Każdy ma za sobą jakiś pierwszy raz. Pierwszy raz – czy udany, czy taki sobie – zapamiętuje się na zawsze. Pierwszy chłopak, pierwsza dziewczyna. Pierwszy e-papieros. Albo jeszcze ten klasyczny, wszakże nie polecam. Pierwsze wagary. Pierwsza impreza, po której słowo film nabiera zupełnie innego sensu i kontekstu. Ja do tego dorzuciłbym mój pierwszy… czytnik – pisze w marcowym felietonie Dawid Kornaga.
Ale po kolei. Bo dzięki ostatnio wielkiej dyskusji o zarobkach polskich pisarek i pisarzy, o tym „kto kogo bardziej” i kto na tym ostatecznie najwięcej korzysta, wychodzi, że dystrybutor. Jak to wygląda? Zobaczmy klasyczny schemat wydania książki. Wpierw jest autor, który lokuje swój czas i zdolności w stworzenie powieści. Następnie pałeczkę przejmuje wydawca, który – co by nie mówić – zawsze ryzykuje.
Dlatego szacunek dla wydawnictw, które inwestują w swoich pisarzy, wierzą w ich talent i potencjał, i nawet jeśli ci nie są bestsellerowi, trwają z nimi. A nuż kolejna książka zostanie megahitem? Wydawnictwo opłaca redakcję tekstu, kreację okładki, materiały promocyjne i szereg innych działań. Opracowana pozycja wymaga druku, co wiąże się z kosztami papieru, farby, maszyn i robocizny. Należy przy tym ustalić ilość wydawanych egzemplarzy, co pociąga za sobą ryzyko nadprodukcji lub rzadziej niedoboru. Następnie książki – właśnie poprzez dystrybutora oraz różnych pośredników – trafiają do księgarń stacjonarnych, hurtowni, bibliotek lub są sprzedawane online z wysyłką. Trzeba pamiętać, że książki muszą być przechowywane w magazynach, pakowane i wysyłane do klientów lub sklepów, co generuje kolejne koszty: transportu, paliwa i opakowań.
Nic więc dziwnego, że na końcu najbardziej finansowo pokrzywdzony jest sam autor. Chyba że przebije się na pierwsze notowania listy bestsellerów. Wtedy powoli jego praca się zwraca. Dzięki zeszłorocznej nowelizacji przepisu nazywanego klauzulą bestsellerową, dokładnie art. 44 Ustawy o prawie autorskim, jest szansa, że „w przypadku gdy wynagrodzenie twórcy jest niewspółmiernie niskie w stosunku do korzyści nabywcy autorskich praw majątkowych lub licencjobiorcy, twórca może żądać stosownego podwyższenia wynagrodzenia przez sąd”. Więc zobaczymy, na ile będzie to działało w praktyce.
Szacunek dla wydawnictw, które inwestują w swoich pisarzy, wierzą w ich talent i potencjał, i nawet jeśli ci nie są bestsellerowi, trwają z nimi. A nuż kolejna książka zostanie megahitem? Wydawnictwo opłaca redakcję tekstu, kreację okładki, materiały promocyjne i szereg innych działań. Opracowana pozycja wymaga druku, co wiąże się z kosztami papieru, farby, maszyn i robocizny. Następnie książki trafiają do księgarń stacjonarnych, hurtowni, bibliotek lub są sprzedawane online z wysyłką. Trzeba pamiętać, że książki muszą być przechowywane w magazynach, pakowane i wysyłane do klientów lub sklepów, co generuje kolejne koszty: transportu, paliwa i opakowań.
Ważny jest nośnik
Powyższy świat udostępniania książki jest jednak, mówiąc delikatnie „oldskulowy”. Wiele problemów zostałoby rozwiązanych wręcz globalnie, gdyby większość odbiorców, czyli czytelników nie nabywała wersji papierowych, tylko ebooki. Nikt tu nie neguje potrzeby papieru. Który jednak będzie coraz droższy jak… wysokogatunkowe mięso. Przyjrzyjmy się cyfrowemu modelowi ebooka. Jak wiadomo, na początku zawsze jest autor, jego słowo. Potem wydawnictwo. Za to w procesie produkcji ebook nie wymaga druku, papieru ani fizycznej obróbki. Po napisaniu i zredagowaniu książki wystarczy ją sformatować i zabezpieczyć znakiem wodnym.
Ebooki są zazwyczaj dystrybuowane przez platformy cyfrowe. Bez reklamy poszczególnych marek, w Polsce mamy kilku poważnych graczy. Wydawca (lub autor, jeśli bawi się w selfpublishing) przesyła plik na platformę, a resztą zajmuje się infrastruktura cyfrowa. Jakie są tego zalety? Ebook trafia do klienta natychmiast po zakupie, co eliminuje koszty transportu. Platformy pobierają prowizję, lecz unikamy w tej sytuacji pośredników logistycznych. I najważniejsze: Jednorazowy wydatek na przygotowanie pliku (redagowanie, formatowanie, okładka) jest zwykle niższy niż przygotowanie książki do druku. Nie jestem ekonomistą, więc wystarczy tej excelowej rozpiski. Ważne jest zupełnie co innego. Nośnik.
Czyli czytnik. Marzy mi się wielka, wspólna akcja Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz Unii Literackiej, która będzie totalnie promowała e-czytniki. Pressingowała pozytywnie i inspirująco Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, by subsydiowało akcje typu „Mój pierwszy czytnik”, „Czytnik dla juniora”, „Czytnik dla seniora”. Tak, by zwłaszcza nowe pokolenia, nie negując unikalności książek papierowych, mogły błyskawicznie i zazwyczaj w niższych cenach nabyć najnowsze powieści, reportaże i wszystko, co pozytywne dla indywidualnego czytelnika.
Ebook trafia do klienta natychmiast po zakupie, co eliminuje koszty transportu. Platformy pobierają prowizję, lecz unikamy w tej sytuacji pośredników logistycznych. I najważniejsze: Jednorazowy wydatek na przygotowanie pliku (redagowanie, formatowanie, okładka) jest zwykle niższy niż przygotowanie książki do druku. Nie jestem ekonomistą, więc wystarczy tej excelowej rozpiski. Ważne jest zupełnie co innego. Nośnik.
Mój pierwszy czytnik
Tutaj wcale nie trzeba promować Kindle’a. Chodzi o to, by każdy dzieciak mógł mieć czytnik chociażby rodzimego producenta (a jest kilka marek wartych polecenia), by błyskawicznie ładować sobie potrzebne lektury czy poznawać pozycje zgodne z aktualnymi zainteresowaniami.
Mój pierwszy czytnik. Mój drugi, trzeci. Cała branża nie pojedzie dalej, jeśli nie będzie mieć ku temu odpowiednich pojazdów, dosłownie. Promowanie e-czytelnictwa nie tylko zachęci wielu potencjalnych czytelników, ale też wpłynie na dochody autorów. Może nie dziś czy jutro, ale już za kilka lat – jak najbardziej. Nie będzie wtedy jęczenia, że ktoś dostał jakieś nagrody, a i tak nikt nie kupił jego książek. Bo może nie mógł, gdyż ich zabrakło w dystrybucji papierowej. Nie mówiąc już o wysokich cenach. Łatwo dostępne ebooki, w rozsądnych cenach oraz przy sprawiedliwym podziale zysków między wydawcą a autorem, są przyszłością tego biznesu.
Marzy mi się wielka, wspólna akcja Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz Unii Literackiej, która będzie totalnie promowała e-czytniki. Pressingowała pozytywnie i inspirująco Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, by subsydiowało akcje typu „Mój pierwszy czytnik”, „Czytnik dla juniora”, „Czytnik dla seniora”. Tak, by zwłaszcza nowe pokolenia, nie negując unikalności książek papierowych, mogły błyskawicznie i zazwyczaj w niższych cenach nabyć najnowsze powieści, reportaże i wszystko, co pozytywne dla indywidualnego czytelnika.

