I po świętach, po prezentach. Jako człowiek z wymyślania i pisania żyjący, ogromnie popieram i popierać będę przekaz reklamowy wszystkich wydawnictw, blogerów, booktokerów, bookstagramerów oraz innych mistrzyń i mistrzów promowania czytelnictwa, że jednym z najlepszych prezentów są książki. Jednak, żeby nie było, sam wcale nie lubię ich dostawać – pisze w grudniowym felietonie Dawid Kornaga.

Przepraszam przy tym wszystkich bliskich, którzy mnie nimi dotychczas obdarowali. Już wyjaśniam, co i jak, żeby nie narazić się na falę uzasadnionego hejtu. Z nim, jak wiemy, nie ma żartu, stajesz się ofiarą w wyniku kilkunastu komentarzy i właściwie po tobie, piekło Dantego to przy tym delikatna wyprawka. Możesz coś tam jeszcze bąkać na swoje usprawiedliwienie, lecz wszystkie grzechy niewybaczone, zaś surowe wyroki ostatecznie wydane, szansa na odwołanie uniemożliwiona, pozostaje zgłosić się do socialowego więzienia i tam odbyć karę przez wiele miesięcy bez jakiegokolwiek lajka, udostępnienia, do tego dodatkowy karcer, bo ani żadnej rolki, ani relacji.
To jak to jest z tymi książkami w prezencie? Książka, praktycznie każda w miarę dobrze napisana, przedstawia wartość samą w sobie, wartość, która buduje nasz język, inspiruje, odkrywa nowe. Morze atramentu przelano przez wieki, by stanęła na szczycie edukacji. Sprawa jest bezdyskusyjna jak istnienie przyciągania ziemskiego; książka przyciąga raczej to, co lepsze.
Bywają książki złe
Ale bywają książki, które są złe. Nie tyle źle napisane (to też często), ale zło promujące. Przekonanie o jedynej wizji świata, wykluczające wszelkie inne zapatrywania, poglądy, odczucia. Mein Kampf, pierwszy z brzegu przykład czegoś tak straszliwego, a jednocześnie destrukcyjnego, że za taką książkę pod choinkę to ja dziękuję. A był czas, że prawie każda niemiecka rodzina, chcąc nie chcąc, musiała ją mieć, począwszy od par młodych, którym wręczano „dzieło” Hitlera jako obligatoryjny prezent od państwa, a skończywszy na stadłach staruszków, pomnych destrukcji pierwszej wojny światowej i przerażonych tym, co wódz zamierza im znów zafundować.
Powyższy przykład jest ekstremalny, nie ukrywam. Jest jednak wierzchołkiem góry poukładanych jedna na drugiej książek, których niekoniecznie spodziewalibyśmy się jako podarunki. Książki pełne teologicznego szaleństwa, które chcą narzucić światu jedynie słuszną wiarę. Książki kucharskie, wymiotujące ostrymi dietami w imię bycia lepszym niż inni, bo tylko roślinki i powietrze. Wreszcie książki zwyczajnie źle napisane, zwiotczałe mentalnie, bez liftingu redaktorskiego i stylistycznego nawilżania, mdłe dramaturgicznie jak próchniejące gałęzie jakiegokolwiek konceptu, co to miał w zamierzeniu coś, a zostało mu nic.
Książka, pomimo uwikłania w złe relacje, na szczęście potrafi się bronić. Od deski do deski.
Przeczytaj także:
Artefakt zwany książką
W czasach streamingu filmowego, nieprawdopodobnej jak nigdy dotąd dostępności fabuły na wyciągnięcie karty kredytowej, w czasach platform czytelniczych, gwarantujących w ramach abonamentu wgląd do setek tysięcy książek, w tym „od groma” nowości, artefakt zwany książką tym bardziej nabrał unikalnej wartości. Jakby pochodził z jakiejś undergroundowej niszy, w której krzewi się tradycyjne wartości bez oglądania się na progres świata, digitalizację, tiktokizację i inną -ację. „Książka, przyjaciółka amisza”, napisałby krnąbrny młodziak-copywriter. Tak czy owak, książka przestaje być tradycyjnym tworem z papieru, dzieckiem Gutenberga; jest nim, ale bywa także czymś radykalnie innym, choć nadal mocno tym samym.
Nie ukrywam, kocham ebooki. Gdziekolwiek się wybieram, mam przy sobie czytnik. A w nim aktualnie czytaną powieść. Lecz jako prozaik nie potrafię ukryć po raz któryś tam z rzędu autentycznego wzruszenia, kiedy jeszcze przed premierą otrzymałem autorskie egzemplarze swojej najnowszej powieści Miłość i zbrodnie w czasie wolnym. Nie chodzi o zapach papieru czy okładkę. Choć dla niektórych to ważne i nic mi do tego. Dla mnie to bardziej kwestia trzymania i obcowania z produktem, rzeczą, a nawet ideą. Czymś fizycznie oraz intensywnie namacalnym, czego ebook, nawet żeby zaparł się jak przy swoim (niczym ostatnio PiS) nie odda. Reprezentuje tę samą fabułę, za to nie da się nim frywolnie przekartkować. A to ciekawe doznanie, nie powiem.
Książka, czyli sprawa intymna
Powiem natomiast, że nie lubię dostawać książek w prezencie, lubię bowiem sprawiać je sobie sam. Dlatego nawet w promocji Miłości i zbrodni… postawiłem na komunikat, że jeśli już chcesz mieć tę powieść, to lepiej sprezentuj ją sobie samemu niż poprzez pośredników-elfów. Nie znaczy to, że mają na to bana. Wręcz przeciwnie. W każdym razie książka jest dla mnie sprawą intymną. Jest na Tinderze, na którym się z nią matchuję, umawiam na randkę. Po niej okaże się, czy pasujemy do siebie. Nie chcę „darowanej”. Jeśli otrzymam, nie będę protestował, to niegrzeczne.
Dawajmy książki w prezencie. Jeśli mamy pomysł na inne patenty, warto je rozważyć. Książki za bardzo wchodzą w „mental”, by traktować je powierzchownie. To prezenty z zobowiązującą odpowiedzialnością. Więc zawsze traktujmy je w ten sposób. Obdarowani, a tym bardziej nimi nieobdarowani na pewno to docenią.

