Reklamy
artykuł

Fragment powieści Kathryn Croft „Poza kontrolą” | Premiera 16 października

„Gapię się w kubek, unikając badawczego wzroku policjanta. Jeśli na niego spojrzę, stracę panowanie nad sobą. Pewnie byłoby dobrze, gdybym się rozpłakała, okazała skruchę. Ale nie uronię ani jednej łzy, dopóki nie zostanę sama. Mam krew na rękach i muszę ponieść konsekwencje”. Przeczytajcie fragment powieści Kathryn Croft „Poza kontrolą”, która ukaże się 16 października nakładem wydawnictwa Burda Książki.

Prolog

Teraz

Jestem żoną. Matką. Przyjaciółką. A teraz również morderczynią.

Siedzący naprzeciwko sierżant Connolly kręci głową. Pochyla się ku mnie z rękami skrzyżowanymi na piersi. To przystojny mężczyzna, ale gdy na niego patrzę, widzę tylko policjanta, który ma dopilnować, bym zapłaciła za to, co zrobiłam.

Czy w jego oczach czai się smutek? Z pewnością nie sprawia wrażenia ucieszonego. Czy mi współczuje, bo nie wyglądam i nie zachowuję się jak ktoś, kto odebrał życie drugiemu człowiekowi? A zresztą jak wygląda morderca? Kiedyś odpowiedziałabym na to pytanie bez wahania. Opisałabym kogoś o dzikim lub pustym spojrzeniu, nie do końca normalnego. Te- raz wiem, że jest inaczej.

– Czy rozumiesz, co się dzieje? – pyta sierżant Connolly. – Rozumiesz, że zostałaś oskarżona o morderstwo?

Morderstwo. To dziwne słowo. Zapewne padło setki razy w tym zimnym, sterylnym pomieszczeniu, a jednak wydaje się tutaj nie na miejscu. Podobnie jak ja. Kiwam głową, ale sierżant Connolly nie wygląda na przekonanego. Być może sądzi, że jestem stuknięta, że powołam się na chwilową niepoczytalność. Ale się myli. Jeszcze nigdy nie myślałam tak trzeźwo jak teraz.

Jego koleżanka, której nazwisko już zdążyłam zapomnieć, gapi się na mnie w milczeniu. Odwracam wzrok, żeby nie widzieć jej krytycznej miny, i przenoszę spojrzenie z powrotem na mężczyznę.

– Jesteś pewna, że nie chcesz, aby przy przesłuchaniu był obecny adwokat? – pyta.

Znowu potakuję, ale on wciąż marszczy brwi. Jest dla mnie miły, bo widzi, że chcę współpracować. Nie robię zamieszania i nie narzekam. Obejrzałam wystarczająco dużo filmów w telewizji, aby wiedzieć, że powinnam zażądać adwokata, ale właściwie po co miałabym to robić? Przecież jestem dla nich idealną podejrzaną. Czy to właściwe określenie? Cóż, tak czy inaczej to kolejna etykietka, którą będę musiała nosić.

W końcu sierżant Connolly wzrusza ramionami i przesuwa w moją stronę styropianowy kubeczek, który wcześniej dla mnie przyniósł. Herbata już pewnie wystygła, ale zmuszam się, żeby wziąć łyk. Płyn jest nijaki, jakby moje kubki smakowe ogarnęło odrętwienie. Całe ciało mam sparaliżowane przez świadomość tego, co zrobiłam.

Gapię się w kubek, unikając badawczego wzroku policjanta. Jeśli na niego spojrzę, stracę panowanie nad sobą. Pewnie byłoby dobrze, gdybym się rozpłakała, okazała skruchę. Ale nie uronię ani jednej łzy, dopóki nie zostanę sama. Mam krew na rękach i muszę ponieść konsekwencje.

Kobieta przegląda jakieś papiery i w końcu zerka na ko- legę.

– W porządku – zaczyna sierżant Connolly. – Jesteś gotowa? Opowiesz nam wszystko? Będziemy to nagrywać. – Wskazuje na magnetofon leżący na stole.

Urządzenie zawiera trzy taśmy i wygląda, jakby pochodziło z minionej epoki, ale staram się to zignorować i skupiam wzrok na policjancie.

Odsuwam na bok kubek z herbatą i kiwam głową.

– Jestem gotowa.

1

Trzy miesiące wcześniej

Szeroko otwieram drzwi wejściowe, z idiotycznym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Biorę głęboki wdech i przygotowuję się psychicznie na kolejne starcie. Ile razy już to robiłam? Powinno być coraz łatwiej, prawda? A jednak serce zaczyna walić mi w piersi, a wnętrza dłoni pokrywają się lep- ką warstewką potu.

– Gdzie jest tata? Mówił, że dzisiaj wróci wcześniej. – Dillon przepycha się obok mnie i rzuca plecak na ziemię.

– Podnieś go, Dillon. Wiesz, gdzie jest jego miejsce. – I tak zaczyna się nasza dzisiejsza kłótnia.

Ja próbuję utwierdzić swój autorytet, a on go podważa, jak zwykle krzycząc: „Nie możesz mi mówić, co mam robić, nie jesteś moją mamą!”. Ale znoszę to w nadziei, że jeśli będę postępować konsekwentnie i z determinacją, sytuacja się poprawi.

Dillon jest wyższy ode mnie i bez butów na obcasie czuję się przy nim niepewnie, ale nie dam się zastraszyć. Będę go dyscyplinować, nawet jeśli stoję na niepewnym gruncie, bo ten dom należy bardziej do niego niż do mnie. Chcę być dla niego matką, ale w jego oczach jestem tylko uzurpatorką.

Pociesza mnie jedynie to, że w ogóle się do mnie odezwał. Zazwyczaj pod nieobecność Jamesa tylko coś mi odburkuje,

a najczęściej spotykam się z lodowatym milczeniem. Chciałabym móc złożyć to na karb nastoletniej burzy hormonów, ale przy innych Dillon stanowi uosobienie grzeczności. Jest miły nawet dla brata, chociaż piętnastolatkowie zazwyczaj uważa ją młodsze rodzeństwo za utrapienie.

W końcu podnosi plecak i wiesza go na kołku. Obrażony, mamrocze coś pod moim adresem. Ignoruję to i wyjaśniam:

– Twój tata musiał pojechać na sesję zdjęciową. Chyba do Surrey. – Dalej się uśmiecham, chociaż to niełatwe.

Powtarzam sobie, że moja konsekwencja zostanie wynagrodzona.

Ale Dillon już biegnie do kuchni, gdzie czeka na niego Luke, i zatrzaskuje za sobą drzwi. Ja zamykam drzwi wejściowe, biorę głęboki wdech, po czym ruszam za nim. Mam wrażenie, jakbym wkraczała do strefy wojennej.

Chłopcy przycupnęli na wysokich stołkach przy kuchennym blacie i milkną na mój widok. Zerkają na mnie nieufnie. Nie wiem, o co mnie podejrzewają, ale mieli osiem miesięcy, żeby przyzwyczaić się do mojej obecności. To chyba wystarczająco dużo czasu?

Przerabiam z nimi zwyczajowy scenariusz. „Chcecie coś do  picia?”  „Już sobie wzięliśmy ”. „Jesteście głodni?” „Nie”.

„Potrzebujecie pomocy podczas odrabiania pracy domowej?”

„Przestań zrzędzić”. Właściwie nic się nie zmieniło, od kiedy się tu wprowadziłam. Od kiedy zostałam ich matką.

Luke ciągnie brata za rękaw.

– Ale  przecież  tata  obiecał,  że  przyjdzie  dzisiaj  na  mój mecz. – Dillon musiał mu już przekazać nowinę, że James będzie pracował do późna.

Chłopcy są tak samo rozczarowani jak ja.

– Ja przyjdę ci pokibicować. – Mimo że zaproponowałam coś spoza zwyczajowego repertuaru, potrafię przewidzieć rezultat.

Luke tylko mierzy mnie wzrokiem, po czym ostentacyjnie odwraca się do mnie plecami.

– Nie przejmuj się, ja z tobą pójdę – pociesza go Dillon. Pochylają się ku sobie i szepczą konspiracyjnie. Nie mogę mieć pewności, że mnie obgadują – mogą przecież rozmawiać o szkole albo o jakimś programie telewizyjnym – ale świetnie wiedzą, jak wpływa na mnie takie zachowanie.

Nastawiam wodę na herbatę. Czy powinnam dalej próbować? W niektóre dni nie mam na to energii, ale dziś nie zamierzam się poddać.

– Podwiozę cię do ośrodka sportowego – mówię do Luke’a. Nie mogę przegapić okazji do spędzenia z nim odrobiny czasu. – Dillon musi zostać w domu, żeby powtarzać materiał. Niedługo ma egzaminy.

Luke milknie i wbija we mnie wzrok. Już mi się wydaje, że zrobiliśmy jakieś postępy, ale wtedy on krzyczy:

– Nie!

Jego reakcja nie stanowi dla mnie zaskoczenia, a jednak czuję się zraniona.

– Przykro mi, ale to nie podlega dyskusji. Dillon, wiesz, że twój tata chce, abyś wieczorami się uczył. – Przygotowuję się na następną batalię, ale chłopcy tylko zerkają na siebie w milczeniu.

Czyżby naprawdę udało mi się uniknąć kolejnej kłótni? Wrzucam do kubka torebkę z herbatą i uśmiecham się do nich.

– Okej. Kolacja będzie gotowa o szóstej. – Staram się zachować radosny ton; w przeciwnym razie wyczują mój strach i zaczną na nim żerować jak małe szczury.

Luke się krzywi.

– Znowu spaghetti? – pyta.

Sięgam po ścierkę i zwilżam ją pod kranem.

– Owszem, spaghetti. – Nie zamierzam z nimi dyskutować

o jedzeniu.

Szybko się nauczyłam, że to nie ma sensu. Zaledwie w zeszłym tygodniu Luke prosił o spaghetti, więc widzę, co próbuje teraz zrobić.

– Nieważne – mówią równocześnie.

Te same słowa, te same myśli. Byłoby łatwiej, gdyby chociaż jeden z nich mnie lubił. Potrafię zrozumieć opór Luke’a; jak  dwunastolatek  miałby  z  otwartymi  ramionami  powitać nową żonę ojca? Ale nastawienie Dillona mnie zaskakuje. Jego życie wypełniają przyjaciele, nauka i hobby, pewnie ma nawet dziewczynę, więc trudno pojąć, czemu traci tyle energii na walkę ze mną. I wiem, że nie chodzi o tam- ten wypadek.

Podczas gdy chłopcy znowu zaczynają szeptać, ja wycieram blaty. Każda czynność przypomina mi dotkliwie, że to nie jest moja kuchnia. Owszem, czarne granitowe blaty są piękne, ale ja bym takich nie wybrała. Być może są zbyt luksusowe i ekstrawaganckie jak na mój gust? W każdym razie tylko potwierdzają, że tutaj nie pasuję. Jestem w domu innej kobiety i próbuję matkować jej dzieciom.

Gdy kończę sprzątać, orientuję się, że chłopcy zniknęli. Nagle słyszę trzask drzwi frontowych i pędzę do okna salonu, wciąż ściskając w dłoni wilgotną szmatkę.

Widzę, jak uciekają. Nie mają odwagi obejrzeć się za siebie,

żeby sprawdzić, czy udało im się mnie przechytrzyć. Wybiegam na dwór, boso, wykrzykując ich imiona, ale jest za późno. Tę rundę wygrali.

James powtarza, bym dała im trochę czasu. Twierdzi, że się do mnie przyzwyczają. Za każdym razem, gdy to słyszę, gryzę się w język, bo kusi mnie, żeby mu powiedzieć, że nie chcę, by chłopcy się do mnie przyzwyczaili. Ja chcę, żeby mnie polubili. James twierdzi, że przez większość czasu oni nie lubią nawet j e g o, ale oboje wiemy, że mówi tak tylko przez grzeczność.

Przygotowanie kolacji nie zajmie mi dużo czasu, więc mam teraz półtorej godziny dla siebie. Zanoszę herbatę do salonu i padam na sofę. Na sofę Lauren. Na stoliku kawowym leży czasopismo, które kupiłam w sklepie na rogu kilka dni temu, ale wciąż nie udało mi się go przejrzeć. Nie z braku czasu. Po prostu nie potrafię się zrelaksować, gdy w domu panuje taka atmosfera.

Powinnam się pouczyć, ale jestem zbyt zmęczona po po- rannym seminarium, a starcie z chłopcami jeszcze bardziej mnie wyczerpało. Sadowię się wygodniej i zamykam oczy. Przytulam kubek do piersi i próbuję podładować baterie. Muszę się przygotować na następną rundę. Uderza mnie myśl, że po części to ja jestem wszystkiemu winna. Tak bardzo chciałam zostać matką, że nawet nie mrugnęłam okiem, gdy James przyznał, że ma dwoje dzieci.

Dzwoni  moja komórka. Sięgam po nią tak gwałtownie,

że niemal rozlewam herbatę. Nie mogę się doczekać, aż usłyszę przyjazny głos po drugiej stronie linii. To na pewno James. Może okazało się, że jednak wróci wcześniej? Gdy on tu jest, wszystko wygląda lepiej; chłopcy zachowują się przy nim przyzwoicie. Normalnie. Ale to nie imię Jamesa widzę na wyświetlaczu; dzwoni moja przyjaciółka, Bridgette. Nie jestem rozczarowana; rozmowa z nią z pewnością doda mi energii.

– Callie? Jesteś zajęta? Możesz rozmawiać? – Jak zwykle mówi za głośno i muszę ściszyć dźwięk.

Zapewniam ją, że mi nie przeszkadza, a ona z ekscytacją zaczyna o czymś opowiadać. Tak się cieszę, że ją słyszę, iż nie dociera do mnie, co właściwie mówi. Ale pozwalam, by jej głos otulił mnie jak ciepły koc i dodał mi otuchy.

– Coś jest nie tak, prawda? – pyta nagle.

– Nic mi nie jest. Serio.

Słyszę jej ochrypłe kaszlnięcie, rezultat dziesięciu lat palenia papierosów.

– Potrafię wyczuć, gdy źle się czujesz, Callie. Przyznaj, nie dotarło do ciebie ani słowo z tego, co właśnie powiedziałam. Nie mam ci za złe, że się wyłączasz, gdy zaczynam tak trajkotać, ale to znak, że coś jest nie w porządku, więc prze- stań udawać.

Nasze rozmowy zawsze kończą się tym, że ona z niepokojem pyta, w jakim jestem stanie.

– Naprawdę, wszystko w porządku.

– I w domu też?

– James jest wspaniały. Studia dobrze mi idą. Ja…

– Callie, wiesz, co mam na myśli. Czy chłopcy wciąż ci dokuczają?

Milknę. Nie chcę znowu o tym dyskutować. Za każdym razem, gdy rozmawiamy, schodzimy na temat chłopców. Rzadko mi się zdarza o nich nie myśleć, niezależnie od tego, czy są w domu, czy nie.

– Jak zwykle. Ale nie mówmy teraz o tym. Proszę. Próbuję się zrelaksować.

Bridgette się poddaje i zapala kolejnego papierosa. Słyszę, jak zaciąga się dymem.

– Umówmy  się  na  drinka  dziś  wieczorem  –  proponuje. – Mogę wyjść z pracy wcześniej i dojechać na Wimbledon o siódmej. Zadzwonię też do Debbie. Kiedy ostatnio spotkałyśmy się we trzy? – Nigdy by mi tego nie wypomniała, ale na pewno uważa, że to przeze mnie tak rzadko się widujemy.

Od kiedy wyszłam za Jamesa, trudno mi znaleźć czas na cokolwiek innego poza nauką i byciem żoną. I nieudolnymi próbami bycia matką.

Gdy mówię, że nie dam rady, cmoka z niezadowoleniem.

– Co tym razem?

– James pracuje do późna, a ja muszę zostać z chłopcami. Przykro mi.

– Cóż, nic na to nie poradzimy. Ale wkrótce musimy się spotkać, dość wymówek. Masz dwadzieścia osiem lat, powinnaś się bawić i spotykać z przyjaciółkami, a nie cały czas tkwić w domu.

– Siedzę w domu tylko dlatego, że studiuję przez internet, Bridgette. W przeciwnym razie rzadko bym tu bywała.

Tłumaczyłam jej to wielokrotnie, ale ten argument najwyraźniej do niej nie przemawia. Najczęściej zaczynamy debatować o dziesięcioletniej różnicy wieku między mną a Jamesem oraz o tym, że podjęłam się wychowania jego dzieci. Wiem, że Bridgette lubi mojego męża; po prostu się o mnie martwi.

– Dobrze już, dobrze – wzdycha i proponuje, żebyśmy umówiły się we trzy na następny piątek. – Zjedzmy razem lunch. Chłopcy będą wtedy w szkole, prawda?

Mówię jej, że już nie mogę się doczekać, chociaż tak na- prawdę boję się, że zaczną roztrząsać moje problemy. A przecież nic mi nie jest. Mam nad wszystkim kontrolę.

Mija wpół do siódmej, a chłopcy wciąż nie dają znaku życia. Nawet biorąc pod uwagę, że Luke musiał się przebrać po meczu i zapewne postanowili wracać do domu żółwim tempem, powinni tu być najpóźniej o szóstej.

Spaghetti stygnie w rondlu, a mielone mięso wysycha na patelni. Koczuję przy oknie salonu od niemal pół godziny i zaczynam się martwić. A co, jeśli tym razem nie próbują mnie zirytować, tylko naprawdę coś im się stało?

Zdejmuję kurtkę z kołka w przedpokoju i wychodzę na dwór, żeby zobaczyć, czy nie nadchodzą, ale ulica jest wyludniona. Nasza sąsiadka, pani Simmons, staje w drzwiach swojego domu i z trudem zaczyna wywlekać na zewnątrz kosz na odpady segregowane.

– Proszę pozwolić, że pani pomogę – wołam i szybkim krokiem wychodzę na ulicę, żeby wejść do jej ogródka. Nasze trawniki oddziela tylko rabata kwiatowa i mogłabym z łatwością nad nią przestąpić, ale staruszka nakrzyczała na mnie ostatnim razem, gdy to zrobiłam. Wyjmuję kosz z jej kościstych, kruchych dłoni. – Wie pani, że odpady segregowane są odbierane pojutrze, a nie jutro, pani Simmons?

Kobieta rzuca mi gniewne spojrzenie.

– Wiem o tym. Lubię mieć wszystko przygotowane. Lubię być zorganizowana. – Mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów i przewraca oczami.

Nie  mam  pojęcia  dlaczego;  jestem  ubrana  wystarczają- co przyzwoicie, w dżinsy i luźną koszulkę, więc nie ma się do czego przyczepić. No chyba że chodzi jej o tamten wypadek.

Wystawiam kosz na chodnik i pytam ją, czy widziała Dillona i Luke’a. Jeśli są w pobliżu, na pewno ich zauważyła. Jej fotel stoi w strategicznym miejscu przy niskim wykuszowym oknie i staruszka obserwuje stamtąd całą okolicę. Nic jej nie umyka.

Cmoka z niezadowoleniem i znowu przewraca oczami.

– Widziałam,  jak  wychodzili  jakiś  czas  temu.  Zgubiłaś ich? – Unosi brwi. – Uroczy chłopcy, prawda? Taka smutna historia z tą ich matką…

Kiwam głową i wyjaśniam, że chłopcy spóźniają się na kolację. Pani Simmons marszczy brwi; pewnie zamierzała wygłosić monolog na temat doskonałości Lauren.

– To nie w ich stylu. To tacy uprzejmi, dobrze wychowani chłopcy. Ale… – znowu mierzy mnie wzrokiem – …podejrzewam, że mogą ulegać złym wpływom. Skontaktuj się z ich ojcem. On będzie wiedział, gdzie są.

Jej komentarze jak zwykle odbierają mi mowę. Kobieta od- wraca się i rusza z powrotem do środka, powłócząc nogami. Dopiero za trzecim razem udaje jej się zamknąć za sobą drzwi.

Ja też wracam do siebie i łapię za telefon. Najpierw wybieram numer Dillona. Włącza się poczta głosowa, a mnie ogłuszają jego wrzaski na tle jakiegoś utworu z gatunku dance. Znowu biegnę do okna, żeby wyjrzeć na ulicę, po czym dzwonię do Luke’a. Nawet nie słychać sygnału.

Coś jest nie tak.

Sprawdzam, czy mam klucze, zatrzaskuję za sobą drzwi i ruszam w stronę ośrodka sportowego. Zaczęło mżyć, ale ignoruję krople padające mi na twarz. Z każdym krokiem utwierdzam się w przekonaniu, że wydarzyło się coś okropnego.

Gdy docieram na miejsce, nogi się pode mną uginają. Chociaż recepcja jest ogromna, obsługuje ją tylko jedna osoba: młoda dziewczyna, która wygląda na niewiele starszą od Dillona. Pytam ją, czy mecz już się skończył, a ona przerywa stu- kanie w klawiaturę i posyła mi szeroki uśmiech. Mimowolnie gapię się na przerwę między jej jedynkami.

– Mecz skończył się ponad godzinę temu – wyjaśnia i prze- nosi wzrok z powrotem na ekran komputera.

– Szukam moich synów. Jeden z nich dziś grał i jeszcze nie wrócili do domu. A mieszkamy tylko dziesięć minut stąd.

Dziewczyna marszczy brwi.

– Może poszli z innymi do kawiarni? – Wraca do stukania w klawiaturę.

Już  o  mnie  zapomniała.  To  nie  jej  zmartwienie;  w  jej oczach jestem tylko przewrażliwioną matką, która niepotrzebnie się martwi.

W kawiarni panuje zgiełk. Jest wypełniona po brzegi dzieciakami w strojach sportowych. Przyglądam się każdej twarzy, ale nie dostrzegam Dillona ani Luke’a. Wiem, że nie zwlekają z powrotem do domu z obawy, że usłyszą ode mnie kazanie; karcę ich wystarczająco często i jeszcze nigdy tak nie zniknęli. Ogarnia mnie coraz większa panika. Wybiegam na zewnątrz, zastanawiając się, jak powiem Jamesowi, że zgubiłam jego dzieci. Że ich nie dopilnowałam i przydarzyło im się coś okropnego.

Podążam za strzałkami i docieram na boisko na tyłach budynku, ale tam też ich nie ma.

Nie mogę dłużej zwlekać z telefonem do Jamesa. Jeśli pomyśli, że bałam mu się przyznać, to tylko pogorszy sprawę. Ale zostawiłam komórkę w domu, więc i tak muszę najpierw tam wrócić. Zaczynam biec. Całe szczęście, że mam na no- gach wygodne baleriny. Jestem przekonana, że na progu za- stanę policję.

Dopiero gdy skręcam za róg i docieram do naszej ulicy, za- uważam ich w oddali. Nie mam wątpliwości, że to oni, rozpoznaję ich po chodzie. A ponieważ wyraźnie im się nie spieszy, raczej nie stała im się żadna krzywda. Panikę szybko zastępuje gniew.

W końcu ich doganiam. Wykrzykuję ich imiona, a oni obracają się i chichoczą, wpychając sobie frytki do buzi.

– Co wy wyprawiacie, do cholery? – Wiem, że nie powinnam przy nich przeklinać, ale mam to gdzieś. – Nie wolno wam więcej tego robić, słyszycie?

Patrzą na siebie i parskają śmiechem.

– Wasz tata o wszystkim się dowie, jak tylko wróci do domu. Jak myślicie, co na to powie?

Na te słowa Dillon staje jak wryty i odwraca się w moją stronę.

– Proszę, nic mu nie mów. Przepraszam. Po prostu chciałem się trochę przewietrzyć, żeby mi się lepiej uczyło. Proszę.

Luke  patrzy  na  brata  ze  zdziwieniem.  A  ja  mam  wybór. Wiem, że Dillon kłamie, ale czy naprawdę chcę obarczać Jamesa kolejnym problemem? Nie. I tak ma już za dużo na głowie. Nie mogę liczyć na to, że mój mąż będzie interweniował za każdym razem, gdy chłopcy źle się zachowają. Muszę poradzić sobie sama.

– Zastanowię się nad tym – mówię. – A teraz migiem wra- cajcie do domu. Kolacja wam wystygła.

Przyspieszają kroku, ale ja wlokę się za nimi. Zastanawiam się, czy to dobry znak, że Dillon o coś mnie poprosił. Nigdy wcześniej tego nie robił i zazwyczaj niczym się nie przejmuje. Ale potem zauważam pustą torebkę po rybie z frytkami wy- stającą z tylnej kieszeni jego spodni i nabieram pewności, że nic się nie zmieniło.

Fragment powieści Kathryn Croft, „Poza kontrolą”
Tłumaczenie Ewa Kleszcz

Burda Książki, premiera 16 października 2019

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: