Dzięki uprzejmości wydawnictwa Luna mamy dla Was fragment powieści Agnieszki Jeż „Przewina”. Książka już w księgarniach.

Dawne sanatorium w Kowalowej zaczyna nowy etap swojej działalności – skrytej i zasłoniętej przed oczami innych. Ani właściciel, ani pacjenci nie chcą rozgłosu. „Ostoja” – to obecna nazwa placówki – przyjmuje bowiem osoby uzależnione, które mają tu zacząć nowe, lepsze życie. Tadeusz Cichosz je kończy. Po kilku dniach pobytu w ośrodku zostaje znaleziony martwy w swoim łóżku. Komisarz Sonia Kranz tego samego ranka obserwuje, jak w poszczególnych pokojach sanatorium zapalają się i gasną światła. Wydaje się, że to mogłaby być podpowiedź, kto zabił Cichosza. A jednak w tej sprawie nic nie jest oczywiste – ani przyczyna śmierci, ani motywacje tego, kto do niej doprowadził. Dochodzenie splata się z życiem osobistym Soni Kranz. W obu przypadkach policjantka ma wrażenie, że uczestniczy w rozgrywce, w której inni grają znaczonymi kartami. Jaki będzie finał tych rozdań?
***
Fragment powieści
Czuła się tak, jakby leżała na stole operacyjnym. Nad nią znajdowała się okrągła, świecąca na biało lampa. Nie, ten element nie pasował, ciało musi przecież być widoczne, każdy szczegół anatomii podany jak na tacy – do tego potrzebne są nowoczesne moduły ledowe, a nie lekko przymglona żarówka, jakby owinięta gazą.
Przymknęła oczy, ale światło i tak przebijało przez powieki.
Jak w dzieciństwie, kiedy samotne noce w ciemnym pokoju sprawiały, że truchlała ze strachu. Racjonalna część jej mózgu mówiła, że nie ma żadnego zagrożenia. W pokoju nie czai się potwor ani złoczyńca, korytarz też jest wolny od zagrożeń, a drzwi wejściowe zamknięte na klucz, zasuwę i łańcuch.
Nie ma się czego bać.
A jednak się bała.
Truchlała, sztywniała, nawet nie drgnęła. Starała się jak najciszej oddychać, byle tylko nie zdradzić swojej obecności.
„Co pani wtedy czuła?”, zapytała terapeutka, kiedy doszły do tego momentu jej dzieciństwa.
Co czuła? Już miała dobrać odpowiednie rzeczowniki i przymiotniki, kiedy uświadomiła sobie, że właściwie to nic nie czuła. Ona była po prostu zamrożona. Umysł odcinał ją od świata zewnętrznego; hibernując, próbowała przeczekać noc.
„Czy myśl o tym, że w pokoju obok są rodzice, nie pomagała?”
Nie. Kiedy ojciec był w domu, sytuacja rysowała się klarownie – nie mogła im przeszkadzać. Kiedy byli we dwoje, to mieli być we dwoje, zwłaszcza gdy znajdowali się w sypialni. Przez długi czas nie rozumiała, skąd biorą się te dziwne, niepokojące odgłosy zza ściany. Ni to zawodzenie, ni to krzyk. Między grozą a ekscytacją. Trochę okropne, a trochę intrygujące.
Dotarło do niej kilka lat później, gdy obejrzała scenę erotyczną w jakimś filmie. Tam to było bardziej na miejscu – ładne dekoracje, pokoik na francuskim poddaszu, młode, jędrne ciała, oczywiste przyciąganie.
W przypadku jej rodziców obraz bardzo odbiegał od kinowego wzoru; oni w niczym nie przypominali tamtych bohaterów, ich siermiężne mieszkanie – tamtego pokoiku, a ściany z dykty przepuszczały i zniekształcały odgłosy.
Matka starała się dla ojca, jakkolwiek się to realizowało za zamkniętymi drzwiami, ojciec brał, a potem szedł do równoległego życia.
Nigdy by się nie odważyła wejść do ich sypialni. Zabronili jej oczywiście, ale i bez tego wiedziała, że nie można. O tym informował ją głos w środku, instynkt samozachowawczy, który starał się oszczędzić jej bólu, stresu i rozczarowań. Przez wiele lat pracował na najwyższych obrotach, ją też utrzymując w ciągłym napięciu.
Kiedy ojca nie było, czyli przez większą część roku, teoretycznie mogłaby zapukać do matki lub od razu po cichu wślizgnąć się pod kołdrę i bezpiecznie przespać noc przy jej boku.
Raz tak zrobiła. „Przecież muszę mieć wygodnie, wcześnie rano wstaję i cały dzień pracy przede mną. Nie możesz myśleć tylko o sobie, to egoistyczne”, usłyszała wtedy.
Nie była egoistką – wręcz przeciwnie – przejmował ją cały świat.
Zabolało i już nigdy więcej nie powtórzyła tej próby.
Wiele lat później, gdy córka kładła się obok niej w nocy, gdy czuła jej nieduże, ciepłe ciało przyklejone do swoich pleców lub brzucha, zrozumiała, co straciła. Czego ją pozbawiono.
Popłakała się wtedy.
„Tyle miesięcy po porodzie, a hormony wciąż niestabilne”, powiedział jej mąż.
Właśnie zaczynały się stabilizować, pomyślała jakiś czas potem. Rozmroziły się, doszły do głosu.
Znowu otworzyła oczy. Nie, księżyc nie przypomniał lampy operacyjnej. Może pomyślała tak w pierwszym odruchu, bo leżała nago? Po kąpieli nasmarowała ciało balsamem. Nałożyła grubą warstwę, która wchłaniała się powoli. Gdyby włożyła piżamę, większość kosmetyku wtarłaby się w bawełnę. Miała tak leżeć tylko przez kwadrans, nieprzykryta, ale zasnęła. Trzy godziny później obudziła się z kołaczącym sercem. Takie nagłe zerwanie się ze snu, z bólem w klatce piersiowej.
Nie pamiętała, co jej się śniło, ale na pewno coś złego. Chwilę zajęło, nim przypomniała sobie, gdzie jest. Przykryła się kołdrą. Przez okno widziała wielki księżyc w pełni. Być może to dlatego – niektórzy uważali, że księżycowe fazy determinują ludzkie zachowanie.
Ona sądziła, że ta korelacja jest iluzoryczna. Czasy są trudne, ludzie wariują, jest więcej wypadków i przestępstw. Magii nie dostrzegała w tym żadnej.
Normalnie zasłoniłaby okno i byłoby po kłopocie. Ale nie teraz – zasłony zdjęła do prania, a potem się rozmyśliła. Postanowiła się nie spieszyć, zrobi to w wolnej chwili. Może pojutrze, a może za tydzień. Wtedy, kiedy będzie chciała.
I teraz srebrny talerz wisiał tuż nad nią.
I wyglądał jak plafon. No jasne! Dlaczego od razu nie skojarzyła? Taką lampę miała u siebie w pokoju na suficie. Okrągły talerz z grubego, mlecznego szkła, które zmniejszało ilość przedostającego się światła. Nie lubiła go. Pasował do korytarza w ośrodku wczasowym, biurze, przychodni – ale nie do pokoju dziecięcego. Do tego trudno było odczepić szklaną pokrywę od metalowych zaczepów, gdy żarówka się przepaliła. Matka się denerwowała, jakby to była Soni wina. Czasem czekała na światło aż do powrotu ojca, który bez problemu radził sobie z tą konstrukcją. „Widzisz, ojciec to wszystko potrafi”, mówiła i wodziła za mężem wzrokiem pełnym podziwu. Ale żeby zmienić plafon na zwykłą lampę, wiszącą, nie chciała się zgodzić. „Przecież ta działa, poza tym ile to zachodu.”
I dlatego w te lękliwe, bezsenne noce Sonia leżała pod mlecznym światłem plafonu, czując się tak, jakby ktoś na niej, wciąż przytomnej, przeprowadzał operację. Wiedziała, że wybudzenie podczas zabiegu ze znieczuleniem i zwiotczeniem mięśni zdarza się raz na kilka tysięcy przypadków. Ból i niemożność ruchu, głos wiązł w ściśniętym gardle. Przerażająca perspektywa.
Teraz, gdy za kilkanaście godzin miała się zobaczyć z matką, czuła się tak samo.
Dorosła, w swoim domu, z nastoletnią córką, znowu stała się małą, zlęknioną dziewczynką.
Jak doszło do tego, że od jutra przez najbliższy tydzień będzie gościła matkę w Kowalowej?
Zaczęło się w święta Bożego Narodzenia, kiedy razem z Julką pojechały do Kołobrzegu. Matka usilnie je zapraszała, podkreślając dewastującą ją samotność i zły stan zdrowia. Nic z tego nie było prawdą. Zdrowie jej dopisywało, z życia w pojedynkę mogłaby zrobić profesurę. Była w swoim żywiole, ustalając, ustawiając, musztrując.
Trzy dni spinania się i trzy trudne noce pod mlecznym plafonem, który wciąż wisiał pod sufitem. Gdzieś między sałatką jarzynową a pierogami z kapustą i grzybami padła deklaracja, że matka przyjedzie na Dolny Śląsk. Że rozumie, jak trudno Soni się wyrwać, że praca, że samotne macierzyństwo. Wszystko to podszyte współczuciem, ale i oskarżeniem. Podanym gładko, jak ziemniak z sałatki jarzynowej otoczony grubą warstwą majonezu.
Jasne było, że sprawa się nie rozmyje. Aż wreszcie, pod koniec marca, ustalenia się sfinalizowały i teraz, w połowie kwietnia, rzecz miała się urzeczywistnić.
Sonia bała się tej wizyty. Nie chciała jej. Odczuwała wyrzuty sumienia, ale już nie miała do siebie o to pretensji. Nie da się zapanować nad sygnałami płynącymi z ciała.
Planowała generalne porządki, po których z wyróżnieniem zdałaby test białej rękawiczki, ostatecznie jednak odpuściła. To jej dom, jej bałagan. Nie, nie bałagan – odmienny styl życia. Trwała w tym przekonaniu do wczorajszego wieczora, gdy zaczęła się łamać, czy aby na pewno sprawy mogą zostać tak, jak się dotąd miały.
Mogą, zadecydowała i poszła zrobić sobie kąpiel. Długo szorowała ciało peelingiem, aż do zaczerwienienia skóry. Nałożyła dużo balsamu, żeby ukoić podrażnienie, zasnęła i obudziła się po trzech godzinach, bez szans na dalszy sen.
Był kwadrans po czwartej nad ranem.
Wstała, uważając, żeby nie nadepnąć na Boba, który wytrwałe spał przy jej łóżku. Podniósł łeb i spojrzał na nią. On nie miał problemów ze snem. Już nie. Na początku, gdy do niej trafił, zawsze miał włączoną funkcję czuwania. Nie potrafi ł się odprężyć, byle szelest i natychmiast był gotowy do ucieczki. Teraz to się zmieniło. Leżał na plecach, odsłaniając brzuch i szyję. Ufny i zrelaksowany. Zazdrościła mu, chociaż wiedziała, że to dzięki niej. Że potrafi dać komuś takie wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, choć sama nie osiągnęła podobnego stanu w życiu.
Podeszła do komody i wyciągnęła z niej bieliznę. Z oparcia krzesła ściągnęła dżinsy i bluzę. Ubrała się, a potem spojrzała na Boba.
– Chodź – powiedziała cicho.
Był trochę zdziwiony.
Psy przyzwyczajają się do rutyny. Czasem ludzie myślą, że mają szósty zmysł, bo potrafią zgadnąć, że za kilka minut opiekun lub opiekunka staną w drzwiach. Albo wiedzą, że właśnie wybiła trzecia, i przynoszą w pysku smycz, bo to zwyczajowa pora ich spacerów. To nie cuda, tylko świetne działanie wewnętrznych psich zegarów i dopasowanie się do ludzkiego rozkładu dnia.
Nie ociągał się jednak. Poderwał się i ruszył za nią do przedpokoju.
– Cicho – szepnęła, powstrzymując prawdopodobny wybuch jego entuzjazmu. Spacery nieodmiennie wprawiały go w ekscytację. Wiercił się przy drzwiach, próbując wytrwać w przysiadzie, bo wiedział, że tylko w tej pozycji Sonia przypnie smycz do jego obroży i będą mogli wyjść.
Nie chciała, żeby Julka się obudziła. Prawdopodobieństwo wyrwania nastolatki z głębokiego snu było niewielkie, ale lepiej zachować ciszę.
Przekręciła klucz w zamku i wyszli na zewnątrz. Zapach wiosennych poranków jest nie do podrobienia. Mokra ziemia, w której zaczęły się procesy intensywnego wzrostu, a miejscami jeszcze zalegająca butwiejąca ściółka. Śmierć, rozkład przeplatające się z nowym życiem. Ruszyła w dół, w stronę pensjonatu.
Nie doszła tam jednak. Zatrzymała się przy budynku z napisem „Blitzengrund”. Intrygował ją od dawna, od pierwszej chwili, gdy tu przyjechała i go zobaczyła. „Ze śladami dawnej urody”, ta zbitka znaczeniowa od razu przyszła jej do głowy. Ślady były niemieckie, to, co popsuło pierwotne założenia, czyli poczyniona od frontu dobudówka, musiało powstać „za Polaka”. Oryginalna budowla miała proporcje, charakter, piękny szachulcowy sznyt, finezję drewnianych wykończeń. Powojennego kloca, dostawionego do przedniej ściany, na pewno nikt nie projektował – po prostu przyszła brygada z cegłami oraz zaprawą i postawiła trzy mury. Wydawało się, że w tym pomieszczeniu działała kiedyś stołówka. To by pasowało, bo Sonia przeczytała w internecie, że od lat sześćdziesiątych do osiemdziesiątych ubiegłego wieku odbywały się tu letnie kolonie dla dzieci. A wcześniej, to znaczy przed wojną, prowadzono działalność leczniczą. „Nowe, wygodne, małe, przytulne, wyjątkowo
ciche pokoje. Kąpiel powietrzna dla osób potrzebujących relaksu, rekonwalescentów i osób nerwowych.” Taką informację znalazła po niemiecku; translator przełożył w ten sposób. Wynikało z tego, że właściciele nie zamierzali organizować tu życia towarzyskiego, tylko stworzyć warunki umożliwiające dojście do siebie. Cokolwiek to znaczyło i z jakiegokolwiek pułapu „odejścia od siebie” startowano.
A jak było teraz?
Do niedawna nic nie było. Obiekt wyglądał na zadbany, doglądany, ewidentnie ktoś nad nim czuwał, ktoś niewidoczny. W każdym razie nawet jeśli tu mieszkał czy pomieszkiwał, to w pojedynkę. I nie w głównym, starym budynku, tylko ciut nowszym, niedużym domu wybudowanym na tyłach sanatorium Blitzengrund.
Aż kilka tygodni temu zaszła jakaś zmiana. Ktoś przechodził przez podwórko, gdzieś wieczorem paliło się światło, czasem dobiegały odgłosy rozmów, a czasem zwykłego domowego życia. Kilka razy mijała na drodze auta, które wjeżdżały do Kowalowej i nie zatrzymywały się na parkingu na dole. A potem znowu wszystko zamierało.
Ale od kilku dni na podjeździe stało auto. Luksusowe. Porsche. Niby też mogło należeć do właściciela, choć…
W budynku zaczął się regularny ruch. Stałe życie, aczkolwiek utajone. Kilka dni wcześniej Soni wydawało się, że wieczorem słyszy głosy dolatujące gdzieś z tej strony. Szept rozmów, żadna impreza. Potem zauważyła parasol ogrodowy. Wystawał zza ściany. Nie ustawiono go w ogrodzie przed tą brzydką dobudówką, mimo że było tu dużo ładnie zagospodarowanego, zielonego miejsca, tylko w głębi, pod lasem. Z tyłu, żeby uniknąć wystawiania się na widok, choć przecież i tak było tu bezludnie, nie licząc jej i Julki. Nawet w sezonie turyści rzadko tu docierali, a co dopiero w kwietniu.
Co do auta, to rejestracja była polska, a dokładniej warszawska. Samochód wyglądał na nowy. Cena – pewnie od poł miliona w gorę. Porsche Panamera. Trzeba było mieć kasę, żeby czymś takim jeździć. I nie przejmować się ewentualnymi uszkodzeniami, bo na tylnym lewym nadkolu widniały mocne rysy. Sonia wczoraj rano wspięła się po zboczu, wzdłuż ogrodzenia, żeby obejrzeć samochód. I wtedy je zauważyła. Aż cmoknęła. Na tak wypasionym produkcie wzornictwa przemysłowego brutalne wyżłobienia w karoserii robiły wrażenie. Kiedy zeszła na drogę, przyjrzała się bramie. Bingo. Na metalowym słupku dostrzegła drobinki czerwonego lakieru. Tak, porsche było czerwone, czyli komplet stereotypów zebrany. A właściciel pojazdu? Bo chyba raczej nie właścicielka. Po co tu przyjechał? Kim był?
Zaciekawiło ją to. Na razie prywatnie, choć… Po tylu latach pracy w policji prywatne i służbowe się mieszało. Intuicja nie rozdzielała tych obszarów.
– Chodź – cicho powiedziała do Boba.
Pies ruszył do przodu, asfaltówką w dół.
– Nie, nie tam. – Lekko pociągnęła smycz.
Stanął zdziwiony. Niechętnie do niej podszedł, ale kiedy zobaczył, że nie wracają do domu, tylko wchodzą na łąkowe zbocze i pną się ku lasowi, ożywił się.
– Razem. – Sonia go upomniała.
Zatrzymał się. Odnosili wspólne sukcesy edukacyjne.
– Dobry pies. – Przeciągnęła „o”, co było jasnym sygnałem, że jest zadowolona z jego zachowania.
Zamerdał i wydał z siebie pisk zadowolenia.
– Ciiii – natychmiast go uciszyła.
Zwierzęta są proste w obsłudze, pomyślała. Pochwaliła go, no to się ucieszył. To ona zachowała się nieprzewidywalnie. Po ludzku.
Powoli ruszyła w gorę. Minęli zaparkowane porsche, stojące przed garażem, i poszli dalej. Zatrzymała się powyżej niedużego budynku gospodarczego, mniej więcej na wysokości dawnego sanatorium. Księżyc nieźle oświetlał zabudowania, ale tylko od frontu. Tył pozostawał zaciemniony. Choć…
Dostrzegła światło. Niezbyt silne, może przytłumione przez zasłonę w oknie. Na piętrz e, skrajny pokój po prawej stronie. Sięgnęła do kieszeni dżinsów po komórkę. Była czwarta czterdzieści trzy. Można sobie wyobrazić, że ktoś wstaje o tej godzinie. Zwłaszcza starsi ludzie tak mają. Pomyślała o matce. Ona też pewnie już na nogach. Pociąg ma po dziewiątej, ale znając ją, sprawdzi wszystko po kilka razy przed wyjściem, a przede wszystkim będzie się bała zaspać.
Sonia poczuła nieprzyjemny skurcz. Tydzień. Siedem dni. Zleci. Poza tym ona przecież pracuje. No i trzeba to mieć za sobą. Zresztą to matka, nie będzie tak źle.
Światło zgasło. Ktoś pewnie wstał tylko do łazienki i wrócił.
Już miała odejść, gdy znowu coś błysnęło. Zastygła. Bob wyczuł jej nastrój, usiadł.
Znowu nastała ciemność. Upłynęło może kilkanaście sekund, gdy coś usłyszała. Poczuła napięcie smyczy. Bob podniósł się i naprężył. Nastawił uszu. Doleciał do nich dźwięk otwieranych drzwi, szybko, z impetem. I kroki, też prędkie. Jakby ktoś biegł. Odruchowo spojrzała w dół, w kierunku podjazdu prowadzącego do bramy i furtki, ale nikogo tam nie dostrzegła. Odgłos, tym razem ewidentnie z tyłu posesji. Metaliczny. I wszystko ucichło.
Przeczytaj też naszą recenzję
Fragment powieści „Przewina” Agnieszki Jeż
Wydawnictwo Luna
ISBN: 9788368121001

