artykuł recenzja

Cena wolności | Rene Karabasz, Zanim dojrzeją granaty

„Zanim dojrzeją granaty” Rene Karabasz to uniwersalna opowieść o cenie wolności. Cenie, jaką jednostka płaci w świecie ograniczanym ramami odgórnie narzuconych rygorystycznych zasad. Ale to też opowieść o ponadczasowej miłości, która wiele z ograniczeń potrafi przełamać – pisze Przemysław Poznański.

Powieść bułgarskiej pisarki czytać można na dwóch poziomach, doskonale zresztą w książce rozdzielonych, choć nie w sposób oczywisty. Pierwszy poziom, widoczny od razu, zbudowany jest na pewnej egzotyczności, obserwowanej tu z punktu widzenia iście reporterskiego zdziwienia opisywaną rzeczywistością albańskiej prowincji. Zdziwienia prawem Kanunu, które tu reguluje miłość, honor, nawet poczucie tożsamości, stając się tyleż kodeksem moralności, co fatum wyznaczającym precyzyjnie los każdego członka społeczności, od poczęcia aż do śmierci (najlepiej od kuli, gorzej, gdy z powodu choroby). Los każdego mężczyzny, a tym bardziej każdej kobiety, sprowadzonej w tym patriarchalnym społeczeństwie wyłącznie do roli żony i matki.

Na tym poziomie poruszamy się głównie w ramach wyznaczanych przez wszystko to, co wcześniej nieznane, niezwykłe, stanowiące ciekawostkę, szokujące odmiennością, niezrozumiałe, ale jednocześnie konsekwentne w swej inności. W tej części opowieści –snutej tu zresztą językiem na pograniczu prozy i poezji, językiem pragnień, oczekiwań, marzeń w oczywisty sposób w tej konkretnej rzeczywistości nieosiągalnych – chłoniemy więc głównie emocje bohaterki wynikające z tego, że zdecydowała się zostać wirgineszą, a więc zadeklarowaną dziewicą, która przybiera męskie imię i tym samym przyjmuje na siebie męską rolę, rozumianą w kontekście wykonywanych prac i przyjęcia na siebie roli głowy rodziny. „Dali mi pistolet i zegarek, mogłam już palić i pić” – czytamy.

Zabiłam Bekię

Tak właśnie narratorka i główna bohaterka Bekia staje się Matją. „Zabija Bekię” – jak mówi. Zamiast wyjść za maż i rodzić dzieci, „odrzuca na zawsze kobietę w sobie”, odrzuca więc w sposób jednoznaczny całą swoją dotychczasową tożsamość, płacąc tym samym pierwszą cenę za pewien rodzaj zaoferowanej jej w zamian wolności. Nie ma w tej decyzji zresztą nic łatwego, wiąże się z nią bowiem cały bagaż oczywistych dla narratorki następstw, zdarzeń ostatecznych, bagaż śmierci – tych, którym może zapobiec i tych nieodwołalnych. Wybiera ten los, godząc się z zasadą, że „dom jest tam, gdzie ci obcięto skrzydła”.

Ta część opowieści jest w pewnym sensie wywiadem, bo słowa narratorki – sugerujące język mówiony, urywane więc, nie dbające o wielkie litery, interpunkcję, początki i końce zdań – kierowane są do reporterki, która przybywa do niej, by napisać o ostatniej być może, żyjącej na tamtym terenie, zaprzysiężonej dziewicy. Cokolwiek tu zatem usłyszymy, przefiltrowane zostanie przez autocenzurę, a może i przez sito recepcji dziennikarki. I choć zdaje się, że Matja nie kryje przed nami niczego, co istotne, zwierzając się nawet z tego, że zachował(a) jedną z sukien, choć wszystkie powinien(-nna) był spalić, to przecież przez cały czas pozostajemy w hermetycznym świecie miejsca i czasu, naznaczonego ową egzotycznością.

Myśli o Salem i Danie

Ale uniwersalizm powieści Karabasz widoczny jest najbardziej, gdy odrzucimy tę otoczkę pewnej ciekawostkowości, gdy znika rozmówczyni bohaterki, owa figura lustra, i narratorka zostanie sam na sam ze sobą. Ze swoimi myślami o bracie, Salem, a przede wszystkim może o Danie, której oddech pachniał zawsze świeżo wypitym mlekiem. W tym momencie – także w sposób dosłowny – pękają dotychczasowe ramy opowieści. To, co niezwykłe, co narzucone przez Kanun, zostaje co prawda na poziomie przyczynowości wcześniejszych zdarzeń, mających konkretne konsekwencje dla teraźniejszości, ale bodźce kierujące bohaterką wpisują się w znacznie bliższy nam katalog doznań.        

Opowieść o determinizmie ludzkiego losu, o świecie, w którym zanegowana została wolna wola, bo jednostkowość wypierana jest na rzecz kolektywizmu, zmienia się tym samym w opowieść o próbie zdefiniowania siebie na nowo. I to już nie w zgodzie z narzuconym prawem czy w kontrze do niego, ale na dużo bardziej uniwersalnym poziomie. Poziomie wyznaczanym przeplatającą się tu od początku, a teraz dopuszczoną do głosu miłością. Rene Karabasz stawia bowiem na ponadczasowe uczucie, które de facto w znaczącym stopniu wpływało zawsze na decyzje i los bohaterki, ale zostało stłamszone wraz z „zabiciem” Bekii.

„Nie ma dnia, w którym”

Miłość – wypierana, skrywana, może nawet nieuświadomiona – okazje się w istocie rzeczy w powieści Rene Krabasz jedynym ważnym motorem zdarzeń. „Jaka miłość, kto tu mówi o miłości, miłość na naszych terenach jest równa śmierci” – powie narratorka do reporterki. Ale gdy przyjdzie właściwy moment, gdy już uzna, że może być sobą, stwierdzi bez wahania: „kocham cię / kocham cię // nie ma dnia, w którym”

Ta próba zrzucenia balastu „męskości”, zasad Kanunu, narzuconej tożsamości (ubrana tu także w znakomitą scenę, pokazującą to w sposób jak najbardziej dosłowny) decyduje o przesłaniu powieści. Rene Karabasz mówi nam bowiem w „Zanim dojrzeją granaty” o stłamszeniu wolności jednostki wynikającym z obyczajowości, społecznych ról płci czy seksualności. Ale i o tym, że czasem możliwe jest przełamanie tych barier, że – na którymś z poziomów, nawet jeśli tylko poziomie wciąż skrywanych emocji – sami decydujemy o swojej tożsamości, o imieniu, które chcemy nosić.

Rene Karabasz, Zanim dojrzeją granaty (Остайница)
Tłumaczenie Mariola Mikołajczak
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 22 lutego 2022
ISBN: 9788367616331

„Sworn Virgin” (Остайница) by Rene Karabash is a universal story about the price of freedom that an individual pays in a world limited by the framework of top-down strict rules. But it is also a story about timeless love, which is able to overcome many of the limitations,” writes Przemysław Poznański.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: