wywiad

Max Czornyj: Czyste zło nie istnieje | Rozmawia Przemysław Poznański

Nawet najbardziej psychopatyczne osobowości starają się motywować swoje zachowanie jakimś opacznie rozumianym dobrem. Po kilku tygodniach spędzonych niemal bez przerwy w umyśle Kolanowskiego trudno mi go jasno ocenić. Rzecz jasna, był zwyrodniałym, sadystycznym socjopatą, który ulegał chorym popędom, lecz jednocześnie bywał uroczym mężczyzną, który potrafił, prawdopodobnie bez złych intencji, zdobywać sympatię kobiet. Dychotomia czy też rozdwojenie osobowości? Obłęd? Raczej wieloaspektowość charakteru, w którym na szali wyborów moralnych przeważyła potrzeba zaspokojenia własnego popędu. To opacznie rozumiane dobro – mówi Max Czornyj*, autor powieści „Zimny chirurg”. Rozmawia Przemysław Poznański.

Max Czornyj, fot. Bartosz Pussak

Przemysław Poznański: W „Zimnym chirurgu” sięga pan, po opisanym wcześniej w „Rzeźniku” Józefie Cyppku, po kolejnego seryjnego zabójcę. W posłowiu zaznacza pan jednak, że pisanie o Edmundzie Kolanowskim było zupełnie inną pracą, bo w tym przypadku znane są wszystkie fakty dotyczące dokonanych przez niego zabójstw oraz aktów nekrofilii i bezczeszczenia zwłok. Co w takim razie było największym wyzwaniem przy pisaniu najnowszej powieści, skoro nie docieranie do nieznanych faktów? Sama zagadka psychiki bohatera?

Max Czornyj: Zarówno w przypadku „Rzeźnika” jak i „Zimnego chirurga” największe wyzwanie stanowiło wniknięcie w psychikę oszalałego umysłu. Liczne zachowane dokumenty pozwoliły dokonać tego w tym drugim przypadku na wskroś autentycznie. Odsłuchane przeze mnie nagrania Kolanowskiego sprawiły, że w trakcie pisania to jego głos rozbrzmiewał w mojej głowie. Początkowo spisywałem historię używając nawet jego stylistyki. Jednak zarzuciłem to w obawie iż zabieg ten mógłby wpłynąć na czytelniczą przyswajalność tekstu – wszak język mówiony głęboko odbiega od literackiego. Mimo to jestem przekonany, że niejednokrotnie moje myśli dokładnie pokryły się z jego myślami. Mogłem to uczynić jeszcze wiarygodniej niż w „Rzeźniku”.

Pragnąłem, aby w trakcie lektury również percepcja czytelnika jak najbardziej pokryła się z postrzeganiem rzeczywistości przez psychopatę. To właśnie stanowiło największe wyzwanie i po jego owocach chciałbym zostać poznany oraz oceniony przez czytelników.

Sięgnięcie po postać Kolanowskiego wiąże się jednak z tym ryzykiem, że jego sprawa jest właśnie dość dobrze znana, szczegółowo opisali ją choćby w książce reportażowej „Martwe ciała” Michał Larek i Waldemar Ciszak. Pana powieść trzyma więc w napięciu głównie dzięki próbie przeniknięcia do mrocznego umysłu bohatera. Czy jednak mimo to szukał pan faktów mniej znanych? Choćby z młodości Kolanowskiego?

– Chcąc wniknąć w psychikę Kolanowskiego istotnym było przeanalizowanie wszelkich dostępnych faktów z jego życia, a także dokumentów, w tym chociażby opinii biegłych psychiatrów oraz psychologów. Dopiero wszechstronne zetknięcie się z jego osobowością pozwoliło mi stworzyć obraz wielowymiarowy. Do tego obraz możliwie zgodny z pierwowzorem. W końcu nikt nie rodzi się seryjnym zabójcą. Często, zdawać by się mogło, dość nieistotne wydarzenia stanowią zalążek długotrwałych, patologicznych procesów prowadzących do eskalacji Zła. 

Po raz kolejny pisze pan powieść o autentycznym zabójcy, przy użyciu narracji pierwszoosobowej niejako wcielając się w niego samego, mówiąc jego głosem. Stworzył pan swoisty rodzaj „autobiografii” tego antybohatera. Tymczasem z historii Edmunda Kolanowskiego stworzyć można było też choćby rasowy kryminał czy policyjny thriller. Dlaczego właśnie taki wybór?

– Otarcie się o psychikę szaleńca stanowi, lekko mówiąc, nietuzinkowe doświadczenie. Dostarcza emocji całkowicie odmiennych od tych, których dostarcza tworzenie thrillerów bądź kryminałów. Jednocześnie jest to intrygujące wyzwanie, a te stanowią dla mnie szczególną motywację. Ponadto taka fabuła jest bodźcem dogłębnie pobudzającym wyobraźnię u czytelników. Jednym z najlepszych komplementów jest ten, iż w trakcie lektury również czytelnicy przenoszą się w głąb osobowości mordercy. To unikalne i przerażające zarazem. 

Czy żeby wejść w umysł wielokrotnego zabójcy i bezwzględnego dewianta, pisarz musi więcej w sobie zamknąć, np. zapominając o empatii wobec ofiar lub hamując zwykły odruch odrazy, czy raczej ­otworzyć, choćby próbując sobie wyobrazić, co w ogóle można czuć po dokonaniu zabójstwa?

– W trakcie spisywania „Zimnego chirurga” starałem się całkowicie wystrzegać jakiejkolwiek analizy. Myśli Kolanowskiego miały stać się moimi myślami. Patrzyłem na świat z jego perspektywy. Nie mogłem rozbierać jej na pojedyncze elementy. Wszystko musiało zlać się w jednolitą całość: moje spostrzeżenia, moje sny, mój odbiór rzeczywistości. Wielokrotnie mawiałem o pisarskiej metodzie Stanisławskiego i w tym przypadku zastosowałem ją po raz kolejny. 

Max Czornyj, fot. Bartosz Pussak

W jakim stopniu kierował się pan tym, co znalazł w aktach sprawy, a w jakim własną pisarską intuicją?

– Akta sprawy oraz inne dokumenty pozwoliły stworzyć ramę fabuły, natomiast intuicja i wyobraźnia wypełniły ją treścią. Samo obcowanie z dokumentami kreśli portret bohatera czy też antybohatera. Jednak dopiero ich głęboka kontemplacja sprawia, ze możemy utożsamić się z jego psychiką. Ewentualna intuicja uwiarygadnia ten proces.

Dlatego wierzę, że czytelnicy uznają, że miałem jej wystarczająco wiele. Już przy pierwszych recenzjach czytam o konieczności dozowania lektury ze względu na spozierający z niej obłęd. Odbieram to jako komplement.

Czasem jednak odnajduje pan w Kolanowskim nie tylko bezwzględnego złoczyńcę, ale też człowieka – jak choćby wtedy, gdy jednak trochę żałuje zabicia trzynastoletniej Aliny. Albo gdy wiąże się z kobietami, z którymi zdaje się być przez jakiś moment szczęśliwy, a nawet dawać im szczęście. Ale w scenie, w której o mało nie zostaje przyłapany na cmentarzu i boi się wrócić na miejsce zbrodni, mimo odczuwanego podniecenia, jest już raczej jak zapędzone do klatki dzikie zwierzę, drapieżnik. Kim był Kolanowski, ile było w nim z człowieka takiego jak inni, a ile z ludzkiej bestii?

Max Czornyj, Zimny chirurg, Filia 2020

– Czyste zło nie istnieje. Nawet najbardziej psychopatyczne osobowości starają się motywować swoje zachowanie jakimś opacznie rozumianym dobrem. Zresztą odpowiedź na to pytanie wymaga wniknięcia w zagadnienie istoty dobra oraz zła albo nawet teodycei. Natomiast po kilku tygodniach spędzonych niemal bez przerwy w umyśle Kolanowskiego trudno mi go jasno ocenić. Rzecz jasna, był zwyrodniałym, sadystycznym socjopatą, który ulegał chorym popędom, lecz jednocześnie bywał uroczym mężczyzną, który potrafił, prawdopodobnie bez złych intencji, zdobywać sympatię kobiet. Dychotomia czy też rozdwojenie osobowości? Obłęd? Raczej wieloaspektowość charakteru, w którym na szali wyborów moralnych przeważyła potrzeba zaspokojenia własnego popędu. To opacznie rozumiane dobro.

Znów nie stroni pan od opisów przemocy, wszelkie zbrodnie oraz akty nekrofilii są szczegółowo opisane, co w tym przypadku pokazuje odczłowieczenie Kolanowskiego, jego absolutny brak współczucia dla ofiar. Gdy poprzednio rozmawialiśmy mówił pan: „zawsze, gdy światło mojej wyobraźni padnie na zwłoki, będę je opisywał i dzielił się swoją traumą z odbiorcami. Może ma to też wymiar autoterapii”. Tu, w samym opisie okrucieństwa, nie trzeba było wyobraźni – to łatwiejsze w opisie czy trudniejsze?

– Zarówno w „Rzeźniku” jak i „ Zimnym chirurgu” starałem się patrzeć na świat oczami zwyrodniałych bohaterów. Nie dokonywałem cenzury tego, co napawało ich najgłębszym podnieceniem. Stąd wzięła się również kilkukrotna zmiana czasu narracji. Aby podkreślić napięcie jakie zachodziło w głowie sprawcy niektóre sceny postanowiłem spisywać w czasie teraźniejszym. Czasem natomiast stosowałem narrację trzecioosobową, gdyż byłem przekonany, że i moi bohaterowie w danych momentach niejako wyzbywali się swoich osobowości, a przepełniał ich tylko i wyłączenie popęd. 

Być może znacznie łatwiej, a z pewnością mniej obrazoburczo, byłoby na niektóre sceny spuścić zasłonę milczenia. Jednak odbyłoby się to ze szkodą dla realizmu historii i impresji moich oraz czytelnika, a tego pragnąłem za wszelką cenę uniknąć. 

Na ile utrudnieniem mógł być fakt, że pisząc o ofiarach musiał pan odnosić się do konkretnych osób, które kiedyś żyły naprawdę, miały bliskich, rodziny? Czy istnieje granica, której autor powieści opartej na faktach nie powinien przekroczyć?

– Gdybyśmy stawiali granice, nie powstałoby wiele filmów dokumentalnych, reportaży ani relacji, które z perspektywy lat mają już przede wszystkim wartość historyczną. I tą wartością historyczną staram się poniekąd usprawiedliwić. Nie zamierzałem szokować, a chciałem jak najsolenniej przekazać zamierzony koncept. 

Max Czornyj, fot. Bartosz Pussak

Przestrzec przed podobnymi szaleńcami? 

– Być może też.

Jest pan pisarzem płodnym, nie brakuje panu wyobraźni – dlaczego więc sięga pan po autentyczne sprawy? Ich pisanie jest łatwiejsze czy wręcz przeciwnie – stanowi większe wyzwanie?

– Próba zetknięcia się z psychopatyczną osobowością z pewnością stanowi wyzwanie. Sprawy oparte na faktach są ponadto szczególnie obciążające psychicznie. Pewna trudność wiąże się z niemożnością puszczenia wodzów wyobraźni i podążenia wyznaczoną przez nią ścieżką. To główne wyzwanie względem fabuł nieopartych na faktach. Stąd ciężar pisarskiej przyjemności przenosi się z wolności twórczej na emocje emanujące z procesu związanego z wnikaniem w psychikę sprawcy. To w pełni rekompensuje trudności związane z podjętym projektem. 

Powieści na faktach, rasowe kryminały, a niedawno powieść „Córka nazisty”, obyczajowa, daleka od tego, z czego był pan znany. Max Czornyj nie chce się dać zaszufladkować?

– Nigdy nie chciałem zostać zaszufladkowany. Monotematyczność zawsze jest szkodliwa. Już przy trzeciej książce zmieniłem gatunek z klasycznego, choć zapewne charakteryzującego się okrucieństwem, kryminału na thriller psychologiczny. Musimy pamiętać, że to dwa całkowicie odmienne gatunki.

Po opublikowaniu kilkunastu książek naturalnym wydaje mi się meandrowanie między tematami, gatunkami orz przesłaniami, bo każda moja książka niesie mniej lub bardziej umyślne przesłanie. Co więcej, zmiana gatunku pozwala trafić do nowych odbiorców. Jestem opowiadaczem historii. Lubię wzbudzać dreszcz emocji u jak największej liczby słuchaczy. 

Nad czym pracuje pan teraz?

– Jak zawsze nad swoimi emocjami. Jeżeli pobudzę je właściwie, pobudzę je również u czytelników. Nasze umysły splatają się przecież nawet przy lekturze tego wywiadu.

Rozmawiał Przemysław Poznański

*Max Czornyj – adwokat i pisarz. Praktykował prawo w Polsce i we Włoszech. Autor thrillerów z cyklu o komisarzu Eryku Deryle, a także powieści „Najszczęśliwsza”, „Inna” oraz „Ślepiec” i „Grób”, w których występuje duet komisarz Liza Langer i profiler Orest Rembert. Jest tez autorem powieści opartych na biografiach znanych zabójców – „Rzeźnik” i najnowszy „Zimny chirurg”.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: