Krzyczała. Taką ją pamięta mój ojciec. To była dla mnie kolejna z zagadek dotyczących prababki: dlaczego zawsze tak głośno mówiła. I wyobraziłam sobie drogę, którą musiała przejść, bo przecież na pewno jej tak nie wychowano. Nauczyła się krzyku, kiedy zrozumiała, że daje moc. Może niedużą, taką moc na kobiecą miarę tamtych czasów, ale jednak – mówi Anna Fryczkowska, autorka powieści „Wieczorne gody”, zamykającego „Sagę o ludziach ziemi”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Przemysław Poznański: Zacznę może nietypowo, bo od końca – zamykasz powieść i całą trylogię rokiem 1906, kiedy to kobiety w Finlandii, pierwszym kraju europejskim, uzyskują prawa wyborcze. Doskonale koreluje to z tematem cyklu, a „Wieczornych godów” w szczególności, bo przecież dajesz nam właśnie opowieść o emancypacji.
Anna Fryczkowska: Tak, trylogia „Saga o ludziach ziemi” opowiada o emancypacji – i to nie tylko kobiet, ale całej klasy społecznej. Kiedy chłopi nauczyli się czytać, a więc zyskali dostęp do informacji, zaczęli rozumieć, że rzeczywistość, w jakiej się urodzili i wyrośli, wcale nie musi być rzeczywistością, w jakiej umrą. Dokładnie tego samego doświadczyły chłopki, wychowane w świecie wiejskiego patriarchatu.
Twoi bohaterowie, a zarazem twoi przodkowie, Józwiakowie, ale i osoby z ich otoczenia, od początku tej trzytomowej opowieści łamią zasady. Dość wspomnieć, że w pierwszym tomie, we „Wpatrzonych w niebo”, Hanka – córka komornicy decyduje się najpierw popełnić mezalians i wyjść za mąż za syna rataja, a potem oboje uciekają z majątku i bez wiedzy pana przenoszą się do innej wsi. Ale „Wieczorne gody” to już w pełni opowieść o buncie wobec tradycji, zastanych zasad.
– W pierwszych zdaniach powieści Marianna Betowa mówi o tym, jak musiała przez lata dławić w sobie krzyk, a Stanisław przyznaje się do „zabójstwa” ojca. To symboliczne ojcobójstwo to rodzaj polemiki z tradycją, szukanie własnej ścieżki bez oglądania się na koszty.
U źródeł „ojcobójstwa” leży ciekawości świata. Stanisław jest dociekliwy, chce poznać odpowiedzi na naprawdę skomplikowane, filozoficzne wręcz pytania. Ta ciekawość odwraca się przeciw niemu.
– Stanisław powątpiewa w sens życia, docieka celu egzystencji. To oznaka bardzo silnego kwestionowania obyczaju, który wszak do tej pory kazał nie pytać, tylko robić, i to jeszcze dokładnie tak jak robili wcześniej ojcowie i dziadowie.
Kiedy chłopi nauczyli się czytać, a więc zyskali dostęp do informacji, zaczęli rozumieć, że rzeczywistość, w jakiej się urodzili i wyrośli, wcale nie musi być rzeczywistością, w jakiej umrą. Dokładnie tego samego doświadczyły chłopki, wychowane w świecie wiejskiego patriarchatu.
Ta ciekawość doprowadzi go do księdza i nauczyciela. Zderzy się jednak z niezrozumieniem.
– Obaj bagatelizują pytania Stanisława, lekceważą jego ciekawość świata, a wręcz oskarżają go o niecne zamiary. To bolesne doświadczenie, które jednak otworzy młodemu chłopakowi oczy.
Aż w końcu Stanisław poznaje Mariannę, w której odnajduje podobną chęć buntu i ciekawość świata. Okazują się być pierwszym pokoleniem, które pragnie wyjść poza ten dostępny im dotychczas ciasny horyzont.
– Zawsze gdy słyszałam o tej parze moich przodków, zastanawiałam się, jak to możliwe, że osoby z pozoru tak totalnie różne, jak „słaby” Stanisław, pantoflarz, jak go opisywano w rodzinie, o co mój ojciec miał chyba do niego pretensje, oraz silna Marianna, stworzyli tak trwały i szczęśliwy związek. Im dłużej drążyłam, tym mocniej to widziałam: połączyła ich ciekawość i kwestionowanie zastanej sytuacji. No i odwaga. Bo trzeba było być bardzo odważnym na wsi na przełomie XIX i XX wieku, żeby przy ludziach pytać żonę o zdanie i pozwalać jej decydować w wielu kwestiach. Myślę, że mój pradziadek był bardzo ciekawą postacią.
Główną nosicielką buntu w powieści jest jednak Marianna Betowa. Opierasz swoją prozę między innymi na dziennikach dziadka i wspomnieniach ojca – gdy rozmawialiśmy przy okazji poprzednich tomów, powiedziałaś, że żadna z kobiet nie jest tam wspominana z imienia, że książkami przywracasz właściwe miejsce swoim „niewidzialnym prababkom”. Z bohaterką „Wieczornych godów” jest inaczej – to pierwsza kobieta wymieniona z imienia i nazwiska w dziennikach dziadka. Pierwsza widzialna prababka. Jak się pisało postać, która jest zdecydowanie bardziej namacalna niż wcześniejsze?
– Wydrukowałam sobie jej zdjęcie, pochodzące przypuszczalnie z końca lat 30. XX wieku. Jest na nim już starszą panią o okrągłej twarzy i z okrągłym koczkiem, wygląda trochę jak Mimbla z „Muminków”. Mam też zresztą zdjęcie pradziadka – chudego, wąsatego mężczyzny, wyglądającego jak trzcina. Ojciec opowiadał mi, że jako dziecko nie lubił mojej prababki. Była twarda, sztywna i wszystkim narzucała swoją wolę. Podobno trudno się z nią żyło. Dla mnie jednak na początku składała się z samych zagadek. Dlaczego była taka autorytarna? Skąd ta szorstkość? Co widziała w „słabym” Stanisławie? Tworzenie tej postaci było więc przede wszystkim próbą odpowiadania na pytania, które mi się w związku z nią rodziły. Cały czas patrzyłam jej w twarz: ciepłą choć surową, no i trochę żałowałam, że nikt Mariannie nie zrobił zdjęcia w młodości.
Kiedy kończyłam kolejną scenę, wysyłałam ją – podobnie jak w przypadku poprzednich tomów – do ojca. On odsyłał mi tekst z uwagami, aż pewnego razu napisał: „Zupełnie jakbyś znała babkę Mariannę”. Ale zaraz potem dodał: „Wreszcie ją zrozumiałem”. To był wielki komplement. Uderzyła mnie jednak świadomość, że aby poznać swoją babkę, potrzebował mojego pośrednictwa.
Czy było to zatem inne pisanie niż w przypadku „niewidzialnych prababek” z poprzednich tomów, którym musiałaś wymyślać i życiorysy, i imiona?
– Zupełnie inne. To już rzeczywiście nie było malowanie kolejnej „niewidzialnej prababki”, ale raczej łączenie kropek, które zostały wyraźnie narysowane. Przy poprzednich tomach szukałam kobiet w ułamkach zdań, w stwierdzeniach: ożenił się, kupił ziemię, pracowali przy żniwach. Bo pewnie żona miała jakiś wpływ na decyzję o kupnie ziemi, a praca w polu często angażowała też kobiety. Miałam więc rodzaj formy, którą potem wypełniałam domysłami i researchem. Pisząc te trzy tomy działałam jak detektywka, porównywałam dokumenty, sprawdzając, kto się kiedy urodził, bo nie zawsze informacje ustne powielały się z tymi zawartymi w księgach parafialnych. To doprowadzało mnie na trop tego, co przemilczane, ukryte między dwiema prawdami. Jeśli ludzie coś ukrywają lub starają się o czymś zapomnieć, to czasami drzemie w tym bolesna lub wstydliwa historia. Wierciłam więc i dogrzebywałam się do prawdy lub tego, co prawdopodobne. Ale w przypadku Marianny szukałam też w sobie. W końcu dzielimy trochę genów, co odbieram jako przywilej.
Wydrukowałam sobie jej zdjęcie, pochodzące przypuszczalnie z końca lat 30. XX wieku. Jest na nim już starszą panią o okrągłej twarzy i z okrągłym koczkiem, wygląda trochę jak Mimbla z „Muminków”. Mam też zresztą zdjęcie pradziadka – chudego, wąsatego mężczyzny, wyglądającego jak trzcina. Ojciec opowiadał mi, że jako dziecko nie lubił mojej prababki. Była twarda, sztywna i wszystkim narzucała swoją wolę. Podobno trudno się z nią żyło. Dla mnie jednak na początku składała się z samych zagadek. Dlaczego była taka autorytarna? Skąd ta szorstkość? Co widziała w „słabym” Stanisławie? Tworzenie tej postaci było więc przede wszystkim próbą odpowiadania na pytania, które mi się w związku z nią rodziły.
Jak szukałaś tych informacji? Poza dziennikiem.
– Mój dziadek był bardzo dowcipny i zawarł w dziennikach dużo smaczków, choć nie zawsze takich, które mnie interesowały. Bo ja bardzo chciałam poznać realia codzienności, dowiedzieć się, co i jak jadano na śniadanie, jak potem rozchodzono się do swoich zajęć, jak dzielono pracę. W gospodarstwie przyjęte było choćby, że wszystkimi zwierzętami opiekuje się kobieta, natomiast mężczyzna zajmuje się tylko końmi. Pracę w polu wykonywał głównie gospodarz z pomocą synów, chyba że przychodziły żniwa albo wykopki, wtedy w pracach uczestniczyła cała rodzina. Kobiet to jednak wcale nie zwalniało z takich obowiązków jak przygotowanie obiadu. A musimy pamiętać, że ugotowanie zwykłego posiłku było wówczas nieporównanie bardziej skomplikowane i pracochłonne niż dzisiaj. Wymagało przyniesienia wody i opału, rozpalenia w piecu, wyprawy do warzywnika czy na pole, utłuczenia kaszy w stępie. Musiałam doszukać się informacji o tym, że praktycznie nikt nie spał sam, a dzieci nocowały nawet trójkami na jednym łóżku, czasem w poprzek siennika, który nawiasem mówiąc wcale nie był wypełniony sianem, tylko słomą. Na szczęście czas, o którym piszę w „Wieczornych godach”, czyli przełom wieku XIX i XX, pozostawił po sobie sporo źródeł pisanych –listów, pamiętników – i to nawet sporządzonych przez samych chłopów, choć głównie mężczyzn. Czytania miałam bardzo dużo, ale i wielką z tego uciechę.

9788383870724
Bunt Marianny rozpoczyna się w chwili śmierci jej pierwszego męża. Pokazujesz symptomy tego, jak niezgrane było to małżeństwo. Twoja bohaterka była w nim wyraźnie stłamszona, co po śmierci męża się zmienia. Jej córka stwierdza nawet: „Urosłaś”. Okazuje się, że teraz jest wolna, że może decydować o sobie, o gospodarstwie, o dzieciach. Wtedy też zaczęto jej zarzucać, że krzyczy. A może tak na prawdę po latach milczenia lub szeptania, o których wspominasz w pierwszym zdaniu powieści, zaczęła wreszcie mówić pełnym głosem.
– Krzyczała. Taką ją pamięta mój ojciec. To była dla mnie kolejna z zagadek dotyczących prababki: dlaczego zawsze tak głośno mówiła. I wyobraziłam sobie drogę, którą musiała przejść, bo przecież na pewno jej tak nie wychowano. Nauczyła się krzyku, kiedy zrozumiała, że daje moc. Może niedużą, taką moc na kobiecą miarę tamtych czasów, ale jednak. Jej sytuacja w pierwszym małżeństwie była skomplikowana. Inne kobiety we wsi mogły się skarżyć przed sobą wzajemnie na przemoc w domu, natomiast mąż Marianny nie stosował fizycznej przemocy, więc według ówczesnych norm ona nie miała się na co żalić. Szokiem było więc dla niej, gdy zrozumiała, że bez mężczyzny u boku jest szczęśliwsza.
Bunt buntem, ale życie bez męża okazało się jednak niemożliwe.
– Sytuacja bogatej wdowy na początku XX wieku na wsi polskiej jest dość dobrze opisana. Stąd wiem, że ktoś taki był bardzo łakomym kąskiem, a już wdowa z odchowanymi dziećmi, które pomogą w gospodarce, to w ogóle skarb. Marianna więc nie miała szansy długo wytrwać we wdowieństwie. Starała się jednak nacieszyć wolnością, choć pokazuję szykany, jakie spotykają ją, gdy odmawia kolejnego zamążpójścia.
Jednym z najistotniejszych przejawów buntu Marianny jest chęć nauczenia się czytania. To myśl rewolucyjna. Jak to, kobieta ma czytać? Wystarczy przecież, że potrafi to chłop. Co ciekawe, chęć nauczenia się przez Mariannę czytania wrzucasz do rozdziału, w którym we wstępie wspominasz o pierwszym locie samolotem. To chyba najlepiej podkreśla, jak rewolucyjna myśl przyświecała twojej bohaterce.
– Bracia Wright musieli losować, który z nich jako pierwszy poleci samolotem, bo ten mieścił tylko jedną osobę. Tym samym losowali, który z nich przejdzie do historii. Pomyślałam, że to tak samo niesprawiedliwe jak fakt, że komuś przypada lepszy kawałek losu tylko z racji płci. Jeśli wówczas ktokolwiek na wsi czytał, byli to wyłącznie chłopcy. Badania mówią, że w zaborze rosyjskim, czyli tym, o którym opowiadam w „Sadze”, ledwie jedna piąta obywateli chodziła do szkoły. Niestety, na wsi byli to wyłącznie chłopcy, którzy zresztą najczęściej dukali, czytanie gazety to było dla nich mistrzostwo świata. Dlatego tak dziwna była myśl, że nagle chce tę umiejętność posiąść dorosła kobieta.
Jeden z zalotników, którzy ubiegają się o rękę wdowy, prenumeruje gazety. Obiecuje, że będzie jej co wieczór czytał. Jej to jednak nie wystarcza.
– Usiłowałam wejść w jej skórę i wyobrazić sobie sytuację, kiedy chcesz coś przeczytać, a nie potrafisz. To jak próba dotknięcia czegoś za szybą – niby na wyciągnięcie ręki, a niedostępne. Czytanie gazet przez męża też jest takim dotykaniem przez szybę. To przecież on decyduje, co będzie czytać, wybiera porę, interpretuje tekst głosem. A Marianna chciała sama decydować, co i kiedy będzie czytać, i jak to zinterpretuje. W „Sadze” opisuję jedną z pierwszych polskich powieści sensacyjnych, publikowaną zresztą w odcinkach w prasie. To „Czerwona skrzynia” Walerego Przyborowskiego. Mariannie nie jest dane wysłuchać tego tekstu do końca. Wyobrażam sobie mękę, gdy nie masz żadnych szans dowiedzieć się, co było dalej. Dlatego Marianna szuka takiego męża, który nauczy ją czytania, podzieli się z nią władzą.
Elementem buntu Marianny jest chęć, by nie tylko ona umiała czytać, ale i także jej dzieci, w tym córka. Opłaciło się?
– Okazała się skuteczna do tego stopnia, że udało jej się posłać jednego z synów na wyższe studia! Był nim mój dziadek, który jako pierwszy w całej gminie skończył uniwersytet. We wspomnieniach rodzinnych urasta więc do rangi superbohatera, tym bardziej, że mierzył się nie tylko z biedą, ale i z niechęcią niemal całej wsi: naprawdę, poza rodzicami i siostrami, mało kto go wspierał. To pewnie głównie dzięki niemu rosłam w kulcie wykształcenia, nauki, w kulcie czytania. Do tej pory nie ma dla mnie lepszej rozrywki niż iść na kolejny kurs, zapisać się na kolejne studia.
Wychodzenie poza granice, patrzenie poza horyzont zyskuje też w „Wieczornych godach” bardzo wymierny kształt. Synowie Marianny z pierwszego małżeństwa, a nawet sam Stanisław i jego brat, myślą o emigracji do Ameryki.
– Część mojej rodziny rzeczywiście wylądowała w Chicago, a ich potomkowie mieszkają tam do dzisiaj. Legendarną postacią jest Harry Jozwiak, który póki żył, co roku przysyłał nam kartkę świąteczną z informacjami kto umarł, kto się urodził, kto poszedł do koledżu. Emigracja stała się oczywiście możliwa dopiero po zniesieniu pańszczyzny, ale kiedy chłopi zrozumieli, że być może gdzie indziej czeka lepsze życie, wyjazdy stały się niemal masowe.
Przy całym buncie i patrzeniu poza horyzont, jeden element w twojej trylogii pozostaje niezmienny. To sfera obrzędowości ludowej i wierzeń. Co prawda ścięto już znany z pierwszego tomu śmiertelny świerk, ale obok wyrasta nowy i jest darzony podobną estymą. Po wsiach chodzi Dziwna Iśka, która widzi śmierć, ale i pomaga w leczeniu. Samej Mariannie zdarza się modlić do malin.
– Mój ociec jest do bólu racjonalny, ale wspominał, że istniała na wsi wiara w miejsca przeklęte, w duchy, w przedmioty magiczne, w rytuały. Na przykład jeszcze po wojnie, podczas burzy, nie tylko stawiano w oknie gromnicę, ale przede wszystkim sypano do ognia pokruszone wianki poświęcone w dzień Matki Boskiej Zielnej, takie wianki miały ponoć magiczną, ochronną moc. To wszystko wydaje się raczej pogańskie niż katolickie, prawda? Dlaczego te tradycje pozostały żywe przez stulecia? „Saga” stara się odpowiedzieć i na te pytania.
Jeśli wówczas ktokolwiek na wsi czytał, byli to wyłącznie chłopcy. Badania mówią, że w zaborze rosyjskim, czyli tym, o którym opowiadam w „Sadze”, ledwie jedna piąta obywateli chodziła do szkoły. Niestety, na wsi byli to wyłącznie chłopcy, którzy zresztą najczęściej dukali, czytanie gazety to było dla nich mistrzostwo świata. Dlatego tak dziwna była myśl, że nagle chce tę umiejętność posiąść dorosła kobieta.
We wstępach, którymi poprzedzasz każdy z opisywanych okresów, odwołujesz się do wydarzeń na świecie, toczących się równolegle z życiem wsi. Stąd wspomniany pierwszy lot samolotem, stąd też postać Marii Skłodowskiej-Curie, która staje się w wielkim świecie rodzajem odpowiednika dla Marianny Betowej. Obie przecież w tym samym czasie próbują zbudować silną pozycję w męskim świecie.
– Ukrytym bohaterem wszystkich tomów jest coś, co nazywam duchem czasu. Uwielbiam teorię mówiącą, że świat jako całość dojrzewa do pewnych sytuacji i dlatego często w różnych miejscach jednocześnie dzieją się podobne rzeczy. Na przykład zainteresowanie chłopskimi korzeniami było procesem, który rozpoczął się w różnych miejscach, niezależnie od siebie. W Polsce sytuacja nabrzmiała, dorośliśmy i dojrzeliśmy do tego, żeby przyznać, że w znakomitej większości nie pochodzimy z dworków, tylko z chałup. Epitet „wieśniak”, niegdyś mający na celu obrażanie, traci powoli rangę wyzwiska, skoro w zasadzie wszyscy jesteśmy wieśniakami.
Skoro kończysz „Sagę o ludziach ziemi”, to muszę spytać o to, co było dla ciebie największym zaskoczeniem przy pisaniu tego cyklu.
– W szkole uczono mnie, że chłopi z natury byli konserwatywni i leniwi. A okazało się, że ich lenistwo było w istocie „strajkiem włoskim”, biernym oporem przeciw obowiązkowi darmowej pracy na polu dziedzica. Ich konserwatyzm z kolei wynikał z tego, że nie mieli dostępu do wiedzy, do informacji z zewnątrz, trzymali się więc tego, czego dowiadywali się od poprzednich pokoleń.
Zaskoczył mnie też rytm roku – my pracujemy równo przez wszystkie miesiące, a oni mieli pracowitą wiosnę, jeszcze bardziej pracowite lato i jesień, a potem leniwą zimę, kiedy się długo spało i nie było nic do roboty w polu. I o ile kobiety nadal musiały obsługiwać wtedy dom i dzieci, to faceci z nudów często wpadali w karczmie w pijacki niebyt. Na szczęście nie wszyscy. Wspominam w „Sadze” o Towarzystwach Trzeźwości, działali w nich aktywnie również moi przodkowie. Zostało to nam do dzisiaj – przy świątecznych obiadach u Józwiaków nigdy nie pijało się wódki, tylko kompot.
Myślisz, że Marianna Betowa, która tak bardzo chciała się nauczyć czytać i pragnęła, by czytać umiała też jej córka, byłaby dumna z prawnuczki, która jest pisarką?
– Bardzo bym chciała ją poznać, choć trochę bym się jednak bała dać jej do czytania „Wieczorne gody”. Pochwaliłaby mnie czy skrzyczała? No dobrze, wiem: byłaby dumna.
Rozmawiał Przemysław Poznański
* Anna Fryczkowska – pisarka i scenarzystka, absolwentka filologii włoskiej na Uniwersytecie Warszawskim oraz scenariopisarstwa w PWSTFiT w Łodzi, współautorka scenariuszy do seriali „Przystań”, „Na Wspólnej” i „Barwy szczęścia”, autorka m.in. powieści „Kobieta bez twarzy”, „Starsza pani wnika” (nagroda główna festiwalu Pióro i Pazur), „Z grubsza Wenus”, „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” (Róża Gali w kategorii Książki”, „Żony jednego męża”, „Równonoc” (nominacja do nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia), „Wdowinek”, „Cyrkówka Marianna”. oraz „Saga o ludziach ziemi”: „. „Wpatrzeni w niebo”, „Czas rumianku:, „Wieczorne gody”.
.

