Przeżyłem niezły wstrząs w mentalu, oglądając dzień po dniu dwa filmy pod tym samym tytułem i z tą samą mniej więcej historią. Jeden z 2024, drugi z 1989. Niby to samo, a jakże inaczej zapodane. Jak nowy partner czy partnerka… Takie remasteringi to ja rozumiem. Klon, który odkleja się od oryginału, przestaje być klonem – pisze w marcowym felietonie Dawid Kornaga.

Obydwa filmy dobitnie pokazują, co zmieniło się w naszej mentalności przez ostatnie ponad trzydzieści lat. Zazdroszczę historykom, na przykład tym z 2648, że zyskają (oprócz terabajtów youtube’ów i tiktoków) tyle dodatkowych, wartkich źródeł wiedzy o naszej teraźniejszości. O ile świat nadal będzie wtedy istniał. To już nie nasz problem, podobnie jak problemu nie ma mumia Lenina, która nie musi się troszczyć o wikt i opierunek.
Filmu z 1989 pod tytułem Road House (świetny polski tytuł Wykidajło) nie miałem szansy obejrzeć w kinie. Po prostu nie wpuściliby mnie na niego. Bijatyki, cycki, noże, o nie, to nie dla dzieciaka z końcówki podstawówki, jeśli ma ambicję na wyższą edukację oraz ogólne egzystencjalne ogarnięcie się: aby nie wyjść na innych, tylko na swoje.
Road House z 2024 już w trybie dojrzałym zaliczyłem w streamingu. Uważam, że ta wersja wcale nie jest gorsza od swojej poprzedniczki. Co sugeruje w sieci kilku zapalczywych retrorecenzentów, dla których przeszłość zawsze będzie lepsza niż współczesność, kasety lepsze od muzyki w chmurze itd. Proszę sprawdzić ich teksty w sieci, oczy opadają.
Najnowsza fabuła Road House ma inną lokację, powiedziałbym, że nawet lepszą niż poprzedniczka (amerykańskie zadupie zwane Jasper), bo na Florydzie, niedaleko plaży. Inny typ mięśniaków pilnujących porządku w przydrożnej knajpie oraz inny flow inscenizacji pojedynków — w porównaniu z oryginałem to prawdziwa rakieta. Z mistrzowskim montażem i wcale niegłupimi dialogami; dużo tu bon motów, bitnych konstatacji. Są ciosy niespodziewane, ciosy za ciosy, krew się fotogenicznie leje od początku do końca seansu. Lecz nie tylko. Żal się robi głównego protagonisty Daltona, który mógłby być wykładowcą filozofii na Uniwersytecie Yale i zapodawać cięte konstatacje o życiu i przeżyciu, a zamiast tego musi bezpardonowo masakrować oponentów nie za pomocą retoryki, tylko mocno zaciśniętych pięści. Nie wykluczając innych bolesnych patentów, bo ci źli, wiadomo, gardzą kodeksem karnym.
Kino idzie wciąż do przodu. Mimo wielu przewidywalnych niewypałów przez nadmiar produkcji. Kino jest bowiem machiną wojenną, udoskonala się technicznie, czasem obnaża swoje braki w psychologii postaci, czasem zaś świetnie oddaje wszystko i zwyczajnie świetnie się je przyswaja, czyli ogląda. Musi pędzić bez przerw na reklamę, proponować nowości za nowościami. Kto nie zobaczy tego, co dzisiaj, musi koniecznie zobaczyć to, co jutro.
Mnie jednak oszołomił pierwowzór z 1989. Wprawił w mocny dysonans poznawczy. Przez jakieś niby to ważne, a może jednak nieistotne szczegóły. Takie, co to właśnie mimowolnie sugerują cancel culture, czyli kulturę unieważniania. Resztkami sił próbuję zachować historyczny dystans. Nie poddać się łatwym wnioskom, gdyż łatwo teraz mówić o tym, co kiedyś. A to kiedyś nie może się już bronić. Jak właśnie w tym filmie.
Oto rasowy wykidajło, grany przez Patricka Swayze, jak gdyby nigdy nic popala sobie papierochy. Dosłownie przez cały film. Przecieram oczy, kiedy widzę go w jednej ujmującej scenie, w której ćwiczy niczym mistrz kung-fu, wyciska ostatnie poty, wali w worek treningowy jak prokuratura w były już Fundusz Sprawiedliwości, robi uderzenia z półobrotu, po czym… jara szluga na randce ze zjawiskową blondynką. Tak sobie mile gadają, a wykidajło na luzaku robi swoje przy przyszłej potencjalnie kobiecie swojego życia. Normalnie żul. Nie ktoś, z kim chcemy się utożsamić, by kibicować mu do krwawego happy endu (przynajmniej dla niektórych).
Ale właśnie o to chodzi. Takie były wtedy czasy. Zaledwie trzydzieści pięć lat temu. Putin szczurzył jako agent KGB w Berlinie Wschodnim. Wałęsa ogarniał Okrągły Stół. Iron Maiden nagrywał ósmy studyjny album. Nie możemy tego negować. Pewnie dzisiaj Dalton sięgałby po e-papierosy. Naprawdę? Bo jak to tak, ultrasprawny mężczyzna, bitny i wrażliwy, potencjalny Avengers w dowolnej wersji, spocony po treningu, z ujmującą muskulaturą, a sobie dymek funduje, jeszcze zionie nim jak wawelski patosmok prosto w dziubek swojej randki. Dalton, wredne, zjarane liquidami dziecko swoich czasów, bramkarz reżimu testosteronowych mężczyzn, którzy ustawiają życie innym. Zwłaszcza kobietom.
Tak że sami widzicie, wiele może się zadziać podczas seansu Wykidajły z 1989. U nas wtedy komuna poszła precz jak niedawno rządy Zjednoczonej Prawicy (szczególnie zjednoczonej w dojeniu państwa na różne sposoby, o czym zapewne dowiemy się wkrótce z kolejnych akcji ABW i śledztw prokuratury krajowej), a gdzieś tam w bogatej Ameryce ludzie angażowali się w poważne mordobicia, by pokazać, kto jest głównym rozgrywającym w jakiejś knajpie dla rasowych ćwoków.
Oby nigdy więcej.
Przeczytaj także:

