwyczaj chronienia zieleni przez jej wycinkę, ale  mieszkańcy zdążyli się przyzwyczaić i nie protestowali, jednak Szaraczkiewicz musiał przerwać recenzowanie. Urok chwili obcowania z poezją został zabity. Pachniało benzyną i zamordowaną trawą.

Zamknął oczy i nim myśl uleci, zaczął dyktować recenzje. Trochę pamiętał, trochę przeczuwał, ale ostatecznie zawierzył cyfrowej analizie, później posprawdza z grubsza w podręcznych leksykonach, a teraz dyktował tekst wprost do aplikacji, który po chwili z cyfrową ilustracją znalazł się gotowy do publikacji wraz z odpowiednimi hasztagami.

Zapalił papierosa i wracał do sklepu. Nie przypuszczał, że milczenie poetów zakończone, owego pamiętnego burzowego popołudnia, co tu ukrywać, ich ucieczką z biblioteki, kiedy to on Szaraczkiewicz płomiennie przedstawiał wizje zniewolenia miasta i świata przez pułkownika, zaowocuje teraz tak niespodziewanym opisaniem w poemacie Peki. Uciekli, ale jednak ziarno zostało zasiane i proszę, zostałem opisany – uspakajał się wewnętrznie.

– To doskonały tekst, powinna pani wydać książkę. – Szaraczkiewicz gratulował szczerze, choć wewnętrznie był mocno zaniepokojony o los utalentowanej młodej kobiety. Z takim wyglądem, energią i talentem, katastrofa gotowa. Jak ją ktoś odkryje, wyniesie do popularności, najpewniej skończy się dramatycznie. Najlepsze byłoby dla niej, by świat o jej talencie się nie dowiedział – monologował w myślach, ściskając jej ciepłą wilgotną dłoń, a głośno powtarzał komplementy. – No ekstra skrojone, ma pani talent, książka jest konieczna, proszę nadal pisać. Tu jest parę ciepłych słów, zaraz naciskam „dodaj” i moje zachwyty są już na iksie, proszę czytać.        

Poeta Peka podziękowała i bez namysłu kupiła czerwone jedwabne sari wartości małego samochodu, które nie wiadomo jakim cudem trafiło tu do sklepu Szaraczkiewicza za jedną dziesiątą ceny. Zapłaciła pośpiesznie nielimitowaną kartą i wybiegła, podejrzewając zapewne że sprzedawca może się rozmyślić.   

– Do tego ma gust i wyczucie rzeczy wartościowych, z tym się trzeba urodzić. Będzie chodzić w czerwonym sari i będzie miała zabawę, że nikt w mieście nie będzie domyślał się jego wartości.

Szaraczkiewicz obiecał pomóc przy recenzowaniu następnych utworów Peki, choć liczył, że młodzieńczy zapał do poezji przejdzie jej szybko jak majowy deszczyk i tym sposobem nie dołączy ona do galerii sławnych nieszczęśliwców, stojących dumnie w bibliotekach, ale ze złamanym życiem, nie wspominając o samobójcach.

Że będą chcieli o mnie czytać, nie miałem wątpliwości. Że pułkownik Niezatapialny jest postacią filmową, zgoda. Ale że moja idea i ja sam, będziemy kanwą poematu, cóż nie przypuszczałem. Szaraczkiewicz napuszył się i patrzył dumnie na mundur pułkownika. Tego pan pułkownik nie mógł przewidzieć. Tu, w świecie poezji, państwo pułkownika już nie działa! Ha, „Algorytm i mocz”. Świetny tytuł. Postanowił zaparzyć kawę i przejrzeć pierwsze komentarze.

Morska bryza ustała, było cicho i ciepło jak to nieczęsto bywa w mieście na końcu świata, gdzie zazwyczaj tak wieje, że nawet mewy zawracają. Szaraczkiewicz otworzył laptop,  komentarzy i polubień było kilkanaście. To miejscowi wspierali poetkę Pekę, zapisując się na przyszłą książkę, wtem Szaraczkiewiczowi zrobiło się ciemno przed oczami. Skulił się i struchlał przed ekranem, czytał komentarz pod swoją pochwałą „ Algorytmu i moczu” nie dowierzając. Wpis był sygnowany podpisem Felicjan, ale Szaraczkiewicz wiedział już dokładnie, kto się za Felicjanem kryje.

Brawo, brawo, bardzo gratuluję Autorce i zapraszam na wieczór autorski w „Filiżance i spodku” w pierwszym wolnym terminie. Koszty i poczęstunek pokrywam z przyjemnością dla Pani talentu. Czynię tak, bo właśnie tak działa państwo!

CDN      

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej