Ostatnio media, nie wiadomo już który raz z rzędu, wałkują kwestię powrotu do pracy stacjonarnej. Przeważnie chodzi tu o korpoludków, czyli ludzi przyzwyczajonych przed covidem do codziennej roboty w biurze, bo takiemu hydraulikowi nawet by do głowy nie przyszło, że naprawi nam spłuczkę zdalnie – pisze we wrześniowym felietonie Dawid Kornaga.

Żalą się szczególnie spece od IT. Dla nich to jakaś niewyobrażalna golgota tak telepać się ponownie do biura. Argumentują, że i tak non stop siedzą przy komputerze, więc wszystko jedno, gdzie swoje ogarną dla dobra organizacji. Jako dodatkowe przesłanki za pozostaniem w trybie remote podają przeróżne powody. Wynajdą nawet żółte papiery, byle nie kursować po mieście, nie integrować się z innymi, a zarabiać tak czy owak krocie, nawet po opłaceniu wszystkich podatków. Wielu obwieszcza, że kupiło sobie w pandemii… psa i ten pies przyzwyczaił się do ich stałej obecności w domu. Albo że ten dom nabyli daleko za miastem i teraz ani myślą kursować setki kilometrów w te i we w tę. Jednak największym atutem szantażu speców IT jest to, że jak opuszczą zespołowo jakąś firmę, to ta siądzie w przeciągu kilku godzin.
Żalą się art directorzy oraz copywriterzy z agencji reklamowych, że przez ostatnie postpandemiczne dwa lata tworzyli grafiki czy rozpisywali się na luzie w domowych pieleszach, tzw. home office. W większości zgodnie potwierdzają, że dzięki stałemu odseparowaniu stworzyli prawdziwy work life balance, czyli równowagę między pracą a życiem prywatnym. Aby w efekcie dowieźć świetne koncepty kreatywne, które wstrząsną rynkiem, przyniosą branżowe nagrody (więc i wysokie premie) oraz zwiększą sprzedaż reklamowanych produktów lub usług. Miodzio w każdym z ich CV.
A tu niemiła niespodzianka, dzwoni szef, zaczyna wyjaśniać nową sytuację. Coś się skończyło, coś się zaczyna na nowo. Wpierw wszyscy idą za głosem rozsądku na kompromis, wymyślają sobie pracę hybrydową. Zazwyczaj dwa dni w biurze, trzy w domu. Po jakimś czasie dwa dni w domu, już trzy w biurze. Jeszcze do zniesienia, można spokojnie planować city breaki czy inne rekreacje nawet w godzinach pracy.
To co, zgadzasz się?
Połowa bieżącego roku. Szef już nie dzwoni, nie negocjuje, szef obwieszcza, że koniec z pracą hybrydową, zdalną to już w ogóle, czas na powrót do biura, do tego wspaniałego świata wzajemnych inspiracji, interakcji, wspólnej kawy, spontanicznych mitingów oraz innych działań, które wymyślą nam specjaliści z działu human resources. To co, zgadzasz się, pyta koncyliacyjnie. Jeśli chcesz zachować ten job, przytakujesz. Jeśli czujesz bunt, aprobujesz, lecz zaczynasz na boku szukać nowej pracy w organizacji, która znów zapewni ci możliwość sięgnięcia po piwko o dziewiątej rano. Nie jest to miarą twojej późniejszej skuteczności. Jednak nie ma co się oszukiwać, praca zdalna jest przywilejem, nie niezmiennym punktem w konstytucji zatrudniania.
Tak, praca zdalna, w ogóle praca bez przebywania w tak zwanej wymuszonej przez pracodawcę przestrzeni, naprawdę jest przywilejem. Powyższe przykłady są tylko ironicznym podsumowaniem bojów na linii pracownik-pracodawca. Nie ma wątpliwości, że na dłuższą metę każda większa firma potrzebuje ludzi, nie licząc AI, w swoich biurowych przestrzeniach i systemach. Co innego małe firmy. Tutaj przy odrobinie elastyczności i chęci praca zdalna czy hybrydowa jest jak najbardziej możliwa, nawet potrzebna, kiedy na przykład dana miniorganizacja wynajmuje malutkie biuro, w którym lokuje człowieka przy człowieku. Co obniża poziom koncentracji; te wszystkie rozmowy, plotki, przekleństwa, które latają wokół ciebie, a ty próbujesz coś tam przygotować. Już lepiej w domu, nawet przy włączonym serwisie streamingowym…
Hydraulik prawdę ci powie
Praca nie tyle zdalna, ile właśnie praca, kiedy to ty ustalasz sobie ilość czasu do dyspozycji, kiedy to ty decydujesz, czy przedłużyć spacer, czy jednak wrócić i kontynuować swój projekt — to właśnie jest prawdziwe wyzwanie. A przy tym ogromna odpowiedzialność. Wyobraźcie sobie tych wszystkich pisarzy czy scenarzystów, którzy z własnej woli twardo robią swoje na swoim. Powiecie, fajnie mają, bo nie muszą warować i odhaczać obecności w biurze. Pewnie tak, lecz okupione jest to żelazną konsekwencją. Nie każdy potrafi, nie każdy jest w stanie tak organizować sobie dzień, by stworzyć to, co stworzyć sobie zamierzył. Choćby słynna prokrastynacja, pięta Achillesa ludzi wolnych zawodów — antykreatywna tendencja do przekładania na później wykonanie zamierzonych zadań. Już masz się za coś zabrać, już przejawiasz gotowość, już jesteś w bloku startowym. Nagle jakieś coś, co sprawia, że się ociągasz, parzysz drugą kawę, nastawiasz pranie, słuchasz zaległego podcastu, wychodzisz, by zebrać myśli. Każdy powód dobry, byle nie wrócić do meritum sprawy. Pewne zawody mogą pracować zdalnie czy hybrydowo. Od nas zależy dostosowanie się do wymagań nie tylko pracodawcy, ale przede wszystkim nas samych. Nie uratuje nas żaden tryb zdalny, jeśli nie wyrobimy w sobie wytrwałości w realizacji własnych celów. Pan hydraulik prawdę ci powie, jeśli masz jakieś wątpliwości. Zapytaj go.
Przeczytaj także:

