felieton

PLażowanie | Felieton Dawida Kornagi

Plaża to taka wakacyjna agora, na której spotykają się praktycznie wszystkie grupy społeczne. Za przykład niech posłuży pierwszy dosłownie z brzegu obrazek: wykładowca filozofii z trzecią z kolei żoną, swoją byłą studentką, młodszą od niego o dwadzieścia dwa lata, leży parawan w parawan z wielodzietną rodzinką, która nie jest w stanie doliczyć się dobrostanu potomków, rozproszonych i dokazujących gdzie popadnie – pisze w lipcowym felietonie Dawid Kornaga.

Dawid Kornaga, fot. Rafał Meszka

Obok swój ręcznik rozłożył… kurier znanej sieci automatów paczkowych, pozbył się błyskawicznie ubrania służbowego i w ramach wyluzowania od pracy poddał ostrej solarce. Dosłownie dwa kroki od niego wylądowała ekipa wesołych dziewcząt, ich wschodni akcent każe przypuszczać, że pragną choć chwili wytchnienia od tego, co je tu sprowadziło ponad dwa lata temu.

Typowa polska plaża na pierwszy rzut oka to chaos. Idziemy tam z zamiarem przeżycia sielanki, która może zakończyć się pechowo. I wcale nie chodzi o poparzenia (słoneczne lub przez meduzy). Kto bywał w Stegnie Gdańskiej, Ustce, Jastarni, Władysławowie, Krynicy Morskiej, ten na pewno przeszedł szybki kurs darwinowskiej walki o byt. Na plaży władza sądownicza rzadko się pojawia, chyba że doszło do ewidentnego naruszenia prawa. Trzeba przyznać, w miejscowościach turystycznych policja czy straż miejska przyjeżdżają w miarę szybko i usuwają awanturujących się plażowiczów. Natomiast ogólnie na naszych bałtyckich plażach panuje coś w rodzaju liberum veto. Większość rozkłada się, jak lubi, przenosząc prawie jeden do jednego swój prywatny dom na publiczny piasek i wprowadzając swoje małe autorytarne rządy. Parawany służą za tymczasowe mury berlińskie.

Filozof Gaston Bachelard w „Poetyce przestrzeni” analizuje, jak przestrzenie, w tym właśnie plaże, wpływają na nasze myślenie. Plaża bowiem postrzegana jest jako symboliczna granica między lądem a morzem. Taka wyjątkowa strefa dla przeróżnych aktywacji, których byśmy nie poczynili gdzie indziej. Pokazuje równocześnie stabilność ziemi i zmienność wody. Punkt medytacji czy refleksji nad naturą. Ale czyżby? Chyba po zachodzie słońca, bo za dnia, zwłaszcza w sezonie to punkt nerwów oraz stanów przedzawałowych.

W pełni sezonu, kiedy temperatura bryluje od dwudziestu sześciu stopni wzwyż, plaża kreuje przeróżne dramy. Zdenerwowany ratownik gwiżdże na lekkoducha, który wypłynął za boję. Gwizd z trudem przebija się przez ryk bezprzewodowych głośników, rozstawionych przez pewną wyjątkowo rozrywkową ekipę, która rozgościła się dosłownie metr od linii brzegu. Dwóch hojnie wytatuowanych na plecach i ramionach mięśniaków grozi sobie nawzajem pobiciem, o ile któryś z nich nie ustąpi i nie przesunie parawanu bliżej swojej lodówki turystycznej. Komuś, przez porywisty wiatr, wymsknął się mozolnie wbijany w piasek parasol i koziołkując niebezpiecznie, mało co nie wbił się trzonem w czyjeś plecy.

Jak widać, oprócz udaru słonecznego lub poparzeń co najmniej drugiego stopnia, na plaży czyha mnóstwo różnych zagrożeń. Tyle dobrego, że na naszym lądzie nie grasują skorpiony, kobry i czarne wdowy, a wód nie patrolują moreny, rekiny i osy morskie. Serwisy informacyjne puchłyby od nadmiaru dramatycznych relacji. Już lepsze „paragony grozy”, przynajmniej dobrowolne, bo nikt nikogo nie zmusza, by zamówił jedzenie powyżej swoich możliwości finansowych. Nawet jeśli bezczelnie drogie.

Polskie plaże bywają też bezpruderyjne. I dobrze, nic co ludzkie nie jest nam obce… Lecz rozsądek, w przypadku niektórych osób, nakazuje nieco większą skromność oraz adekwatny do sytuacji umiar w pokazywaniu swoich kalorycznych benefitów. Przeraża bowiem to plażowe przyzwolenie, by się obnażać wbrew swoim ograniczeniom estetycznym. Normalnie większość z nas na co dzień stara się wyglądać przyzwoicie, wszelkie niedoskonałości kamuflując kreatywnie modą. Za to na plaży przynajmniej ci najmniej zdystansowani do siebie idą za podszeptem jakichś egotycznych diabełków narcyzmu, na zasadzie historycznego powiedzenia „za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. Pierwsza polska plaża, czy to nad zalewem, jeziorem, czy morzem pokazuje niszczący wpływ nie tylko fast foodów, ale też innych „udogodnień” w sklepach za rogiem, diet-cudów, które ostatecznie kończą się druzgoczącym efektem jojo. I wstyd się z tym pokazać. A jednak to robimy na plaży. Bo „nikt nas tu nie zna?” Trudno pojąć tę chęć zaistnienia na relacjach wbrew głosowi rozsądku, nie rób tego, proszę, stonuj, może za rok?

Plaża to również, oprócz niesamowitej aktywności większości, niesamowita nieaktywność mniejszości. Gdyby w takiej właśnie chwili wylądował na tej wybranej plaży jakiś kosmita, zadałby sobie pytanie, o co tu chodzi tym wszystkim prawie że golasom? Dlaczego z własnej nieprzymuszonej woli zgromadzili się w jednym miejscu, właściwie nic nie robiąc oprócz opuszczania swoich ręczników czy leżaków na krótki czas pluskania w wodzie. Czy to aż takie warte wysiłku, by dobrowolnie szarpać się z innymi o chwilę oddechu, odpoczynku od innych. Skoro ci inni otaczają nas z każdej strony i każdy rozsądny człowiek zapyta wtedy: po co mi to piekło na ziemi?

W pełni sezonu, kiedy temperatura bryluje od dwudziestu sześciu stopni wzwyż, plaża kreuje przeróżne dramy. Zdenerwowany ratownik gwiżdże na lekkoducha, który wypłynął za boję. Gwizd z trudem przebija się przez ryk bezprzewodowych głośników, rozstawionych przez pewną wyjątkowo rozrywkową ekipę, która rozgościła się dosłownie metr od linii brzegu. Dwóch hojnie wytatuowanych na plecach i ramionach mięśniaków grozi sobie nawzajem pobiciem, o ile któryś z nich nie ustąpi i nie przesunie parawanu bliżej swojej lodówki turystycznej.

Miał być luz i relaks, a skończyło się na poszukiwaniu wolnego miejsca, sprzeczkami z plażowiczami, którzy albo nam, albo my im zasłaniamy widok na morze. W sieci z łatwością znajdziemy zdjęcia popularnych plaż, na których ludzi dosłownie jak ziarenek piasku. Romantyczne zatoczki potrafią być tak oblężone, że trzeba poczekać na swoją kolej, by zanurzyć się w wodzie i dać się ponieść falom. Filozof Gaston Bachelard w „Poetyce przestrzeni” analizuje, jak przestrzenie, w tym właśnie plaże, wpływają na nasze myślenie. Plaża bowiem postrzegana jest jako symboliczna granica między lądem a morzem. Taka wyjątkowa strefa dla przeróżnych aktywacji, których byśmy nie poczynili gdzie indziej. Pokazuje równocześnie stabilność ziemi i zmienność wody. Punkt medytacji czy refleksji nad naturą. Ale czyżby? Chyba po zachodzie słońca, bo za dnia, zwłaszcza w sezonie to punkt nerwów oraz stanów przedzawałowych.

Jednocześnie plaże są miejscami spotkań społecznych, gdzie można nawiązywać nowe znajomości, integrować się z innymi. Czasem dosłownie jak na libertyńskim francuskim wybrzeżu Cap d’Agde. Od nas zależy, jaką plażę stworzymy przez te kilka godzin. I najlepiej z książką w ręce. Choć bez przesady, czytać można wszędzie, a plażować tylko na plaży…

Przeczytaj także:

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Odkryj więcej z Zupełnie Inna Opowieść

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej