„Moim podstawowym obowiązkiem jako pisarza jest opowiedzenie czytelnikom historii, którą uznają za satysfakcjonującą na takim poziomie, na jakim satysfakcjonujący powinien być thriller. Ale jestem szczęśliwy, gdy to co piszę, angażuje czytelników emocjonalnie bardziej niż zwykle robią to kryminały” – mówi A.J. Finn, autor książki „Koniec opowieści”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Przemysław Poznański: „Koniec opowieści” to dla mnie historia o braku – miłości, akceptacji, ale i wiedzy o przeszłości, w tym o losach bliskich osób, które zaginęły w Sylwestra 1999 roku. Każdy z tych braków bohaterowie odczuwają boleśnie, a z kolei ich ból napędza fabułę. Bardziej może nawet, a przynajmniej na równi z zagadkami kryminalnymi, które tu znajdziemy. Czy pisząc powieść myślałeś o niej w kontekście ukazania tego cierpienia, jakie niesie poczucie braku?
A. J. Finn: To bardzo ciekawe pytanie (pisarz zamyśla się na dłuższą chwilę). Zastanawiałem się nad odpowiedzią, bo już w przypadku pierwszej książki [„Kobieta w oknie” – red.], ale i najnowszej, zauważyłem, że czytelnicy często miewają własne teorie dotyczące intrygi. Mówią mi choćby, że obstawiali kogoś innego jako zabójcę niż okazuje się to w finale. Ale rzadko zdarza się, żeby ktoś miał takie obserwacje jak twoja – to odświeżające doświadczenie słyszeć pytanie, jakiego nikt mi wcześniej nie zadał. Krótka odpowiedź na nie brzmi: myślę, że masz całkowitą rację, dokonując tej obserwacji. Dłuższa odpowiedź brzmi: nie sądzę, żebym świadomie zbudował tę historię wokół braku lub nieobecności, ale tak, sednem tej historii jest pustka, wynikająca z braku dwojga zaginionych. Wszystko wokół tego krąży. To jest jak słońce dla wszechświata. Można twierdzić, że to pisarz Sebastian Trapp jest swego rodzaju słońcem w tej opowieści, ponieważ inne postacie rzeczywiście krążą wokół niego, ale – jak słusznie zauważyłeś – tym, co popycha historię do przodu jest brak: zaginionych, uczuć, emocji. Sam zresztą lubię czytać najbardziej takie historie, gdy tym co mnie zachęca do lektury nie jest konieczność poznania finału, ale fakt, że bohaterowie muszą dokonują trudnych wyborów i szukać odpowiedzi.
Zaginięcie osoby bliskiej często postrzegane bywa jako emocjonalnie bardziej wyczerpujące nawet niż jej śmierć – także z powodu niemożności odbycia żałoby.
– Może właśnie dlatego ludzie tak często sięgają po kryminały, bo te książki niosą pocieszenie, dają odpowiedzi. To w jakiś sposób daje czytelnikowi poczucie bezpieczeństwa, satysfakcji. Oto porządek, który został zaburzony przez zbrodnię, śmierć, zostaje przywrócony. W życiu nie zawsze dostajemy odpowiedzi i satysfakcję, co wiąże się niejednokrotnie z prawdziwą emocjonalną tragedią.

9788383197302
Wspomniałeś o Sebastianie Trappie. To jeden z najważniejszych bohaterów „Końca opowieści”, powieściopisarz, który wie, że umiera. Dajesz nam też zagadkę zaginięcia przed 20 laty jego żony i syna, a punktem wyjścia jest przybycie do domu pisarza jego młodej fanki, Nicky Hunter, która dostaje zaproszenie od swojego idola do spisania jego wspomnień. Skąd bierze się pomysły na taką fabułę?
– Przemek, napisanie tej książki zajęło mi jakieś siedem lat, więc nie jest tak, że te pomysły przyszły mi do głowy nagle, w jednej chwili. To było naprawdę trudne zadanie. W przypadku mojej pierwszej książki, która w oczywisty sposób była inspirowana „Oknem na podwórze” Alfreda Hitchcocka, intryga była prostsza: ktoś widzi jak popełniane jest przestępstwo, lecz nikt nie wierzy naocznemu świadkowi, aż winowajca nie zostanie zdemaskowany. W przypadku tej historii pierwsze ciało pojawia się dopiero mniej więcej w połowie książki. Dlatego ostatecznie zaczynam „Koniec opowieści” od sceny odkrycia tego ciała w stawie ze złotymi rybkami, z karpiami koi, a dopiero potem cofam fabułę o kilka dni. Szczerze mówiąc obawiałem się, że czytelnicy nie znajdą w sobie dość cierpliwości do tej lektury, jeśli nie dostaną jasnego sygnału, że ktoś tu w pewnym momencie pożegna się z życiem.
W tworzeniu historii pomaga mi, gdy moi bohaterowie mają do spełnienia misję, cel do zrealizowania. To daje mi więcej materiału, z którym mogę coś zdziałać, zbudować wokół tego konflikt. Kilka dni temu miałem okazję uczestniczyć w Londynie w wydarzeniu dotyczącym promocji książki, czego elementem był panel z moją przyjaciółką i znakomitą autorką kryminałów Lisą Jewell, znaną też, jak sądzę, w Polsce. Podczas tej rozmowy zgodziliśmy się że przynajmniej w naszym przypadku jednym z wyzwań stojących przed autorami kryminałów jest to, że z jednej strony chcesz tworzyć bohaterów wiarygodnych, z którymi czytelnik może się identyfikować, jednak z drugiej strony, jeśli pragniesz, by historia wciągała, to postaci muszą postępować w taki sposób, w jaki większość z nas nigdy by się nie zachowała. Do tego dochodzi budowanie atmosfery opowieści i muszę przyznać, że jestem naprawdę dumny, jako autor „Końca opowieści”, z tego co udało mi się tu osiągnąć. Lubię klimat powieści gotyckiej, gdzie wszystko jest nieco większe, intensywniejsze niż w normalnym życiu. W mojej powieści pozwala mi to umieścić bohaterów także w takich sytuacjach, które zapewne w normalnym życiu by się im nie przytrafiły, ale dzięki nastrojowi sprawiają wrażenie możliwych.
Może właśnie dlatego ludzie tak często sięgają po kryminały, bo te książki niosą pocieszenie, dają odpowiedzi. To w jakiś sposób daje czytelnikowi poczucie bezpieczeństwa, satysfakcji. Oto porządek, który został zaburzony przez zbrodnię, śmierć, zostaje przywrócony. W życiu nie zawsze dostajemy odpowiedzi i satysfakcję, co wiąże się niejednokrotnie z prawdziwą emocjonalną tragedią.
Ważne, jacy to są bohaterowie. A każdy z nich nosi w sobie tajemnicę, jakąś traumę, zakłada maskę. Sebastian Trapp mierzy się z podejrzeniami, że stał za zaginięciem (śmiercią?) bliskich. Madeleine ma obsesję szukania brata w praktycznie każdej napotkanej osobie. Z własnymi demonami mierzy się też Nicky i wielu innych bohaterów. Podkreślasz to symbolicznie w scenie balu maskowego. Ale motyw maski występuje też w powieściach autorstwa głównego bohatera – tam maskę nosi Jack, nieznany z twarzy przeciwnik detektywa Simona St. Johna.
– Bal maskowy pojawia się w książce głównie dlatego, że zależało mi na scenie z rozmachem. Spora część książki to sceny kameralne, oparte na rozmowach, co w zbyt dużej dawce mogłoby być nudne. Z jednej strony umieszczam więc bohaterów m.in. w klubie dla dżentelmenów, pokazuję jak Madeleine – córka Sebastiana – obserwuje istotne wydarzenia ze swojego sekretnego schronienia. Brakowało mi tylko dużej imprezy, która powinna odegrać rolę punktu kulminacyjnego pierwszego aktu. Nie bez znaczenia jest też to, że takie sceny balu maskowego, maskarady, pojawiają się w moich ulubionych historiach: w „Hrabim Monte Christo” i w „Upiorze w operze”. To są sceny spektakularne, a jednocześnie intrygujące, bo bohaterowie nagle znajdują się pośród osób, które znają, ale których nie są w stanie do końca rozpoznać.
W większości kryminałów przynajmniej jedna osoba nosi przysłowiową maskę. Winowajca. Gdybyśmy wiedzieli o nim wszystko od początku, nie byłoby przecież elementu zaskoczenia. Poza tym w większości powieści, nie tylko kryminalnych, postaci muszą się rozwinąć, co może oznaczać także zrzucanie przez nie masek, z których istnienia nie zawsze nawet zdają sobie sprawę. Zresztą także w życiu większość ludzi coś ukrywa: czy to niechęć do kogoś, czy sympatię, czy trudne doświadczenie. W przypadku kryminału można to wykorzystać do zbudowania napięcia.
Mówienie o maskach to mówienie o tożsamości. W powieści ważny jest choćby motyw tożsamości płciowej i wątek nietolerancji wobec kogoś, kto odstaje od wzorca męskości, co skutkuje przemocą rówieśniczą, ale i brakiem akceptacji ojca wobec syna. Na ile literatura, która – jak twoja – ma szansę być bestsellerową, może stać się też przestrogą, albo wskazówką? Mówiłeś o misji, która pobudza do działania bohaterów. A czy ty jako pisarz też odczuwasz misję poruszania ważnych kwestii społecznych?
– Moim podstawowym obowiązkiem jako pisarza jest zapewnienie czytelnikom rozrywki, opowiedzenie im historii, którą uznają za satysfakcjonującą na takim poziomie, na jakim satysfakcjonujący powinien być thriller. Ale jestem szczęśliwy, gdy czytelnicy odnajdują w moich książkach coś więcej. Myślę, że to była jedna z przyczyn sukcesu „Kobiety w oknie”. Ta książka, jak mi mówiono, u wielu czytelników rezonowała głębiej i angażowała emocjonalnie bardziej niż zwykle robią to kryminały. To cieszy, choć przecież głównie chodzi o rozrywkę. Nie mam na koncie historii, w których skupiałbym się na ważnych kwestiach społecznych, choćby kwestiach rasowych. Ale są w mojej nowej powieści pewne elementy, które rzeczywiście wydają się społecznie istotne. Pojawia się choćby temat transseksualności i muszę przyznać, że choć siadałem do pisania zaledwie osiem lat temu, bardzo wiele zmieniło się w podejściu społeczeństwa do osób trans. Transseksualność nie jest już odbierana jako coś „egzotycznego” czy kontrowersyjnego. Zauważ jednak, że ta postać, o której mówię, pojawia się u mnie gdzieś – nomen omen – pod koniec opowieści. Jestem bowiem świadomy, rozglądając się wokół siebie, że choć mamy rok 2024, to pojawienie się takiej kwestii zaraz na początku natychmiast sklasyfikowałoby książkę jako powieść trans, co nie ma nic wspólnego z faktycznym tematem „Końca opowieści”. Może jednak dzięki temu, że taki watek się pojawia, powieść ma szansę zmienić postrzeganie tej kwestii przez niektóre osoby. Ale zależało mi w tej książce na czymś jeszcze: na odejściu od schematycznego postrzegania kobiet w prozie kryminalnej. Bardzo często są bowiem one przedstawiane w książkach z tego gatunku w rolach ofiar, dziwek lub przestępczyń. Tymczasem w moim otoczeniu nie ma takich kobiet, choć oczywiście nie są to role niemożliwe. Ja spróbowałem przedstawić cały wachlarz postaci kobiecych, ale inaczej niż można by się tego spodziewać po prozie gatunkowej. Na przykład Nikki Hunter, o czym dowiadujemy się już na początku, nie jest szczególnie ładna, ale jednocześnie niewiele sobie z tego robi, tym bardziej że i tak wzbudza zainteresowanie wielu mężczyzn. To ważne, bo większość bohaterek w thrillerach to kobiety ładne, ale niemające do zaoferowania nic, o ile nie zostaną wplątane w kryminalną intrygę. Mamy też tutaj Madeleine, której również daleko do wyglądu kobiet z thrillerów, bo jest raczej słusznej postury i do tego dość sarkastyczna. Jest w końcu i Diana, zjawiskowo piękna, ale i inne kobiety, w tym Simone, których rola nie ogranicza się jednak do wyglądu, bo przy okazji są też – co znowu stoi w sprzeczności ze schematem – po prostu uroczymi osobami, wnoszącymi ten urok do opowieści. To pokazuje, że w przypadku postaci kobiecych lubię wyjść mocno poza gatunkowe oczekiwania czytelników.
Zależało mi na odejściu od schematycznego postrzegania kobiet w prozie kryminalnej. Bardzo często są bowiem one przedstawiane w książkach z tego gatunku w rolach ofiar, dziwek lub przestępczyń. Tymczasem w moim otoczeniu nie ma takich kobiet, choć oczywiście nie są to role niemożliwe. Ja spróbowałem przedstawić cały wachlarz postaci kobiecych, ale inaczej niż można by się tego spodziewać po prozie gatunkowej.
„Cherchez la femme” – to jedno z powracających tu haseł. Pokazujesz w tej książce kobiety także jako te, które opowiadają nam tę historię. Narracja jest co prawda trzecioosobowa, ale snuta z punktu widzenia konkretnych kobiecych postaci. Czy dla pisarza-mężczyzny stanowi to wyzwanie?
– Najprościej byłoby odpowiedzieć, że wszyscy jesteśmy ludźmi, a różnice między codziennymi doświadczeniami kobiet i mężczyzn są w dużym stopniu przesadzone. Ale mogę też opowiedzieć o pewnym zdarzeniu sprzed lat, które sprawiło, że w obu moich książkach obsadziłem kobiety w głównych rolach. Spacerowałem z psem po Dolnym Manhattanie w piękny słoneczny poranek, gdy ujrzałem kobietę przechodzącą przez ulicę. Myślę, że szła do kawiarni, co nie ma tu większego znaczenia. Obok niej zatrzymał się w pewnej chwili van czy ciężarówka i kierowca wychylił się przez okno, by wykrzyczeć do kobiety słowa naprawdę okropne, obrzydliwe. Byłem zszokowany, ale najbardziej poruszyło mnie to, że ona szła dalej, nie zareagowała, choć na pewno poczuła się zraniona. Pomyślałem, że pewnie od teraz każde wyjście z domu będzie jej przypominać tę przykrą sytuację. A potem zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie to nie był dla niej pierwszy raz i jest na to przygotowana. Mnie, jako gejowi, zdarzyło się może kilka razy, że zwyzywano mnie w miejscu publicznym od ciot. To nie było dobre uczucie, ale pamiętajmy, że mam 191 cm wzrostu i to stanowi fizyczną przewagę, dzięki której raczej nie czuję się zagrożony. Pomyślmy jednak o kimś, kto jest fizycznie słabszy ode mnie, o skromniejszej posturze – ktoś taki na pewno będzie bardziej wyczulony na potencjalne niebezpieczeństwo. To także dlatego Sebastian w rozmowie z Nikki mówi w pewnym momencie, że jego zdaniem kobiety są lepszymi autorami kryminałów i z tego samego powodu są lepszymi bohaterkami w powieści kryminalnej. Są wyczulone na sytuacje, których mężczyźni nie są często świadomi.

Mówiliśmy wcześniej o symbolu maski, ale niezwykle ważny jest tu też motyw motyla. To oczywisty symbol przemiany, ale i wolności. Jednak w twojej książce wszystkie pojawiające się motyle są nieruchome: to martwe motyle w kolekcji, motyle na tapecie, na znaczku pocztowym, w końcu motyle z papieru. Motyle origami. Traktujesz ten symbol à rebours, co uważam za jedno z najciekawszych rozwiązań w tej powieści. Jak się wpada na takie rozwiązanie? Jak się wpada na motyle?
– Powodów, dla których w powieści znalazły się motyle, jest kilka, mniej lub bardziej artystycznych. Jednym z nich jest Vladimir Nabokov, którego twórczość uwielbiam. Z tego co wiem, był lepidopterologiem, prawdziwym znawcą motyli. Chciałem mu w jakiś sposób oddać hołd, choć on oczywiście nie pisał powieści sensacyjnych, za to w niektórych jego książkach, w tym w „Lolicie” nie brakuje suspensu. Drugi powód jest taki, że w thrillerach pojawiają się często elementy, które mają nas przerażać, związane z postaciami seryjnych morderców, choćby różnego rodzaju złowieszcze lalki. Co innego jednak podrzucona czy przełożona w inne miejsce lalka, która jedynie sugeruje, że w domu mógł przebywać ktoś obcy, a co innego motyl origami, kojarzący się tu z konkretną postacią. On już nie sugeruje, lecz pokazuje wprost, że ktoś zakradł się do domu. Chciałem też, żeby ten przedmiot, który znajdą bohaterowie, był piękny, a nie przerażający. Motyl, który oczywiście też symbolizuje przemianę, jest ogólnie uznawany za coś pięknego, a przecież jednocześnie budzi tu strach. Uznałem, że dla bohaterów bardziej przerażające będzie znalezienie w windzie pięknego, surowego w kształcie motyla origami niż zobaczenie klauna czy czegoś w tym rodzaju.
Te motyle są nieruchome także z tego powodu, że w zasadzie nie miałyby gdzie latać. Owszem, mamy tu wiele miejsc akcji, ale jednocześnie tworzysz w jakimś sensie strukturę „zamkniętego pokoju”, jak u Agathy Christie, rozumianą tu nie tak jak w przypadku „Kobiety w oknie”, gdzie bohaterka cierpiała na agorafobię i faktycznie nie opuszczała mieszkania, ale jako bardzo wąskie grono podejrzanych o zabójstwo. Na ile taka struktura jest dla ciebie atrakcyjna literacko? Co oferuje?
– W pewnym momencie Sebastian mówi do Nikki, że nie jest postacią z powieści w stylu Agathy Christie, ale z thrillera psychologicznego. Tymczasem ja chcę dać czytelnikowi poczucie, że to jednak klasyczna powieść, właśnie w stylu Christie, i stąd to ograniczone grono bohaterów, z których faktycznie każdy może być podejrzany. A poza tym uważam, że takie konstruowanie fabuły jest zwyczajnie łatwiejsze. Po pierwsze mogę się bardziej skupić na bohaterach i dokładniej śledzić ich poczynania, a po drugie mogę lepiej rozwinąć te postaci, sprawić, że czytelnik bardziej się w nie zaangażuje. Odnoszę wrażenie, że gdy bohaterów jest w książce za dużo, to trudniej sprawić, by czytelnicy przejęli się ich losami. Lubię myśleć, że czytelnicy są zaniepokojeni tym, która ze znanych im postaci może być zabójcą lub zabójcami i co stanie się z pozostałymi bohaterami.
„Kobieta w oknie” ukazała się w 2018 roku, „Koniec opowieści” pisałeś siedem lat. Czy to znaczy, że na kolejną książkę będziemy czekać równie długo?
– Nie, obiecuję! (śmiech) Mam nadzieję mieć gotową powieść w ciągu dwóch lat. To jest w zasadzie kwestia dyscypliny, której czasem mi brakuje. Wiem jednak, że rozwlekanie pracy nad książką wcale nie jest dla mnie dobre – ani mentalnie, ani finansowo. Mam zresztą psa, którego kocham całym sercem, ale któremu ciągle coś dolega, więc jest dość drogi w utrzymaniu. To zatem jeden z wielu powodów, dla których muszę szybko napisać następną książkę.
Rozmawiał Przemysław Poznański

