Kiedy jedni Polacy nie mają zdolności kredytowej na zakup mikrokawalerki za 450 tysięcy złotych (a nawet więcej), drudzy bez spinki finansowej inwestują w apartamenty i wille na południu Hiszpanii. Nic nadzwyczajnego. Zawsze byli, są i będą ci biedni i ci bogaci, szczególnie superbogaci – pisze w lutowym felietonie Dawid Kornaga.

A że pogoda jest dla bogaczy, to już od dawna wiadomo dzięki piosence Andrzeja Rybińskiego, „Pogoda jest dla bogaczy, dla nie bogaczy są prognozy złe”. Nie powiem, inspirujące fabularnie. Szczególnie dla twórców kryminałów, którym znudziło się umiejscowienie akcji w kraju, w którym „taki mamy klimat”. Nie lepiej więc przenieść bohaterów powieści czy scenariusza gdzieś dalej, nadal jednak w rodzimej enklawie? A przy okazji podpiąć się pod protagonistów nowych czasów, którzy decydują się na życie w mocno nasłonecznionej okolicy.
Mała Polska
Pierwszy przykład dosłownie z hiszpańskiego brzegu: Torrevieja w regionie Costa Blanca, na południe od Alicante, to według wielu statystyk popularne miejsce wśród polskich kupujących. Torrevieja kiedyś nazywano Małą Rosją. Dzisiaj, po ucieczce wielu ruskich oligarchów do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, ma szansę zmienić nazwę na Małą Polskę. Ogólnie Alicante i jego okolice to cel Polaków, którzy pragną mieć tu wakacyjny dom lub po prostu przeprowadzić się na stałe. Dotyczy to również jeszcze niżej położonej Andaluzji.
Nie ma w tym nic zdrożnego. Kto zamożnemu zabroni? Dla przeciwwagi bywają tacy, co wyprzedają cały swój dobytek i ryzykując dosłownie wszystko, przeprowadzają się do Hiszpanii „na zawsze”. Chcą cieszyć się widokiem niedaleko położonego morza, czerpać przyjemność z iberyjskiej kuchni, słowem, kreować swoje niezapomniane dolce far niente (choć to po włosku). Niestety, te wzruszające miękkie serca wrażliwych poetów i dające żer twardym sercom nihilistycznych standuperów plany potrafi często pokrzyżować trywialna rzeczywistość. Jak poczucie osamotnienia, zarówno rano, jak i wieczorem, nie mówiąc o nocy. Choć kolejny dzień jak zwykle słoneczny, to jednak mental trawi tęsknota za rodziną, przyjaciółmi i znajomymi z dzielni, z którymi bez zbędnych wyjaśnień można pogadać o polityce, ponarzekać na to i owo, a później zrobić chillout, przerzucając się po czwartej kolejce lub drugiej kresce na dyskusje o pradawnych kreskówkach typu „Bolek i Lolek” czy „Reksio”. Małe szanse na takie konwersacje z tubylcami, nie mówiąc już o ekspatach z Ekwadoru, RPA, Nowej Zelandii.
Mañana i flow
U wielu świeżych emigrantów, zwłaszcza po trzydziestce, pojawia się spora trudność z adaptacją do tutejszej mañany i lokalnego flow, które z zasady nie uznaje punktualności czy precyzyjności, nie mówiąc o usługach typu hydraulika, remonty i naprawa sprzętów domowych. Do tego dochodzą problemy z pracą stacjonarną – na miejscu albo nieoczekiwane komplikacje z pracą zdalną dla firmy z Polsce. Nagle wielu zaczyna ci zazdrościć, że siedzisz sobie z laptopem na tarasie i podjadasz zniuansowane tapasy podczas oburzająco długiej sjesty, oni zaś popylają w biurze na jakimś dołującym psyche Mordorze.
W pewnym momencie, jak wyznają niedoszli uciekinierzy od polskiego piekła do hiszpańskiego raju, pojawiają się problemy z tutejszą biurokracją; uzyskanie przysłowiowego stempelka to większy wyczyn niż Golgota dla Jezusa. Nie pomagają cwani pośrednicy nieruchomości, którzy za każdą poradę żądają konkretnej stawki w euro. Jeśli jeszcze ktoś ma dzieci, to te dzieci muszą wdrożyć się do nowej szkoły, nauczyć języka, zaadoptować w klasie, wreszcie znaleźć przyjaciół, przynajmniej krąg nowych ziomów, bo bez tego słabo nawet na TikToku. Co w przypadku nastolatków staje się niekiedy ekstremalnie trudne i frustrujące. Ale i to ostatecznie jest do pokonania, jeśli motywacja wszystkich ogromna. Zwłaszcza że mamy w Polsce boom na hiszpański, praktycznie drugi po angielskim globalny język.
„Dead Kichot”
Jak widać, wybór Alicante, Malagi czy andaluzyjskiej Marbelli to niezły asumpt do nowych, wzbogacających doświadczeń. Wracając do inspiracji fabularnych dla twórców kryminałów, myślę, że w tym momencie, kiedy to czytasz, ktoś inny kończy właśnie swoją powieść, na przykład pod tytułem „Dead Kichot”. Jego bohaterem jest były dyrektor kreatywny agencji reklamowej. Przez ostatnie kilkanaście lat dorobił się sporej fortuny dzięki setkom spotów o parówkach, mlekach, jogurtach, lekach przeciwbólowych, kredytach hipotecznych, kredytach gotówkowych, wyprzedażach w dyskontach i tanich planach taryfowych operatorów komórkowych. Niedawno „przeszedł na emeryturę” w wieku zaledwie pięćdziesięciu jeden lat. Na spółkę z drugą, dwadzieścia lat młodszą żoną kupił hacjendę w pobliżu Moraira. Dlaczego tam? Uznała, że to najlepsze miejsce dla jej dwuletniej suczki Słit Ąę, która ma 269 tysięcy obserwujących tylko na Instagramie.
Niestety, być może przez nadmiar pływania w prywatnym basenie, do tego ekstremalnie czysty hasz od marokańskich dilerów, były dyrektor kreatywny popadł w depresję, która przyprawia go o samobójcze myśli. Tym gorzej, że jego żona po przeprowadzce na Costa Blanca okazała się nieuleczalną kleptomanką, wykorzystując do swoich niecnych akcji suczkę Słit Ąę. Jakby mało nieszczęść, pewnego dnia piesek ugryzł w łydkę szefa tutejszej mafii. I tak zaczęły się problemy. Tyle dobrego, że nie w 5+, tylko w 25+ stopni Celsjusza…
Jak widać, nie zawsze pogoda jest dla bogaczy. Może to właśnie oni mają najmniej czasu, by docenić słońce. A reszta? Zawsze może polecieć tu na tydzień i przeżyć swoje małe, słoneczne mañana. Bez większych konsekwencji.

